Już jutro rozpocznie się najbardziej wyczekiwany dzień dla kibica NBA. O 3:00 w Oakland rozpoczną się Finały, w których… czwarty rok z rzędu zobaczymy tych samych aktorów. Tak, będą to Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers. Jak to się stało, że to właśnie te drużyny będziemy oglądać przez najbliższe trzy tygodnie i jak wyglądała rywalizacja przez poprzednie 3 lata?

Nihil novi

Ale to już było…. i nie wróci więcej. A jednak, wróciło i to po raz czwarty.

Miało być jak nigdy, wyszło jak zwykle. Wszystko wskazywało na inny skład finału.

Jeszcze kilka dni temu obie ekipy były nad przepaścią, przegrywając 2-3 w finałach konferencji. Wg ESPN-u prawdopodobieństwo, że zobaczymy pojedynek Cavaliers i Warriors wynosił… około 3%, a najbardziej możliwym match-upem było starcie Houston Rockets i Boston Celtics.

Mhm.

Po 82 meczach sezonu regularnego, trzech seriach playoffowych, prawie 8 miesiącach rozgrywek jesteśmy tu, gdzie każdy (lub większość) przypuszczał i w znanym (ale czy lubianym?) składzie.

Już w czwartek, czyli jutro rozpoczną się w Finały NBA. Naprzeciwko siebie staną Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers. Od 2015 roku to właśnie te drużyny były w finałach. W tym roku miało być inaczej, a jest tak, jak zwykle. Jak do tego doszło?

Cleveland Cavaliers – niemożliwe nie istnieje

Jeżeli w którymś ze swoich sezonów Lebron James nie miał wygrać Wschodu, to był to właśnie ten.

Wszystko zaczęło się od dramy związanej z Kyrie Irvingiem. Irving poczuł się niechciany w Cleveland i zażądał wymiany. Cavaliers obrali dość niespodziewany kierunek, bo oddali go do… najgroźniejszego rywala, czyli Boston Celtics, w zamian pozyskując Isaiaha Thomasa, Jae Crowdera i wybór w drafcie. Kto wygrał ten trade? Fakt, że w Cleveland pozostał już tylko ten wybór w drafcie, mówi sam za siebie. Thomas nigdy nie wrócił do formy po kontuzji biodra, a Crowder był cieniem samego siebie z Bostonu. Paradoskalnie, Cavaliers spisywali się dużo lepiej bez Thomasa na parkiecie i jego słaba dyspozycja po powrocie przelała czarę goryczy.

Nadszedł czas zmian. Rewolucja była krótka, bo trwała tylko 30 minut, ale było to chyba najbardziej niespodziewane pół godziny w dziejach NBA.

Koby Altman wymienił dosłownie pół składu, pozyskując nie gwiazdy, lecz zawodników zadaniowych: George’a Hil, Larry’ego Nance’a, Jordana Clarksona Rodneya Hooda. Zmiana poprawiła zdecydowanie chemię w zespole, ale… na parkiecie nie było zbyt dużej różnicy. Sytuacji nie poprawiła kontuzja ręki Kevina Love’a.

Cavaliers nie walczyli o wygranie Wschodu. Ich priorytetem było utrzymanie przewagi parkietu. Cel został osiągnięty, jednak do tego potrzeba było aż 82 spotkania w wykonaniu Lebrona Jamesa. To pierwszy przypadek w jego karierze, że zagrał w każdym meczu w fazie zasadniczej. W tamtej chwili wydawało się to dziwne posunięcie – James ma już swoje lata i zawsze robił sobie przed playoffami krótką przerwę na złapanie oddechu. Zaczęto wątpić w to, czy Król da radę. Praktycznie nikt nie stawiał na to, że Cavaliers mogą wejść do finałów. To Toronto Raptors byli stawiani w roli faworytów, po najlepszych rozgrywkach w historii organizacji.

W pierwszej rundzie Cavs byli o krok od odpadnięcia. Rywalizacja z Indianą Pacers miała być krótka, szybka i przyjemna, a skończyło się na siedmiu meczach. Pacers byli lepszym zespołem, ale to Cavaliers mieli najlepszego zawodnika na świecie. James dwoił się i troił i praktycznie w pojedynkę przeciągnął swój team do II rundy. Król w meczu numer 7 nie zszedł z parkietu ani na sekundę, a i tak niewiele zabrakło do porażki.

W tym momencie wątpliwości były ogromne. Jak James ma wprowadzić tych Cleveland Cavaliers do Finałów? Przecież nie zrobi tego w pojedynkę?

Lebron był w siedmiu finałach z rzędu i seria z Toronto Raptors miała zakończyć tę passę. Większośc ekspertów typowała zwycięstwo ekipy z Kanady.

Cóż, ktoś tu miał inne zdanie na ten temat i chyba wiesz kto.

Raptors znowu zostali ośmieszeni przez Jamesa. Cavaliers zamietli Dinozaury, triumfując 4-0. Nagle, nie tylko Król był świetny, ale reszta zespołu włączyła się do gry: JR Smith zaczął trafiać trójki, Kevin Love dominował pod koszem, a Tristan Thompson nagle wrócił do formy z 2016 roku.

To był jasny komunikat: We’re back.

