Pierwszy dzień (a właściwie noc) wolnej agentury za nami. Działo się i to dużo! Nowe umowy podpisali Kevin Durant, Chris Paul i Paul George i ruchy jednych były dużym zaskoczeniem, innych trochę mniejszym. Wszyscy czekali na decyzję Lebrona Jamesa, ale Król jeszcze nie podjął lub przynajmniej nie ogłosił swojej woli, ale mimo tego, ta noc należała do bardzo emocjonujących w NBA. Przyjrzyjmy się pięciu najważniejszym ruchom i decyzjom pierwszego dnia wolnej agentury.

NBA to liga, w której nawet jeśli nic się nie dzieje, to… i tak się coś dzieje. Zakończenie rozgrywek wcale nie oznacza braku emocji; oznacza początek innych, tych pozaboiskowych. Pierwszy w kolejności jest draft, gdzie drużyny wybierają młode talenty do budowania swoich organizacji. Z kolei 1 lipca to data, w której zespoły mogą zacząć dogadywać się z graczami. Oficjalnie. Ale nie daj się oszukać – wszystko jest już dogadane przed. Działacze nie mogą tego robić, lecz sami koszykarze rozmawiają między sobą, dzieląc się wrażeniami i rekrutując siebie nawzajem.

I to właśnie wczoraj był ten dzień, w którym ruszyła maszyna. Wszystko zaczęło się około 6:00 naszego czasu. Przyjrzyjmy się najważniejszym historiom pierwszego dnia wolnej agentury. A działo się naprawdę sporo. Było dużo obaw, że nic się nie będzie działo ze względu na brak wolnych pieniędzy, lecz NBA po raz kolejny nas zaskoczyła. Najważniejsze, że pozytywnie.

Pięć najważniejszych umów pierwszego dnia wolnej agentury:

Kto by się spodziewał (spoiler: wszyscy)

Kevin Durant: 61 milionów dolarów, 2 lata (drugi rok opcja gracza) – Golden State Warriors

To, że Kevin Durant zostanie w Golden State Warriors było pewne, więc podpisanie nowej umowy było jedynie formalnością. Tutaj zadecydowały bardziej aspekty finansowe. No bo chyba nie wierzysz, że KD opuściłby drużynę, z którą zdobył swój pierwszy (i drugi) tytuł w karierze.

Dzięki temu ruchowi Durant będzie mógł wrócić na rynek wolnych agentów w 2019 roku i podpisać maksymalny, pięcioletni kontrakt na kwotę 220 milionów dolarów.

Tutaj nie ma co więcej pisać. Warriors podpisali po prostu niezłego gracza.

Lokalny patriotyzm? Nah, wolę Russella.

Paul George: 137 milionów dolarów, 4 lata (opcja gracza w czwartym roku) – Oklahoma City Thunder

Przyszłość Paula George była wielką niewiadomą. Po tym, jak rok temu zażądał transferu z Indiany Pacers, wydawało się, że on i LA Lakers to oczywiste połączenie. George pochodzi z Los Angeles i nie raz podkreślał, jak kocha swoje miasto. Lakers jednak nie byli zbyt aktywni w kwestii pozyskania George’a i olali temat, licząc, że ten pójdzie za głosem serca i dołączy do nich rok później, kiedy stanie się wolnym agentem. Logiczne, bo po co oddawać coś za gracza, który może przyjść do nas ZA DARMO, tylko trochę później.

I tutaj do akcji wkracza Sam Presti i jego Oklahoma City Thunder. Tak, ten sam Sam Presti. Generalny menedżer Thunder pozyskuje George za Victora Oladipo i Domantasa Sabonisa, co wtedy wydawało się niczym, a z perspektywy czasu to wcale nie tak mało.

Mniejsza.

Thunder mieli rok na przekonanie Paula do siebie. Zadanie przed nimi nie było na pewno łatwe i co by nie mówić, sami sobie nie ułatwiali sytuacji. Dopiero 5. lokata w Konferencji Zachodniej i co gorsza, porażka już w I rundzie z Utah Jazz, zdawała się przekreślać szansę na pozostanie George’a w Utah Jazz. No bo po co ma być w teamie, który nie będzie już (przynajmniej teoretycznie lepszy).

