Jeżeli ktoś uznał, że sobotni wieczór spędzi na oglądaniu filmu „Zabawa w chowanego” autorstwa braci Sekielskich, to bez trudu się ze mną zgodzi, że ciężko było później usnąć. A gdy jeszcze o trzeciej nad ranem przełączyło się w telewizorze na kanał Polsatu Sport – jedno stało się pewne: noc z szesnastego na siedemnastego maja stała się dla tej osoby całkowicie bezsenna. I gdyby ktoś u jakiegoś bukmachera postawił pieniądze właśnie na takie wydarzenie, z pewnością zgarnąłby znaczącą sumę.

Jeszcze przed rozpoczęciem karty głównej mieliśmy możliwość, dzięki UFC Fight Pass, obejrzeć jedną z najkrwawszych walk w historii tej organizacji. Kto nie miał okazji spojrzeć na pojedynek Nate’a Landwehra z Darrenem Elkinsem jest proszony o jak najszybsze nadrobienie zaległości. W końcu szkoda by było przegapić jedno ze starć, które z pewnością będzie kandydować do miana „walki roku 2020”… Jednakże uprzedzam, zaszokuje Was nie tylko ilość rozlanej krwi w oktagonie, ale również punktacja. Z ręką na sercu mogę zgodzić się z Łukaszem „Jurasem” Jurkowskim w tym, że „może komentujący czasem opowiadają o innej walce, a sędziowie na kartach o innej i żadna strona nie patrzy na racje drugiej, ale czasem dochodzi do przesady”. Nie jestem do końca przekonany, czy trzech sędziów oceniając starcie 29-28 i 2x 30-27 na korzyść Nate’a Landwehra, nie popełniło błędu. Ale mnie tam na szczęście za podejmowanie decyzji sędziowskich nie płacą, więc jasnym jest, że nie znam się na omawianej dyscyplinie ani odrobinę… (śmiech)

Następny pojedynek również nie pozwolił zmrużyć oka. Song Yadong i Marlon Vera przypomnieli fanom na całym świecie, że dywizja piórkowa w UFC jest również szalenie interesująca, jeżeli tylko władze federacji zestawią ze sobą odpowiednie nazwiska. Choć walka trwała piętnaście minut, czyli odbyła się na tzw. „pełnym dystansie”, to przyznaję, że w sumie nie miałbym nic przeciwko kolejnym rundom. Ale chwilę później wydarzyło się to, na co czekali chyba wszyscy polscy kibice, a mianowicie: powrót Krzysztofa Jotko do rankingu TOP15 federacji UFC w wadze średniej. Choć tu również o werdykcie decydowali sędziowie, to tym razem byli jednomyślni, wspólnie uznając, że Polak wygrał każdą rundę. I powiem to ponownie: nie znam się, ale cieszę się, że Polak wygrał! Zwłaszcza, że to już trzeci z rzędu triumf, więc wszystko wskazuje na to, że Krzysztof Jotko wracając na szlak zwycięstw, jednocześnie uciszył kilku hejterów… A i przypomniał bukmacherom, że warto ustawiać jego w roli faworyta. W końcu MMA to taki sport, gdzie to nie sylwetka decyduje o tym, kto wygra walkę. Krzysztof może był i niższy i mniej umięśniony – jak podawały media – ale przypomniał, że jak Polak chce coś osiągnąć, to nic go nie zatrzyma przed osiągnięciem wyznaczonego celu. Swoją drogą, to dziękuję Krzyśkowi Jotko – ponownie potwierdził me przypuszczenia, jak obstawiać u bukmacherów, więc następnym razem już się nie zawaham i stawiam na niego.

Ostatnie trzy pojedynki karty głównej miały zagwarantować, że widzom kawa z rana nie będzie potrzebna do rozbudzenia się. I o ile jeszcze przy starciu Dana Ige’a z Edsonem Barbozą najwięcej przyjemności z oglądania mogli czerpać miłośnicy statystyk, tak następne dwie walki utwierdziły mnie w przekonaniu, że zarówno Claudia Gadelha, jak i Alistair Overeem potrafią zadbać o to, by widz zapomniał o drzemce. Brazylijka udowodniła, że nawet jeśli jej twarz zostanie porozcinana, to nie oznacza, że można z nią wygrać. I choć sędziowie nie byli jednomyślni, podczas punktacji, a eksperci zarzucali jej, że była pretendentka do pasa nie zachwyciła formą, Gadelha po raz osiemnasty zanotowała zwycięstwo w swojej zawodowej karierze, przypominając, że nadal trzeba się z nią liczyć. Co prawda procent znaczących uderzeń, jak i łącznej liczby ciosów był wyższy u Angeli Hill, ale sędziowie po raz kolejny udowodnili, jak bardzo lubią zwracać uwagę na obalenia. I mimo, że dla Claudii wyszła tylko jedna z czterech prób, to i tak miała wyższy procent od rywalki w tej kategorii o… dwadzieścia pięć procent. Ale ogłoszenie werdyktu nie było ostatnim zaskoczeniem, jakie zafundowała Brazylijka wszystkim fanom MMA. Tuż po pojedynku przyszedł czas na wywiad, w którym do walki wyzwała Carlę Esparzę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że obie panie już walczyły ze sobą, na UFC 225, i wtedy lepsza okazała się… Brazylijka. Obrazując fanom sportu, którzy nie śledzą walk MMA, wytłumaczę to w ten sposób: to tak, jakby Lewis Hamilton ubiegał się o miejsce za kierownicą Williamsa, by udowodnić, że i tak jest znacznie lepszym kierowcą od reszty stawki.

