Michael Jordan mógł nigdy nie założyć koszulki Chicago Bulls, a Kevin Durant nie zdradzić fanów z Oklahoma City Thunder. Portland Trail Blazers mieli szansę, żeby zmienić bieg historii ligi. Ale podjęli inne decyzje, które z perspektywy czasu wyglądają fatalnie. Jak do tego wszystkiego doszło? I czy nad ekipą z Oregonu wisi jakaś klątwa?

Życie każdego z nas można podsumować jako ciąg decyzji. Jedne są dobre, drugie są złe- tak jest ze wszystkim. W tym wszystkim najgorsza jest świadomość, że nie zrobiło się czegoś. Nie to, że coś nie wyszło. Ten, kto nie podejmuje ryzyka, nie popełnia błędów. Powodów może być mnóstwo. A bo się wstydziłem, a bo bałem się, (tu wstaw dowolny ,,powód”). Co by było, gdybym zagadał wtedy do Marzeny. Co by było, gdybym zamiast imprez, chodził na treningi. Każdy z nas lubi gdybać.

Portland Trail Blazers to takie jedno wielkie ,,co by było, gdyby NBA.

Sam Bowie > Michael Jordan

1984 rok w NBA to jedna z najważniejszych dat w historii ligi. To właśnie wtedy z numerem trzecim w Drafcie został wybrany najlepszy zawodnik w dziejach koszykówki, Michael Jordan. Czemu został wybrany dopiero z trójką? Jak to możliwe?

Kiedyś o tym, kto będzie wybierał z jedynką, decydował rzut monetą. Dwa najgorsze zespoły w lidze miały 50 procent szans na wybór teoretycznie najlepszego zawodnika. Do rzutu monetą stanęli Portland Trail Blazers i Houston Rockets. Szczęście uśmiechnęło się do ekipy z Teksasu i to oni dysponowali numerem pierwszym w drafcie 1984.

Pewniakiem do wyboru z numerem pierwszym był Hakeem Olajuwon i to właśnie na niego zdecydowali się Rockets. Hakeem okazał się jednym z najlepszych podkoszowych w historii. Łączył w sobie niesamowite umiejętności w ataku z umiejętnościami defensywnymi. Dwa tytułu mistrzowskie, statuetka MVP i dwie nagrody dla najlepszego defensora roku to doskonałe potwierdzenie. Jednak to nie z jego powodu wspomina się ten draft po latach.

Ekipa z Portland miała pecha w losowaniu i ostatecznie wybierała z dwójką. O ile wybór Olajuwona był oczywisty, to w tym wypadku nic nie było takie oczywiste, jak się z perspektywy czasu może wydawać.

Blazers mieli już w składzie Clyde’a Drexlera, na którym chcieli zbudować przyszłość. Problem był taki, że Drexler i Jordan byli bardzo podobnymi zawodnikami. Obaj byli rzucającymi obrońcami i obaj byli niesamowicie atletyczni. Wybór Jego Powietrzności wydawał się zły. W końcu, po co dwóch takich samych zawodników w jednej drużynie? Nikt wtedy nie wiedział, że MJ będzie aż tak dobry.

Drużyna z Oregonu miała dziurę pod koszem. Niewiele zabrakło, żeby dylemat czy Drexler, czy Jordan, w ogóle się nie pojawił. Gdyby to drużyna Trail Blazers, a nie Rockets wybierała z jedynką, to Olajuwon byłby idealnym dopasowaniem. W końcu Clyde i Hakeem grali razem na uniwersytecie Houston, a drużynie z Portland brakowało podkoszowego.

Niestety dla nich center nigeryjskiego pochodzenia nie był dostępny, a decyzja musiała zostać podjęta.

Ostatecznie zrezygnowali z Jordana i zdecydowali się na wybór Sama Bowiego, który teoretycznie był tym, czego potrzebowali. Podkoszowy, który w parze z fruwającym pod koszami Drexlerem miał stworzyć rdzeń drużyny na przyszłość.

Rzeczywistość okazała się inna.

Blazers popełnili błąd, wybierając zgodnie z potrzebą, a nie najlepszego, dostępnego gracza. Ten błąd powtarza się bardzo często. Kiedy w czołówce draftu przepuścisz jakiś talent, to wychodzą tego typu sytuacje.