Ale Paul zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Mógł spróbować dołączyć do Lakers i rekrutować Lebrona Jamesa. Wybrał jednak inną drogą. Jak sam mówił, ma w Oklahomie niedokończone sprawy, więc wrócił i postanowił podjąć wyzwanie, a nie iść na skróty. Brawo.

Maksymalny kontrakt to jego w przypadku adekwatna cena i tutaj nic Thunder nie mogli wskórać. Otrzymują gracza, który jeżeli zmotywowany, jest top-10 zawodnikiem w NBA. Już teraz było widać, że George ma chemię z Westbrookiem zarówno na, jak i poza parkietem.

Z drugiej strony, ten ruch jednak mocno komplikuje sytuację finansową Grzmotów. Pamiętaj, że mówimy tu o drużynie z małego rynku, a nie z LA czy Nowego Jorku. Thunder nie wydają pieniędzy na prawo i lewo, bo nie mają aż takiego potencjału marketingowego. Patrząc na ich salary cap w przyszłym sezonie (poza Georgem podpisali umowę z Grantem – 27 milionów na 3 lata), można się przerazić. W tym momencie mając 11 zawodników w składzie, będą płacić 156 milionów dolarów, a ich podatek od luksusu w obecnej sytuacji to aż 130 milionów dolarów, czym ustanowiliby nowy rekord NBA. Właściciele są skłonni płacić, lecz czy ten historycznie wielki podatek przekłada się na jakość? Niekoniecznie. Nie widzę tego, żeby ten zespół miał być diametralnie lepszy.

Ale podpisanie George’a było ruchem z typu no-brainer, bo albo podpisujesz go, płacisz i o coś walczysz, albo nie podpisujesz, ale… nadal płacisz i jesteś zdecydowanie gorszy.

Historia kołem się toczy

DeAndre Jordan: 24 miliony dolarów, 1 rok – Dallas Mavericks

W 2015 roku doszło do jednej z najbardziej kuriozalnej historii w dziejach współczesnej NBA. DeAndre Jordan zgodził się podpisać maksymalny kontrakt z Dallas Mavericks, po czym… zmienił zdanie. I to nie tak, że wyszedł jak mężczyzna i powiedział o tym Mavericks. Nie, ci o tym nic nie wiedzieli, a Jordan, namawiany przez swoich kumpli z Clippers, wrócił do zespołu.

3 lata później historia zataczała koło i DeAndre po raz kolejny uzgodnił warunki umowy z Dallas Mavericks. Oby tym razem się nie rozmyślił.

Ruch wydaje się mieć sens dla obu stron. Mavs pozyskują środkowego, który powinien być idealnym partnerem do akcji pick&roll dla Doncicia i Smitha Jr’a, mając go na jednorocznej umowie. Jeżeli się sprawdzi, przedłużą go. Jeżeli nie, będą mieli wolne pieniądze przyszłym latem. Jordan będzie mógł udowodnić swoją wartość, a jeśli to zrobi, to kto jak kto, ale Mark Cuban na pewno o niego zadba.

Na papierze ten zespół wygląda bardzo ekscytująco i moim zdaniem, warto mieć na nich oko. No chyba że DJ znowu zmieni zdanie.

Nie chcemy, ale musimy

Chris Paul: 160 milionów dolarów, 4 lata – Houston Rockets

W przypadku Paula sytuacja wyglądała podobnie jak z Durantem – miał zostać i nikt nie przypuszczał, że odejdzie. Problemem miało być dogadanie się w sprawie pieniędzy. Ostatecznie Rockets i Paul uzgodnili warunku 4-letniej, maksymalnej umowy wartej 160 milionów dolarów. Czy to dobry ruch dla obu stron? Niekoniecznie.

