fot. Rafał Rusek

– Nie ma sensu tworzyć porównań i czekać na podobny cud. Uważam, że lepiej by było, jeśli byśmy szybciej zapewnili sobie awans – mówi serwisowi Zagranie.com Szymon Matuszek, kapitan i defensywny pomocnik Miedzi Legnica.

 

Kamil Piłaszewicz: Patrząc na jesienną rundę w I lidze, nie sposób inaczej zacząć wywiadu, niż od pytania, jak odbierają ósme miejsce w ligowej tabeli piłkarze Miedzi Legnica?

Szymon Matuszek: Wiadomo, że jest niedosyt, bo każdy chciałby być wyżej, najlepiej na pierwszym miejscu. W końcu o to się walczy, to jest zawsze głównym celem nakreślanym na początku sezonu przez sztab szkoleniowy. Chcemy grać na najwyższym szczeblu piłkarskim w Polsce, czyli w Ekstraklasie i do tego dążymy. Na razie jesteśmy zdania, że końcówka rundy napawa optymizmem, gdyż złapaliśmy swój rytm i teraz w styczniu oraz lutym wystarczy doszlifować pewne rzeczy i sądzę, że może z tego wyjść coś dobrego.

Pytam o to dlatego, że przed czterema laty w podobnej sytuacji był Górnik Zabrze i analogicznie co sezon kibice pierwszej ligi zastanawiają się, kiedy i która drużyna powtórzy sukces Zabrzan. Może to będzie właśnie Miedź Legnica?

– Życzyłbym tego sobie, żebym to ja był tym amuletem (śmiech)! Sądzę jednak, że nie ma sensu tworzyć tu porównań i czekać na podobny cud. Uważam, że lepiej by było, gdybyśmy szybciej zapewnili sobie awans, bo pamiętamy, jak to wtedy było. Nie tylko wyniki Górnika doprowadziły do tego, że zespół z Zabrza awansował. Wtedy bardzo dużo wyników z innych boisk układało się pod Górnika i dlatego sądzę, że przez to jest ciężko powielić takie osiągnięcie. Zresztą, wydaje mi się, że teraz zimujemy nawet w lepszej sytuacji, bo wtedy Górnik był bodajże na dziesiątym miejscu i punktów do tej pory też chyba więcej zgromadziliśmy.

Dla „Przeglądu Sportowego” powiedział pan, że: „Sytuacja Górnika wyglądała wtedy znacznie gorzej, niż teraz Miedzi”. W takim razie, czym się różni sytuacja Zabrzan sprzed czterech lat, od tej, która towarzyszy obecnie drużynie, w której jest pan kapitanem?

– Myślę, że te dwie drużyny są podobnymi zespołami. Wtedy też przed sezonem, w którym Górnik wywalczył awans, odeszło wielu zawodników i dużo przyszło. Na pewno liczby nie były takie jak tutaj, bo przed tym sezonem z Miedzi odeszło szesnastu graczy, a przyszło dziewiętnastu i przez to ciężko mówić o zgraniu zespołu. Raczej powinniśmy mówić o indywidualnych popisach na boisku. Jeśli miałbym szukać różnicy, to powiem, że Miedź wydaje się większym tzw. placem budowy na ten moment, niż tamtejszy Górnik.

W tej chwili o awansie Miedzi do Ekstraklasy możemy rozmawiać bardziej w kategorii marzenia, czy realnego planu, którego efekty ujrzymy już wiosną 2021 r.?

– Myślę, że wszystko jest w naszych nogach. Dalej porównując pierwszoligowy sezon Górnika do obecnej sytuacji Miedzi, trzeba zauważyć, że teraz są jeszcze baraże, które stanowią pewne ułatwienie. Jeżeli nie udałoby się awansować z dwóch pierwszych miejsc, to jest jeszcze szansa na mecze barażowe, tak jak rok temu. Wtedy awansować się nie udało, ale sądzę, że tym razem, jeśli będziemy grali w barażach, to stać nas będzie na końcowy sukces.