W finałach konferencji zobaczyliśmy te zespoły, które większość typowała na początku sezonu: Cavs i Boston Celtics. Celtics stali się rewelacją rozgrywek, awansując tak daleko bez dwóch swoich największych gwiazd: Gordona Haywarda i Kyriego Irvinga. Pamiętajmy, że Irving to były zawodnik Cavaliers. Niestety, kontuzja kolana wykluczyła go z gry i nie mogliśmy zobaczyć, jak rewanżuje się swojemu byłemu klubowi.

Sama seria była stosunkowo mało zacięta, chociaż 7 spotkań może wskazywać inaczej. Tak naprawdę żaden z meczów nie rozstrzygnął się w końcówce. Na koniec dnia wyszło doświadczenie i spokój Cleveland. Młodzi Celtics nie wytrzymali psychicznie (i kondycyjnie) trudów serii i przegrali na własne życzenie. To był pierwszy przypadek w historii organizacji z Bostonu, że Celtics oddali prowadzenie 2-0 w serii playoffowej.

Lebron James znowu zrobił coś historycznego. James znowu coś udowodnił. To już jego ósmy z rzędu awans do Finałów NBA, co jest wyczynem nieprawdopodobnym. Przez cały sezon Cavaliers byli stawiani na straconej pozycji: ich obrona była fatalna, wszyscy poza Jamesem spisywali się poniżej oczekiwań. I co? I znowu to nie ma znaczenia. Liczy się tylko geniusz Króla.

Cavaliers nie mają nic do stracenia, bo nikt na nich nie stawia. Czy mogą sprawić niespodziankę? Wątpliwe. Ale jeżeli jest na świecie jedna osoba do tego zdolna, to jedynie Lebron James.

Golden State Warriors – zgodnie z planem, ale… nie do końca

Mistrzowie NBA z poprzedniego roku od początku byli stawiani za faworyta do zdobycia tytułu. Nikt nie miał prawa im zagrozić. Teoretycznie, kolejny sezon miał być jeszcze lepszy w ich wykonaniu, ale nie do końca tak było. Steve Kerr odpuścił fazę zasadniczą, dając odpocząć swoim graczom w niektórych spotkaniach. Ale niektóre absencje były wymuszone przez kontuzję, choćby Stephen Curry opuścił aż 31 spotkań.

Warrios zakończyli sezon regularny na drugim miejscu na Zachodzie, ustępując Houston Rockets. To był pierwszy taki przypadek od 2014 roku. Niespodziewanie Wojownicy doczekali się rywala z prawdziwego zdarzenia. Rockets wygrali aż 65 pojedynków i jasno stawiali sprawę – nasz cel jest jeden: pokonanie mistrzów NBA!

Do tego zaraz przejdziemy.

Na początku playffów podopieczni Steve’a Kerra musieli sobie radzić bez Curry’ego, który cały czas leczył uraz kolana. Pierwsza seria to stosunkowo gładki triumf (4-1) nad San Antonio Spurs. Widać jednak było problemy Warriors w ataku, w obliczu braku swojego lidera. W drugiej rundzie Golden State zmierzyli się z New Orleans Pelicans i tutaj rezultat był podobny (4-1). W trzecim meczu tej serii do gry wrócił Curry, który prezentował się dobrze pod względem fizycznym, ale widać było lekką rdzę.

Dwie pierwsze serie były praktycznie bez historii. ,,Zabawa” miała się zacząć dopiero w finałach konferencji, gdzie czekał nas długo zapowiadany pojedynek: Warriors stanęli do walki z Houston Rockets. Tym razem, to do Rockets należała przewaga parkietu i mistrzowie NBA rozpoczęli bój od dwóch spotkań wyjazdowych. Po wygranej w pierwszym starciu wydawało się, że w tej serii zabraknie emocji, lecz Rakiety się nie poddały. Po dwóch świetnych występach w defensywie w meczach numer 4 i 5 to Rockets nagle wyszli na prowadzenie 3-2. Faworyci do mistrzostwa stanęli pod ścianą. Niestety, Chris Paul nabawił się kontuzji ścięgna udowego i dwie ostatnie potyczki stały pod znakiem dominacji Warriors, którzy awansowali do czwartych finałów z rzędu. Czy jego obecność zmieniłaby losy tej serii? Tego się nigdy nie dowiemy.

Warriors vs Cavaliers, czyli czwarty odcinek sagi

Tegoroczne finały będą czwartymi z rzędu pomiędzy Warriors i Cavaliers: ci pierwsi wygrali dwukrotnie (w 2015 i 2017 roku), a Cavs w zrobili to raz. Jednak to ich zwycięstwo przeszło to historii NBA.

O tym, co się działo w 2015 i 2016 roku więcej przeczytasz tu i tu.

Zeszłoroczna rywalizacja była dość jednostronna i to Wojownicy triumfowali 4-1. Przyjście Kevina Duranta zrobiło różnicę. KD otrzymał statuetkę dla MVP tej serii. Cavaliers nie byli w stanie zatrzymać tego ofensywnego potwora. Chociaż trzeba im oddać, że zeszłoroczny team był fantastyczny. Trafił jednak na zbyt trudnego rywala.

Jak będzie w tym roku? Trudno oczekiwać innego rozwiązania. Chociaż to jest sport, a w sporcie jest wszystko możliwe, co mogliśmy zobaczyć w 2016 roku.

A Wy jak typujecie tę serię?