Bowie przez całą karierę miał problemy z kontuzjami. Okazało się, że przed draftem zataił informację o chronicznych bólach nóg. Wszystko po to, żeby wspomóc rodzinę finansowo. Nigdy nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Ostatecznie zagrał jedynie 139 meczów w barwach teamu z Portland, po czym został wymieniony do New Jersey Nets.

O tym, jak potoczyła się kariera Jordana, to każdy wie. MJ zdobył 6 tytułów mistrzowskich, stając się najlepszym graczem w historii NBA.

Co by było, gdyby Blazers wylosowali jedynkę i wybrali Hakeema?

Jordan prawdopodobnie trafiłby do Rockets, a Olajuwon i Drexler stworzyliby zabójczy duet prawie jak na parkietach akademickich. I to nie zespół Chicago stworzyłby dynastię w latach 90. A tak, od 1991 do 1998 to Jordan i jego Bulls oraz Hakeem i Rockets podzielili między siebie tytułu mistrzowskie

Co by było, gdyby to Jordan został wybrany z dwójką?

Pewnie nigdy nie stałby się najlepszym graczem w historii. Myślę, że gra z Drexlerem nie pozwoliłaby mu rozwinąć się tak, jak to się stało w Chicago. W NBA do dzisiaj panowałoby bezkrólewie.

Ale mogło być też tak, że tak silna osobowość, jaką był Jordan, poradziłby sobie mimo takich przeszkód. Kto wie, może to Drexler byłby Pippenem, a Rick Adelman zająłby miejsce Phila Jacksona. Warto też wspomnieć, że siedziba Nike’a mieści się w Portland, a MJ był złotym dzieckiem tej marki. To mogło być naprawdę świetne połączenie.

Warto też wspomnieć o tym, który został skrzywdzony. Będąc wybranym z trójką , Sam Bowie nie byłby do końca życia wytykany palcami. A warto zwrócić uwagę, że w karierze zaliczał średnie 10.9 punktu, 7.5 zbiórki i 1.8 bloku. Gdyby nie to, że został wybrany przed Jordanem, nikt by o nim nie pamiętał.

Co by było, gdyby…

Greg Oden>Kevin Durant

W 2007 roku Blazers stanęli przed kolejnym dylematem. 10 lat później widać, że i tym razem drużyna ze stanu Oregon nie miała szczęścia.

Brandon Roy i LaMarcus Aldridge byli młodymi zawodnikami, którzy mieli stworzyć czołową drużynę Konferencji Zachodniej na długie lata. Drużyna z Portland miała jeszcze jednego asa w rękawie – dysponowali jedynką w drafcie.

Kandydatami do wyboru z czołowym numerem byli Gren Oden z uczelni Ohio State i Kevin Durant z Texas University.

Oden był centrem. Wielkim centrem. Takim, którego każdy się bał. Spójrz na jego zdjęcia z czasów młodości. Wyglądał bardziej jak 40-letni mężczyzna niż 18-letni chłopak. Siły miał tyle co drwal i widać było, że to podkoszowy, który na pewno poradzi sobie w NBA.

O Durancie już wtedy było wiadomo, że jak mało kto potrafi zdobywać punkty. W końcu zagrał jeden z najlepszych sezonów w historii akademickiej koszykówki. Takie połączenie nie zdarza się często. KD był już wtedy rzucających obrońcą o wzroście podkoszowego. Tylko tu był mały problem- patrząc na niego, widziałeś wieszak, a nie koszykarza. Ważył zdecydowanie za mało i miałeś wrażenie, że delikatne muśnięcie może go połamać. Wychowanek uczelni z Teksasu nie był w stanie wycisnąć na ławeczce 80-kilowej sztangi na testach przed draftem. Istniały realne obawy, że nie poradzi sobie fizycznie, grając przeciwko atletom w dorosłej koszykówce. Parkiety akademickie to zupełnie co innego niż gra w NBA.

Blazers już mieli mieli podobny dylemat. 1984 rok, mówi Ci to coś? Wtedy zdecydowali się na centra i pożałowali. Oden, czy Durant? Durant, czy Oden?