Już 27 lutego wrócicie na boisko, a przeciwnikiem będzie Sandecja. Gdy patrzymy w tabelę, między wspomnianymi zespołami jest dziesięć pozycji różnicy (stan na 23.12.2020 r.). Szykują się łatwe punkty do zdobycia w Nowym Sączu?

– Nie, nie można tak mówić, bo wiemy, jak zaczynaliśmy ten sezon. W pierwszym meczu też rywalem była Sandecja i z nimi wygraliśmy, ale potem jechaliśmy do Bełchatowa, który ma problemy i już przegraliśmy, a byliśmy stawiani w roli faworytów. Dlatego nie patrzyłbym na statystyki, punkty, bo wszystko i tak zweryfikuje boisko. Poza tym Sandecja ma nowego trenera, którym jest Dariusz Dudek, więc na pewno w jakimś stopniu odświeżenie szatni im pomoże. Sądzę, że będzie to inna drużyna, niż ta z początku sezonu również dlatego, że w przerwie zimowej będą mogli lepiej zrozumieć wizję i pomysły taktyczne trenera. Natomiast my musimy się skupić na sobie i doszlifować elementy gry, w których nie szło nam zbyt dobrze w tej rundzie. Wtedy zobaczymy, kto zwycięży w lutym.

Odnośnie rundy wiosennej, to nad taktykami wobec których drużyn, pracuje się najbardziej pieczołowicie?

– Nad tym na razie się nie zastanawiamy, ponieważ dopiero co skończyliśmy rundę jesienną. Na pewno trenerzy już niedługo zaczną analizować nasze ostatnie mecze, ale nie myślę teraz o nadchodzącej rundzie. Do Świąt chciałbym się trochę wykurować po ciężkim okresie, nie tylko przez napięty terminarz meczowy, ale też przez błyskawiczne przygotowania. Poza tym, za mną przeprowadzka, więc pojawiły się dodatkowe bodźce wpływające na mnie i na rodzinę. Dlatego sądzę, że teraz najważniejsze jest, by głowa odpoczęła. Celowo nie oglądam meczów, jedynie zerknąłem na spotkanie Górnika, bo grał z Jagiellonią. Staram się jak najwięcej czasu poświęcić rodzinie. Dopiero po Świętach będzie można myśleć o kolejnych meczach.

tło2

fot. Mateusz Porzucek

Patrząc, że gra pan na pozycji defensywnego pomocnika, to strzelenie czterech bramek w pięciu meczach jest imponującym wynikiem. Jakimi metodami można osiągnąć taki wynik?

– Biorąc moje wyniki w większe klamry, to zdobyłem sześć bramek w sześciu meczach. Ale to nie były jakieś spektakularne bramki. Zdecydowana większość z nich padała po strzale z okolic pola bramkowego. Na pewno pomagał mi łut szczęścia, ale też i chęć strzelenia, która się pojawiła dzięki złapaniu świetnej formy. Na treningach strzeleckich tyle razy trafiałem do siatki, że drużyna się śmiała, że na takich sesjach wystarczy mi tylko chwila, bo cały czas trafiam, i trafiam, więc pewnie następnego dnia, gdy mieliśmy mieć spotkanie, to też trafię. Faktycznie szło cały czas. Teraz tak sobie myślę, że mogę zrozumieć Lewandowskiego czy Cristiano, oczywiście pamiętając, że to jest inny pułap, ale chodzi mi o tę chęć strzelania. Ona jest takim magnesem, po który możesz sięgnąć, gdy jesteś w świetnej formie. Tak jak u Piątka, kiedy wcześniej we Włoszech regularnie trafiał. To wszystko było dzięki temu, że był w gazie. I tak samo było w mojej sytuacji. Nawet jak było po kilkunastu zawodników w polu bramkowym, to piłka spadała akurat pod moją nogę. I oczywiście, kieruję podziękowania również do asystentów, którzy posyłali mi te piłki, bo to dzięki nim mogłem cieszyć się z kolejnych goli.

