Playoffy wchodzą w decydującą fazę. Dla dwóch z trzech grających dzisiaj drużyn, Boston Celtics i Oklahoma City Thunder, jest to mecz o życie – w przypadku porażki jest już 0-3 dla rywala i szanse odrobienia tej straty są raczej bliskie zeru. Czy Celtics i Thunder odpowiedzą i pokażą, że nie są jeszcze gotowi złożyć broni? 

(2) Chicago Bulls vs Boston Celtics (0) 1:00 

Kto by się spodziewał, że po bardzo dobrym sezonie regularnym Celtics znajdą się pod ścianą po dwóch meczach na własnym parkiecie. Miała być łatwa, szybka i przyjemna seria przeciwko niezorganizowanym i niepasującym do siebie zespołem z Chicago. Mamy jednak do czynienia z odwrotną sytuacją, w której Bulls wyglądają jak prawdziwa, zjednoczona drużyna, a w szeregi Celtics wkradło się zwątpienie i nie są już tym samym zespołem, którym byli w fazie zasadniczej.

Podopieczni Freda Hoiberga staną przed szansą, żeby zostać szóstym zespołem w historii, który będąc rozstawionym z nr 8, pokonuje najwyżej rozstawioną drużynę. Przyznaj się, zwątpiłeś już w starego Wade’a i myślałeś, że Rondo nie ma już miejsca w NBA i powinien grać w Chinach. Sami gracze mówią, że nie spodziewali się prowadzenia 2-0 po meczach w Bostonie. Te dwie wygrane na parkiecie rywala dodały duuuuużo pewności siebie temu zespołowi. Czy będą w stanie postawić kropkę nad i oraz zabrać Celtom resztki nadziei?

Brad Stevens, trener Celtics, już jest uważany za jednego z najlepszych w całej NBA. Mimo młodego wieku jak na coacha (40 lat – przyp.red.) imponuje wyczuciem gry, doskonałym podejściem do zawodników i umiejętnością odpowiedniego reagowania na wydarzenia: wie kiedy obniżyć skład czy też wyjść dwoma wysokimi zawodnikami, grając wyżej. Rozrysowane przez niego akcje po przerwach na żądanie są jednymi z najskuteczniejszych w lidze. Paradoksalnie jego bilans w rozgrywkach posezonowych wynosi tylko 2-10.

Stevens jest swego rodzaju ,,zakładnikiem” tego, że zmaksymalizował talent swoich zawodników i osiągnął z nimi więcej, niż powinien był dokonać, mając takich graczy. W playoffach w 2015 roku ulegli 0-4 Cleveland Cavaliers, podczas gdy ze składem, którym dysponował, powinni być na jednej z końcowych pozycji w lidze. W 2016 porażkę 2-4 z Atlanta Hawks można tłumaczyć kontuzjami (Bradley, Olynyk nie grali, Crowder grał z mocno kontuzjowaną kostką). W tym roku mamy to samo. Celtowie nie powinni się znaleźć na pierwszym miejscu Wschodu, jednak tak się stało. Gdyby byli jedną, dwie pozycję niżej, nie mieliby takiej presji na sobie.

Dodatkowo Celtics zmagają się z problemami wykraczającymi poza koszykówkę. Na szczęście w dzisiejszym spotkaniu zagra na pewno Isaiah Thomas, który opuścił drużynę, żeby pojechać na pogrzeb swojej siostry, Chyny Thomas. Lider drużyny z Bostonu wydał oświadczenie, w którym widać jak ciężka jest to dla niego sytuacja.

Dla podopiecznych Brada Stevensa to spotkanie typu must-win, jeśli chcą zachować szansę na odrobienie tej straty. Celtics muszą zapomnieć o tym, co wydarzyło się w pierwszych dwóch spotkaniach: po prostu wyjść na parkiet i zagrać swoje jak przystało na drużynę rozstawioną z nr 1. Skupić się na tym, co jest tu i teraz, bo następny mecz może już nie mieć znaczenia.

(0) Oklahoma City Thunder vs Houston Rockets (2) 3:30

Przyznaj się, myślałeś, że Russell Westbrook jest taki super i  Rockets nie mają szans z Thunder. Przecież te wszystkie rekordy, game winnery i cały ten hype nie może być bez powodu, prawda? Jesteś może w lekkim szoku, że z dosyć dużą łatwością jest 2-0 dla ekipy Jamesa Hardena i nie za bardzo widać perspektywy, żeby Thunder mieli wygrać cztery z następnych pięciu meczów? Witamy w NBA, gdzie, żeby wygrać serię playoffów, musisz być czymś więcej niż jednoosobową armią.

Rockets pokazują, że 55 zwycięstw w sezonie regularnym nie było przypadkiem. Atak funkcjonujący wokół Jamesa Hardena naprawdę płynie i ogląda się go z przyjemnością. Trener D’Antoni ma ten luksus, że nawet kiedy jego gwiazdor schodzi z boiska, drużyna potrafi utrzymać flow i dalej grać skutecznie. Bardzo duża zasługa w tym zawodników z ławki. Pozyskany w trakcie sezonu z Los Angeles, Lou Williams, w ostatnim meczu rzucił 22 punkty, a 21 dołożył Eric Gordon.