I na koniec nadszedł moment, w którym rękawice skrzyżowali Walt Harris i Alistair Overeem. Bukmacherzy wskazywali w swoich typach, że to Amerykanin ma większe szanse na triumf. Argumentami było to, że Holender ma szklaną szczękę od ilości zebranych ciosów w poprzednich walkach, a Walt chciał pomścić wszystkie swoje demony, z którymi zmaga się odkąd znaleziono martwą jego córkę. Jak przyznał Harris w wywiadzie tuż przed galą: „Każdy kto wchodzi teraz ze mną do klatki, musi mieć świadomość, że walczy z dwoma osobami na raz: ze mną i z moją córką. Ona mnie napędza, dzięki niej mam w sobie inny ogień, który powoduje, że staje się niebezpieczny dla każdego”. I trzeba oddać Amerykaninowi, że pokazał, że jest w stanie pojedynek z UFC Fight Night 172 skończyć już w pierwszej rundzie. Regularnie trafiał w szczękę Holendra i dosłownie jednego, może dwóch ciosów brakowało, by walka skończyła się już w pierwszej odsłonie. Komentatorzy z Polsatu Sport zastanawiali się, czy lekarz dopuści Holendra do drugiej rundy, a wszystko przez to, że powstało znaczące krwawienie na łuku brwiowym u Alistaira. Na tyle znaczące, że płynąca krew bardzo mocno ograniczała mu widoczność na jedno oko. Overeem udowodnił jednak, że gdy poczuje zranienie, to tylko się bardziej nakręca na dalszą walkę. I zaledwie kilkanaście sekund później najpierw trafił high-kickiem Walta Harrisa, a następnie zaczął zasypywać go gradem ciosów w parterze. Amerykanin błyskawicznie oddał plecy, uznając, że najlepszą obroną będzie przeczekanie tego, co miało się wydarzyć. Holender czuł się jednak tak pewny siebie, że nie tylko próbował dusić zza pleców swego rywala, ale również nie narzucał morderczego tempa uderzeń; a będąc bardziej precyzyjnym mogę powiedzieć, że po zadaniu każdego kolejnego ciosu w głowę swego rywala, miał czas, by zapytać sędziego, czy naprawdę ma raz jeszcze uderzyć, by ten przerwał to starcie. Tak więc podsumowując ten akapit, mogę napisać tak: jeden z naszych dziennikarzy – Damian Maniecki trafnie przewidział rezultat tego pojedynku, a na potwierdzenie mych słów dołączam link do jego wypowiedzi. Jak widzicie, nam też zdarzy się coś kiedyś dobrze obstawić.

Reasumując, gala UFC Fight Night 172 dostarczyła niezapomnianych emocji. I choć widzowie oglądający tylko kartę główną tym razem mieli okazję ujrzeć, aż cztery walki, które kończyły się decyzją sędziowską, to nikt nie może czuć się rozczarowany. UFC przypomniało, że MMA może być nie tylko brutalne, ale również niezwykle pociągające. I nie mam tu tylko na myśli widoku Claudii Gadelha pokonującej Angelę Hill, czy też Megan Olivii zapowiadającej każdy następny pojedynek… A dla tych, którzy przegapili tym razem galę UFC, mam dobrą wiadomość. Zresztą dotyczy ona również tych, którzy zerwali ostatnią nockę z soboty na niedzielę. Najbliższa gala już 30 maja. I tak, pierwotnie miała odbyć się 23 dnia piątego miesiąca bieżącego roku, ale w sumie jak poczekamy dwa tygodnie na kolejne „igrzyska sportów walki”, to i apetyt na następną dawkę UFC będzie znacznie większy…Cytując Megan Olivii: „To wszystko na dziś. Widzimy się już na następnej gali”.

 

 

Moje obstawianie – typy, które się sprawdziły:

Krzysztof Jotko vs Eryk Anders – zwycięstwo: Krzysztof Jotko przez: decyzję

Angela Hill vs Claudia Gadelha – zwycięstwo: Claudia Gadelha przez: decyzję

Walt Harris vs Alistair Overeem – zwycięstwo: Alistair Overeem przez: nokaut


Moje obstawianie – typy, które się nie sprawdziły:

Marlon Vera vs Song Yadong – zwycięstwo: Marlon Vera przez: decyzję

Edson Barboza vs Dan Ige – zwycięstwo: Edson Barboza przez: decyzję