Jak ten czas leci… za nami już pierwszy prawie miesiąc rozgrywek w naszej ukochanej lidze, więc pora na małe podsumowanie. Miałem plan napisania o tych pozytywnych i o tych negatywnych rzeczach z początku sezonu NBA. Jednak naszła mnie taka myśl, że my, jako Polacy, mamy taką mentalność, żeby doszukiwać się dziury w całym. Nic nie może być idealnie – zawsze znajdziemy coś, co nam przeszkadza. Coś, co zaburza całą koncepcję. Życie każdego z nas przynosi nam wystarczająco (oby jak najmniej) smutków, więc skupimy się jedynie na tych pozytywnych rzeczach. Mamy poniedziałek, czyli piątek już (a nie dopiero) za 4 dni!

Pozytywy i negatywy pierwszego miesiąca w NBA  

12!

Philadelphia 76ers, New York Knicks, Milwaukee Bucks, Miami Heat, San Antonio Spurs, Sacramento Kings, Oklahoma City Thunder, Orlando Magic, Atlanta Hawks, Los Angeles Lakers, Charlotte Hornets i Toronto Raptors. Tak wygląda bilans ofiar Boston Celtics w tym sezonie. Wczorajsza wygrana z Raptors była już dwunastą z rzędu i szczerze mówiąc, cały czas nie mogę wyjść z podziwu dla tego zespołu.

Przed sezonem moglibyśmy (hipotetycznie) zakładać, że coś takiego może się wydarzyć. W końcu do Celtics dołączyli m.in. Gordon Hayward i Kyrie Irving, chociaż wydawało się, że będzie potrzeba trochę czasu, żeby te elementy się dopasowały. Jednak pierwsze 5 minut tego sezonu boleśnie zweryfikowało te plany. Hayward doznał kontuzji, która prawdopodobnie wykluczy go do końca rozgrywek i nagle… wydawało się, że cały sezon legł w gruzach.

Wydawało się, bo Brad Stevens stworzył praktycznie coś z niczego. Stworzył zespół, który najtrudniejsze wyzwanie miał już na samym początku i jak się okazuję, wychodzi z tego zwycięsko. W tym momencie to właśnie 41-letni Stevens jest faworytem do zdobycia statuetki dla trenera roku. Co więcej, wielu ekspertów wymienia go jako drugiego najlepszego coacha od razu po Gregu Popovichu.

Celtics mają pierwszą obronę w NBA, co nie ukrywajmy, jest dużą niespodzianką. W życiu byś nie pomyślał, że zespół, w którego pierwszej piątce gra Kyrie Irving, debiutant i drugoroczniak może mieć najlepszą defensywę w lidze. Boston zatrzymał rywali na mniej niż 100 punktach w 11 z ostatnich 12 meczów. Wow. We współczesnej NBA, która jest nastawiona na atak, jest to fantastyczny wyczyn. Wiesz, 12 meczów z rzędu nie wygrywa się przez przypadek.

Jak długo może potrwać ta seria?

Kolejnym rywalem Celtics są Brooklyn Nets, którzy są zespołem do ogrania, ale nie można go na pewno zlekceważyć. Prawdziwy sprawdzian to czwartkowy mecz z Golden State Warriors. Wyśpij się w tym tygodniu na zapas, bo to jest pojedynek, którego nie możesz sobie odpuścić. Jeśli i mistrzowie NBA zostaną pokonani, to ja już nie wiem… może Celtics już w ogóle nigdy nie przegrają?

PORZINGIS!

Przyznaj, Ty też dałeś się porwać hype’owi na 22-letniego Łotysza, bo ja tak. Zdecydowanie. Jaram się. Nowy Jork się jara. Jaramy się Nowym Jorkiem. Nowy Jork wygrywa. My wygrywamy. Wszyscy wygrywają.

Porzingis jest fajny. Trudno go nie lubić.Nie wiem, czy kiedykolwiek mogliśmy oglądać podobnego gracza. 221-centymetrowy rzucający obrońca w ciele centra – to jest chyba najlepsze określenia dla tego, co wyprawia na boisku..  W całym sezonie Łotysz zalicza skromne 30.4 punktów, 7.3 zbiórki i 2.3 bloków na mecz, a to wszystko trafiając 51.3% z gry i 41.3% za trzy, mając 22 lata i 221 centymetrów wzrostu.