Rockets są skonstruowani tak, że każdy zawodnik może nagle mieć mecz na 30 punktów. Ryan Anderson ostatnio był 0/7 za trzy, ale nie zdziwię się, jeśli w dzisiejszym spotkaniu będzie miał ponad 20 punktów, trafiając dajmy na to 6 trójek. Albo Trevor Ariza, czyli zawodnik znający swoją rolę i doskonale się z niej wywiązujący – idealny przykład gracza 3&D (czyli defensor z rzutem za trzy). Będąc rywalem nie wiesz, z której strony zostanie wymierzony cios. Na koniec dnia jest jeszcze ten fenomenalny Harden, którego też musisz zatrzymać. Dużą zaletą lidera Rockets jest to, że on nie musi być skuteczny, żeby być efektywnym. Dajmy na to ostatni mecz: 7/17 z gry (przeciętnie), ale 18/20 z linii. Możesz dwoić się i troić w obronie, jednak kandydat do nagrody MVP zawsze znajdzie jakąś lukę, jakiś ułamek przestrzeni, czy też źle ustawionego obrońcę, żeby wymusić przewinienie i dostać się na linię.

Inaczej sytuacja ma się w zespole z Oklahoma City. Nie jest to jeden organizm i ich lider ma problemy z zaufaniem pozostałym graczom. Pytanie jest takie, czy przy tak grającym Rusellu Westbrooku, Thunder są w stanie wygrać jakiś mecz w tej serii? Czy przypadkiem on nie jest problemem?

Może to brzmieć bardzo dziwnie, jednak popatrz na to z tej perspektywy. Grając jeden na pięciu, będzie mu ciężko cokolwiek osiągnąć przeciwko zespołowi, jakim są Rockets. Możesz wykręcać fantastyczne statystyki, bić kolejne rekordy, ale najważniejsze w tym wszystkim pozostaną zwycięstwa. A nie jesteś w stanie wygrać bez swoich partnerów z drużyny (czy jesteś?). Russell musi od początku meczu sprawić, żeby jego koledzy poczuli zaufanie z jego strony. Że jest w stanie poświęcić ten ostatni rzut na rzecz kogoś innego, wierząc w to, że jego partner trafi. W innym wypadku, jeśli Westbrook nadal będzie grał swój hero ballta seria może skończyć się szybkim 4-0 i niedowierzaniem ze strony kibiców. A jak wtedy będzie wyglądała potencjalna nagroda MVP dla niego, w obliczu sromotnej porażki z James Hardenem i jego Rockets?

(1) Utah Jazz vs Los Angeles Clippers (1) 4:30

Który to już rok zastanawiamy się, kiedy Clippers w końcu zagrają na miarę swojego talentu. Szkielet zespołu, który tworzą Chris Paul, JJ Reddick, Blake Griffin i Deandre Jordan, wydaje się być idealny do osiągnięcia minimum finału konferencji. Jednak rok po roku, zawsze brakowało tego czegoś: kontuzje, brak szczęścia, czy też roztrwonienie przewagi z Rockets. Tak czy inaczej, Clippers są drużyną, która nigdy nie osiągnęła tego, do czego była/jest zdolna. W tym roku znaleźli się poza radarem wszystkich, co powinno działać na ich korzyść – nie ciąży na nich ta presja, która zawsze towarzyszyła w playoffach..

Naprzeciw siebie mają młodą i gniewną ekipę Utah Jazz, która wsparta weteranami dosyć niespodziewanie zajęła piąte miejsce w konferencji zachodniej. Dowodzeni przez Quinna Snydera zawodnicy nie grają może najefektowniejszej koszykówki (jeśli chcesz zachęcić kogoś do oglądania basketu, to nie pokazuj tej serii), jednak sezon regularny, jak i początek playoffów pokazują, że Jazz wcale nie stoją na straconej pozycji.

Niestety w ekipie Utah na pewno nie zagra Rudy Gobert, który cały czas zmaga się z urazem kolana. Francuz nabawił się kontuzji w pierwszej akcji meczu nr 1, jednak jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wróci w trakcie serii do składu meczowego. W obliczu nieobecności Goberta w drugim spotkaniu Clippers zdominowali strefę podkoszową, rzucając aż 60 punktów w pomalowanym (z kolei Jazz rzucili tylko 38). Kluczem do końcowego zwycięstwa dla ekipy gospodarzy będzie obrona pomalowanego: Derrick Favors i Boris Diaw nie mogą dać się zdominować atletycznym podkoszowym – Clippers, Deandre Jordanowi i Blake’owi Griffinowi.

Stawką tej serii jest gra (bardzo prawdopodobnie) z Golden State Warriors, którzy wydają się być na zupełnie innym poziomie niż reszta ligi. Ale kto wie, jedna kontuzja któregoś z liderów Warriors i możemy być świadkiem arcyciekawego pojedynku, który, kto wie, może zakończy się niespodzianką.