David Stern ogłosił:

,,Z pierwszym numerem w Drafcie 2007 Portland Trail Blazers wybierają… Grega Odena.

Portland wybrali teoretycznie tę bezpieczniejszą opcję. Durant miał potencjał, ale był nieprzygotowany fizycznie. Oden miał wszystko, co musiał mieć kozacki center.

Jednak zabrakło mu jednej rzeczy. Zdrowia.

Wybrany z jedynką w drafcie w 2007 roku ostatecznie zagrał w tylko 82 spotkaniach w barwach Blazers. Ostatni mecz zagrał 5 grudnia 2009 roku. 4 kontuzje kolana były gwoździem do trumny. Od tego czasu próbował wrócić do ligi, miał nawet epizod w barwach Miami Heat, ale to by było na tyle. Nigdy nie sprostał oczekiwaniom. Miał być drugim O’Nealem, a stał się drugim Samem Bowie. Przeznaczenia się nie oszuka.

Co by było, gdyby nie kontuzje kolana.

Kariera Duranta potoczyła się zupełnie inaczej. KD przeistoczył się w ofensywną maszynę, a jego brak kilogramów nigdy nie stał się problemem. W 2014 roku sięgnął po tytuł MVP, a w zeszłym sezonie zdobył upragniony tytuł. Mimo tego, że ma dopiero 29 lat, już uważa się go za jednego z najlepszych graczy w ataku w historii NBA.

Co by było, gdyby Greg Oden i Brandon Roy nie mieli problemów z kontuzjami?

Nigdy moglibyśmy nie usłyszeć o Golden State Warriors, a ich miejsce jako młodych i utytułowanych mogli zająć Blazers.

Drużyna z Portland teoretycznie miała wszystko, żeby walczyć o prym w lidze. Młodzi gracze mieli być jeszcze lepsi. Sky was the limit. Sęk w tym, że nigdy nie osiągnęli tego sky.

LaMarcus Aldridge wiedział, że we trójkę mogli zdziałać naprawdę dużo:

,,Ja, Brandon i Greg. Kiedyś przy stole podczas obiadu, pamiętam wizję gry naszej trójki wspólnie i to było coś specjalnego. Czułem, że jesteśmy jeszcze bardzo młodzi i mamy jeszcze dużo czasu na zbudowanie chemii między nami, dorastanie i stawanie się lepszymi zawodnikami. Wyobrażałem sobie, że nasza trójka zdobywa wspólnie kilka tytułów mistrzowskich. Przynajmniej jeden pierścień. Ale to nigdy się nie spełniło. Nie wyszło tak, jak miało być.

Zgadza się, nie wyszło.

Co by było, gdyby to Kevin Durant zostałby wybrany z jedynką?

Trójka Durant, Aldridge i Roy mogłaby podbić ligę.

Załóżmy, że Roy nie miałby problemów z kontuzji. Wiem, wiem, to takie wishful thinking, ale niech tak będzie. Już wtedy uważano go za jednego z najlepszych rzucających obrońców. Kobe Bryant coś o tym wie.

Aldridge miał moment, że był największym dominatorem w grze tyłem do kosza. Jako trzecia opcja w ataku byłby idealny. Jakby to nawet 10 lat później jest graczem, który potrafi zdobywać punkty.

No i Durant.

Blazers mogli stanąć na szczycie koszykarskiego świata, a po raz kolejny dotknęła ich klątwa.

Co by było, gdyby…

Portland Trail Blazers mogli mieć w składzie Michaela Jordana i Kevina Duranta. Właśnie, mogli. Zamiast tego wybrali Sama Bowiego i Grega Odena. Teraz wiemy, że nie były to dobre decyzje, ale wtedy nie było to takie oczywiste.

I tak to jest z naszymi decyzjami. Często boimy się podjąć ryzyko i wybieramy te bezpieczne, bardziej oczywiste opcje (Bowie, Oden), bojąc się zaryzykować (Jordan, Durant). Czasami warto skusić się na to, co wydaje się nam irracjonalne. W końcu każdy geniusz, ma w sobie odrobinę szaleństwa i każdy potrzebuje szczęścia. I tego szczęścia (i szaleństwa) zabrakło ekipie ze stanu Oregon.

Co by było, gdyby…