Spójrzmy na ostatnie 4 mecze Zingisa: 37,40, 28 i 34. Zauważ, że tylko raz grał więcej niż 31 minut i w każdym z nich miał skuteczność powyżej 52%. Mało? 11-20 za trzy, co daje 55%. Jeszcze za mało? 14 bloków.

Choćby mecz z Sacramento Kings. Zingis rzucił 34 punkty w… 27 minut, a Knicks z nim na parkiecie byli lepsi od rywali o 31 punktów. W porównaniu starterzy Kings zdobyli zaledwie 31. Myślisz, że Łotysz miałby szansę, grając 1 na 5? Może….

Najważniejsze jest to, że Knicks zaczęli wygrywać i już nie są pośmiewiskiem ligi, a z bilansem 7-5 zajmują 6. miejsce w Konferencji Wschodniej. Czyżby playoffy miały zawitać do Nowego Jorku. Jeśli Porzingis utrzyma swoją dyspozycję, to kto wie?

Jedno jest pewne: jesteśmy świadkami narodzin gwiazdy. Porzingis jest wyjątkowy bo jest graczem na dwie strony boiska, czyli jest świetny w ofensywie, a do tego robi różnicę po bronionej stronie parkietu. Wydaje się, że jest to materiał na gracza, na którym można zbudować przyszłość organizacji.

Oby tylko zdrowie mu dopisało…

James Harden is cooking

Nie wiem, czy jest gracz, który bardziej zasłużył na nagrodę MVP. Harden dwukrotnie miał po prostu pecha. Raz przegrał ze Stephenem Currym, choć walka była wyrównana i różnica między nimi nie była duża. W zeszłym sezonie pamiętamy, co się działo – Rusell Westbrook notował średnio triple double i Brody 29.1 punktów i 11.2 asyst w meczu było za mało.

W tym sezonie Harden wygląda jak faworyt do wygrania statuetki dla najbardziej wartościowego gracza NBA. Spójrzmy tylko na jego cyferki ­– średnio 30.2 punktów, 10.2 asysty. Nieźle. Zwłaszcza listopad w wykonaniu lidera Rockets jest świetny– 38.5 i 11.5 + 6 zwycięstw zespołu. A pamiętamy jego występ przeciwko Utah Jazz, kiedy zdobył 54 oczka w trzy kwarty.

We wczorajszym meczu przeciwko Indiana Pacers Heezy miał 9 asysty w … pierwszej kwarcie. I szczerze, nie było to nic zaskakującego. Harden ma stworzone idealne warunki do gry, gdy wokół niego są sami shooterzy za trzy punkty.

Rockets (bilans 11-3) są w tym momencie drugą drużyną Konferencji Zachodniej, co na pewno wpływa na szanse Jamesa z wyścigu po MVP.  W zeszłym sezonie Russel Westbrook był pewnym zaprzeczeniem reguły, że ta nagroda należy się graczowi z czołowej drużyny ligi.

Kto może mu przeszkodzić w zdobyciu upragnionej nagrody?

Wydaje się, że Kawhi Leonard nie będzie już zagrożeniem dla Hardena. Zawodnik Spurs cały czas nie jest zdolny do gry i nie do końca wiadomo, kiedy wróci na parkiet. A strata 20/30 meczów praktycznie eliminuje go z walki o miano MVP. Giannis Antetokounmpo notuje kozackie rozgrywki, ale jego zespół na razie zawodzi. Grekowi może zabraknąć po prostu zwycięstw. Lebron James powinien de facto co roku wygrywać tę nagrodę, bo jest najlepszym graczem na świecie, ale reguły przyznawania są trochę inne, więc nie wydaje się, żeby Król zdobył swoją piątą statuetkę. W szeregach Boston Celtics trudno wskazać kandydata, bo chyba najbardziej wartościowym elementem dla całego zespołu jest trener. Moim zdaniem największym zagrożeniem jest, któryś z dwójki Kevin Durant i Stephen Curry. Golden State Warriors są najlepszym zespołem w lidze, czyli któryś z tej dwójki powinien naturalnie dostać MVP. Ale tutaj jest problem bogactwa, bo ta drużyna ma tyle talentu, że ich gwiazdy nie muszą grać na 100%. Często jest tak, że Curry, czy Durant nie muszą grać już w czwartej kwarcie, bo wynik jest już rozstrzygnięty.

To, co? Do trzech razy sztuka?