Jeszcze kilka lat temu największym szacunkiem darzyło się piłkarzy, którzy kończyli kariery tam, gdzie je zaczynali. Dziś, gdy takich piłkarzy jest mniej niż wiarygodnych polityków, normalności szuka się gdzie indziej. A to chwali się przeciętnych piłkarzy za waleczność i robi się z nich gladiatorów ratujących “dobry, stary futbol”, a to znów szacunkiem obdarza się gwiazdy, którym sława nie spaliła połączeń nerwowych w mózgu. Krótko mówiąc, fani coraz częściej szukają w piłce po prostu normalności.

Czytając wiadomość o transferze Youriego Tielemansa do AS Monaco, pomyślałem właśnie: “Wreszcie ktoś normalny!”. Nie jest to wprawdzie jeszcze ten poziom normalności, który chciałbym kiedyś jeszcze w światowej piłce ujrzeć, ale na dzisiejszym rynku transferowym Tielemans jest jak podróżnik w czasie, który zawędrował o dziesięć lat za daleko. Belg mianowicie budząc zainteresowanie Liverpoolu, Chelsea, obu klubów z Manchesteru i jeszcze kilku poważnych marek, wybrał Monaco.

Oczywiście Monaco to mistrz Francji i półfinalista Ligi Mistrzów, więc można rzec, że to europejska czołówka, ale jednak wszyscy czują, że tak nie jest. Od dawna mówi się, że francuski klub zostanie pozbawiony swych najlepszych zawodników. I trudno w to nie uwierzyć, bo po pierwsze: AS Monaco nie jest w stanie płacić tak wysokich pensji, jak przynajmniej dziesięć innych klubów w Europie; po drugie: większość piłkarzy woli jednak sprawdzić się w lidze mocniejszej niż francuska. Dlatego właśnie decyzja Tielemansa – mimo że rozsądna – może dziwić.

Tielemans

Belg uznał, że za szybko dla niego na grę dla największych klubów. Żaden z nich nie zagwarantowałby mu regularnej gry, a tę z pewnością znajdzie w Monaco. Tielemans woli poczekać rok lub dwa i dołączyć do Realu, Barcelony czy Chelsea jako prawdziwa gwiazda, jako w pełni ukształtowany piłkarz i wówczas dopiero zasłużenie (a nie jako przesiadujący na trybunach zawodnik) sięgać po najważniejsze trofea i zarabiać wielkie pieniądze.

Na co niestety Tielemans wpływu nie mógł mieć, to kwota transferu. Owszem, przy dzisiejszych cenach, 25 mln euro za talent jego pokroju, to wręcz promocja, ale pamiętajmy, że dziesięć lat temu Fernando Torres za milion mniej dołączył do Liverpoolu, a za dwa miliony mniej Arjen Robben wzmocnił Real Madryt. Mimo to trzeba liczyć, że tak rozsądnych piłkarzy z czasem będzie więcej. Patrząc na posunięcia niektórych wschodzących gwiazd, można odnieść wrażenie, że uważają one raczej, iż grają w FIFĘ w trybie “Zostań legendą”, niż że podejmują decyzje mające wpłynąć na całą ich przyszłą karierę.

Martin Odegaard

Przykłady niech będą dwa i niech oba związane są z Realem Madryt, który najwyraźniej upodobał sobie ostatnio zniszczenie rynku młodych talentów. Królewscy najpierw w 2015 roku kupili siedemnastoletniego wówczas Martina Odegaarda, który – jak zapewniano – miał być największym talentem europejskiej piłki od czasów Messiego i Ronaldo. Pamiętam, jak polscy fani innych zagranicznych drużyn zazdrościli Realowi tego transferu. Dlaczego w ogóle doszło do takiego transferu? Tego nie wiadomo.  Być może ktoś coś mu obiecał. Być może agenci chcieli zarobić, zanim zniknie szansa. Być może Odegaard czuł się na tyle dobry, że uznał, iż jest w stanie przebić się do pierwszego składu Królewskich. Być może sami włodarze klubu z Madrytu również optymistycznie założyli, że Norweg istotnie będzie “drugim Messim”. A może… utalentowanego nastolatka przekonało 110 tys., jakie inkasuje za każdy tydzień “gry” dla Realu? Faktem jednak jest, że w ciągu dwóch lat Odegaard zagrał w pierwszej drużynie Realu ledwie dwa razy. Grywał za to sporo w drugiej drużynie, w 62. występach strzelił 5 bramek i zaliczył 8 asyst. Niby nie najgorzej, ale ani na Messiego, ani na Ronaldo to nie wygląda.

Ostatnio okazało się jednak, że płacenie takich pieniędzy nastolatkowi, który nic nie wnosi do klubu, to dla Realu… zachęta do dalszego wrzucania pieniędzy w tę samą studnię. I to kosmicznych pieniędzy, gdyż do ekipy Królewskich dołączy siedemnastoletni Brazylijczyk Vinicius Junior. Kwota transferu nie jest znana, ale mówi o nawet 45 mln euro. 45 mln euro za nastolatka, który w pierwszej drużynie Flamengo Rio de Janeiro zdążył rozegrać 17 minut! To 2,65 mln euro za każdą minutę gry. Przyznaję, nie widziałem Viniciusa w akcji, ale wnioskuję, że skoro płaci się tyle za minutę jego gry, to mamy do czynienia nie z “nowym Pele”, a z Kapitanem Tsubasą.

Fakt, młody Brazylijczyk błyszczał dwa lata temu na Mistrzostwach Ameryki Południowej do lat piętnastu, ale czy to powinno wystarczać, żeby zostać trzecim najdroższym brazylijskim piłkarzem w historii? Za 45 mln można przez cztery sezony opłacać Roberta Lewandowskiego, kupić willę nad morzem i jeszcze zostanie na Kucharczyka.

Zresztą mamy też przykład z polskiego podwórka, gdy to Bartosz Kapustka przeniósł się do mistrza Anglii. Mógł wybrać spokojny rozwój w Niemczech, lecz postanowił podbić Premier League. Jak się skończyło, wszyscy wiemy – oglądaniem Ligi Mistrzów z trybun.

Wszyscy ci trzej młodzi zawodnicy nawet nie zbliżyli się poziomem i osiągnięciami do Tielemansa, a to właśnie Belg ma w sobie więcej pokory, niż cała trójka razem. Módlmy się więc, żeby futbol zaczął odpłacać za rozsądek, bo inaczej niebawem za chłopca biegnącego ze świecą do pierwszej komunii ktoś zapłaci miliony euro.

  • Tagi