Paul to jeden z najlepszych zawodników w lidze i rozgrywający z grona tych czołowych w dziejach. O jego postawę na boisku nikt się nie martwi; zmartwieniem jest to, czy na tym boisku się w ogóle pojawi.  W ostatnich dwóch sezonach 34-letni rozgrywający opuścił odpowiednio 21 i 24 spotkania, co nie jest może jakimś tragicznym wynikiem. Problem jest taki, że brakuje go w najważniejszych momentach sezonu (patrz: mecze numer 6 i 7 Finałów Konferencji Zachodniej przeciwko Warriors). Paul ma odwieczne problemy ze ścięgnem udowym i im jest starszy, tym sytuacja się komplikuje.

Teoretycznie, Rockets mogliby oszczędzać go w fazie zasadniczej, konserwując na playoffy, ale czy tego oczekuje się od gracza na maksymalnym kontrakcie?

Moim zdaniem Houston swoją jedyną szansę na pokonanie Golden State Warriors już straciło. Oni już po prostu nie będą lepsi, tym bardziej bez Arizy w składzie. Chcesz płacić 44 miliony dolarów 38-letniemu Paulowi , który co chwila łapie jakieś kontuzje? Ja nie chcę, ale Rockets musieli zapłacić taką cenę, żeby zatrzymać go u siebie w składzie.

Ariza w Phoenix Suns, wtf?

Trevor Ariza: 15 milionów dolarów; 1 rok – Phoenix Suns

Dla przeciętnego kibica Trevor Ariza jest postacią stosunkowo anonimową i na pewno nie jest kimś, kto zmienia krajobraz w lidze. Błąd. Odejście Arizy będzie olbrzymią stratą dla Houston Rockets. Dziwne jest to, że Rockets pozwolili mu tak po prostu odejść. Dziwny też jest kierunek, który obrał sam zawodnik. Dziwne też jest to, że Phoenix Suns zaproponowali mu tę umowę. Krótko mówiąc, wszystko tu jest dziwne.

Ariza był praktycznie najlepszym zawodnikiem typu 3&D na rynku wolnych agentów. To on – mimo 33 lat – nadal jest czołowym specjalistą od obrony i rzutów za trzy, a jak wiemy, takie atrybuty są szczególnie ważne we współczesnej koszykówce. Jego 36.8% za trzy może nie wygląda jakoś rewelacyjnie, lecz Ariza był na tyle wszechstronny, że mógł grać na pozycji numer 4, razem z PJ Tuckerem tworząc duet podkoszowy. Jego brak będzie szczególnie widoczny po bronionej stronie boiska, bo to właśnie on był odpowiedzialny za krycie Kevina Duranta i robił to bardzo dobrze. Nie widzę nikogo, kto miałby go zastąpić. Fakt, 15 milionów dolarów to dużo, lecz właściciele Rockets jasno powiedzieli, że zapłacą każde pieniądze, żeby utrzymać ten zespół. Cóż, wyszło inaczej, bo według doniesień zaoferowali około 7-8 milionów mniej niż Suns.

Ten ruch z perspektywy Phoenix Suns nie ma zbyt dużo sensu, według mnie. Okej, pozyskują sprawdzonego gracza, który pomoże w wygrywaniu, lecz oni jeszcze są zbyt słabi, żeby zwyciężać. Przyszły rok powinien stać pod znakiem rozwoju, a nie chęci tworzenia lepszego zespołu. Poza tym, Ariza będzie zabierał czas gry młodym graczom – Joshowi Jacksonowi, wybranemu w drafcie Mikalowi Bridgesowi czy TJ Warrenowi.

Ariza to tego typu gracz, który przydałby się każdej drużynie w lidze poza… Suns.

Quo Vadis, Phoenix?

Królu, a co z Tobą?

Już prawie wszystkie ,,grube ryby” zniknęły z rynku, lecz pozostała ta jedna, najważniejsza i największa, czyli Lebron James. Wydaje się, że wyścig po Króla składa się z trzech zespołów: Los Angeles Lakers, Cleveland Cavaliers i Philadelpia 76ers. Kogo wybierze James? O tym przekonamy się już w najbliższych dniach.