Napastnicy nie mają za złe, że w wykonywaniu „obowiązków” pan ich wyręcza? (śmiech)

– Nie, aż tak to nie (śmiech)! Każdy się cieszy, bo ostatecznie pracujemy na wspólny wynik. Mogę nawet dodać, że Kamil Zapolnik ostatnio dziękował mi podwójnie, bo że tak kolokwialnie powiem, uratowałem mu tyłek po tym jak nie strzelił karnego. Gdybyśmy w meczu z Zagłębiem nie zdobyli trzech punktów, to z pewnością tamta sytuacja odbiłaby się echem. Na pewno sztab szkoleniowy miałby, może nie tyle pretensje, ile za złe, że w takiej, wydawałoby się prostej sytuacji nie zdobył bramki. Ale udało mi się trafić w tamtym meczu i dzięki temu w jakiś sposób odwdzięczyć za to, że na co dzień to on regularnie trafia do siatki.

A może Kamil Zapolnika już sugerował, by częściej mu pan dogrywał, niż uderzał na bramkę? (śmiech)

– Rzeczywiście jako defensywny pomocnik nie zanotowałem zbyt wielu podań kończących. Kreowaniem akcji zajmują się boczni pomocnicy i „dziesiątka”. Z tego, co kojarzę ze statystyk, Kamil Zapolnik i Joan Roman mają w naszym zespole najwięcej asyst. Coraz częściej grę kreuje też nasza „szóstka” i „ósemka”. Na pewno chciałbym mieć więcej asyst na swoim koncie, bo dzięki temu mógłbym w jeszcze większym stopniu pomóc zespołowi w realizacji naszych planów. Ale nie to jest moim głównym zadaniem.

Nawiązuję do napastnika Miedzi, gdyż wspólnie strzeliliście już ponad piętnaście bramek i zastanawiam się, czy trener nie planuje w ataku ustawiać duetu Zapolnik&Matuszek?

– Nie, na pewno nie. Nie sądzę, by trener rozważał taką opcję. Po pierwsze od sztabu szkoleniowego słyszę, że dobrze sobie radzę w realizacji powierzanych planów, więc jeżeli coś działa, to nie widzę sensu zmieniania tego. Zdobyte bramki są oczywiście czymś bardzo fajnym, ale są dodatkiem, a nie podstawą mych boiskowych zadań. Po drugie, może nie tyle, że bym się nie zgodził na taki pomysł, co próbowałbym go wyperswadować, gdyż uważam, że są inni, którzy są lepsi ode mnie w ataku.

Zakładając, że utrzyma Pan swoją formę, to być może Jerzy Brzęczek postanowi zadzwonić i powołać pana na któreś ze zgrupowań?

– Nie, myślę, że tu znowu nie ma o czym mówić. Z pierwszej ligi do reprezentacji ostatnio udało się dostać chyba tylko Rafałowi Leszczyńskiemu i to za kadencji Adama Nawałki. Na takie rzeczy nie liczę, a głównym celem jest jak najlepsza gra, by wraz z Miedzią piąć się jak najwyżej w tabeli.

I na koniec tak trochę podchwytliwie zapytam: Szymon Matuszek najpierw zagra w wyższej lidze, czy reprezentacji?

– W pierwszej lidze. Tak jak już wspominałem, dla mnie dobro drużyny jest ważniejsze, niż moje indywidualne cele. Wiadomo, że powołanie i występowanie w reprezentacji jest marzeniem dla każdego piłkarza. Ale jeśli mamy patrzeć na to, co wydarzy się jako pierwsze w moim przypadku, to sądzę, że będzie to występowanie z Miedzią w Ekstraklasie. Jak wspominałem, zawodników powołanych z pierwszej ligi do reprezentacji można policzyć na palcach jednej ręki, więc chciałbym, by wszystko wydarzyło się po kolei. Najpierw awans z Miedzią do Ekstraklasy, a później jeśli nadal bym się wyróżniał, to nieważne w jakim byłbym wieku, byłbym zdeterminowany, by dać z siebie jak najwięcej w meczach kadry narodowej.