Derby w piłce są jak finałowy odcinek sezonu “Gry o tron”. Zarówno dla kibica jednej z drużyn, jak i dla fana serialu cały świat zatrzymuje się na tych kilkadziesiąt minut w oczekiwaniu, aż przypuszczenia zamienią się w rzeczywistość.

Zresztą podobieństw między derbami a serialami jest więcej. Rywalizują ze sobą siły dobra i zła (w piłce to, co dobre, a co złe zależy od tego, w którym sektorze usiądziemy). I w piłce, i w serialu mamy do czynienia z dobrze znanymi już bohaterami, znamy ich przeszłość, zdolności, typy zachowań i próbujemy sobie wmawiać, że wiemy o nich wszystko tylko po to, by zostawić im możliwość zaskoczenia nas po raz kolejny. Na forach tematycznych (czy to piłkarskich, czy filmowych) dyskusje zaczynają się wiele dni wcześniej. Niektórzy podchodzą do tego emocjonalnie i krzycząc z mównicy przez tubę Caps Locka, przekonują, że “MUSIMY TO WYGRAĆ” albo “PORAŻKA TO KONIEC ŚWIATA”. Inni decydują się na pogłębione analizy stanu obecnego w stylu Jacka Gmocha i analizują: każdy palec każdego piłkarza, każdą minutę każdego poprzedniego meczu, a nawet każde źdźbło trawy. I przeważnie z takiej analizy, jak bardzo krytycznie czy “obiektywnie” by nie spojrzeć, wychodzi, że jednak “musimy to wygrać… innej opcji nie ma”.

I właśnie to jest dla mnie “czysty” futbol. Przynajmniej jeśli idzie o futbol w skali światowej. Ze wszystkimi swoimi naturalnymi zaletami i wadami. “Czysty” nie znaczy tutaj, że w tym wydaniu jest nieskazitelny. Nie, “czysty” oznacza, że nie ma plam, które przyćmiewałyby jego wizerunek. Przed derbami właśnie widać doskonale, jak narasta to zdrowe podniecenie i jak kwitnie chora agresja. Ukazują nam się pozytywne działania fanów, którzy działają dla dobra swojego klubu, ale jednocześnie widzimy tych, którym zależy jedynie na porażce wroga. Można trafić na ciekawe dyskusje, inteligentne i pomysłowe docinki, rodziny, w których mąż kibicuje jednej, a żona drugiej stronie, łączone flagi i tak dalej. Ale można także znaleźć chamskie rzucanie mięsem, kradzieże i palenie szalików, bójki i pobicia. Oto “czysty” futbol na światowym poziomie. Oto ludzie, a ludzie stworzyli sport, w tym piłkę nożną.

“Czysty” futbol to sporo chamstwa, agresji i prostactwa i sporo mniej rozsądku, zdrowej rywalizacji i zabawy. Tego jednak nie ujrzymy w mediach.

W ten weekend odbyły się derby Merseyside oraz Zagłębia Ruhry. “Najważniejsze mecze sezonu”, “Mecze, które rządzą się swoimi prawami”, “Święto futbolu” − tak zapowiada się każde z największych derbów Europy. Pomyślmy chwilę − z łatwością można znaleźć wiele ważniejszych meczów, nawet dla drużyn biorących udział w derbach. Mecze, które rządzą się swoimi prawami? To jeden z najgłupszych sloganów, spośród wszystkich, jakie można usłyszeć. Każdy mecz rządzi się własnymi prawami. Wymieńcie mi choć jedno prawo, które stosuje się do wszystkich meczów poza derbami… Wymieńcie w takim razie choć jedno, które stosuje się do wszystkich łącznie z derbami. Nie ma żadnych. Mecz ma dwie części po 45 minut, są dwie bramki, jedna piłka, a kto częściej umieści piłkę w bramce przeciwnika, ten jest zwycięzcą − oto wszystkie “prawa futbolu”. Nic to jednak nie zmieni, bo Everton w końcu wygra na Anfield Road (nie zrobił tego od 1999 roku) i znów usłyszymy, że “Derby rządzą się swoimi prawami” i nic nie zmieni fakt, że niezła drużyna, jaką są The Toffees, w końcu musi wygrać wyjazdowe derby. Choćby dlatego, że Liverpool przegrywał u siebie nawet z trzecioligowcem. Ale wtedy była to tylko “sensacja”, a nie magiczne “prawa”…

No i najzabawniejsza część, “święto futbolu”. Wielkie, telewizyjne derby są dla futbolu takim świętem, jak wojna dla demokracji. Tu już zupełnie nie o piłkę chodzi. Właściwie to chodzi o wszystko, tylko nie o nią. Zacznijmy od tego, co wiadomo. W końcówce spotkanie Schalke − Borussia sędzia powinien podyktować rzut karny dla gospodarzy. Felix Zwayer jednak nie użył gwizdka, bo nie dostrzegł zagrania ręką. Sędzia nie widział, więc gramy dalej, zdarza się. Problem w tym, że nie żyjemy w latach sześćdziesiątych, a w końcu drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku i już trzydzieści sekund po zdarzeniu ludzie na drugim końcu świata widzieli, że ręka jednak była. Co więcej, po tych trzydziestu sekundach pewnie nawet Zwayer usłyszał w słuchawce, że popełnił błąd. Decyzji nie zmienił. Dlaczego? Bo przepisy zabraniają. Dlaczego? Nie wiadomo.

Mógł to zrobić jeszcze kilka dni wcześniej, gdy prowadził mecz Francja − Hiszpania. I zrobił, dzięki czemu podjął słuszne decyzje. Sam fakt, że sędzia mógł skorzystać z powtórek w meczu reprezentacji, nazwano “wielkim eksperymentem”. Z całym szacunkiem, ale jeśli ktoś w 2017 roku obejrzenie powtórki nazywa “eksperymentem”, to albo jest poważnie niedorozwinięty, albo − jak to ładnie się mówi − wykluczony cyfrowo.  Nie zamierzam z tego kpić, bo to poważna sprawa, ale mimo wszystko sądzę, że obsługa meczu transmitowanego do kilkudziesięciu krajów to nie miejsce dla takich osób. (Nie można jakkolwiek nie docenić wysiłków FIFA i UEFA w dawaniu szansy niepełnosprawnym, wszak zatrudnili mnóstwo niewidomych osób w roli sędziów zabramkowych).

Całą sytuację z zagraniem ręką podsumował w swoim stylu niezawodny Tomasz Hajto, co ważne – kibic Schalke. “Takie błędy to duch piłki” − powiedział komentator Eurosportu. I ma cholerną rację. Błędy sędziów są w piłce tak powszechne, jak korupcja w demokracji. Z tym, że z korupcją władza ciągle stara się walczyć (przynajmniej oficjalnie). Pomyłki arbitrów są duchem złym, którego należy wypędzić raz na zawsze. Cóż to za sport, w którym zawodnicy trenują od czwartego roku życia po dwa razy dziennie, decydują się na mnóstwo wyrzeczeń, stają się najlepsi, w końcu grają w meczu, o którym marzyli od dziecka, na boisku pokazują, na co ich stać, a nagle jeden gwizdek sprawia, że cały ich wysiłek idzie na marne? A zdarza się to w finałach Ligi Mistrzów czy Mistrzostw Świata, wielu zawodników gra w takich meczach tylko raz w życiu. A po wszystkim widzą machnięcie ręką i słyszą, że nawet ich najwierniejsi fani (jak w przypadku Hajty) są przekonani, że taka jest piłka i że to duch sportu.

Od przyszłego sezonu system powtórek ma pojawić się w Bundeslidze. Taka wiadomość powinna pojawić się już kilka lat temu, ale dobrze, że w ogóle się pojawiła. Uważam, że Bundesliga to ostatnia porządna i normalna liga w Europie, a poza tym powtórki nigdzie nie pasowałyby lepiej niż do niemieckiego “Ordnung muss sein”. Taki niemiecki porządek chętnie przyjmą nawet Polacy. Dlaczego zwlekają z tym inne wielkie ligi, w tym ta najbogatsza Premier League? Dlaczego robią wszystko by nic nie zmieniać? Dlaczego wprowadzają Goal Line Technology lub wspomnianych już sędziów zabramkowych, a pomijają powtórki, które rozwiązują te i wiele więcej problemów? Powodem nie może być to, że w zarządach siedzą starzy ludzie, którzy robią wszystko, by piłka nożna nie zmieniła się za bardzo. Ci starzy ludzie zajmują się zarabianiem gigantycznych pieniędzy i wyrabianiem marki. Nie naraziliby się na straty bez powodu. Tak więc albo nic na tym nie tracą, albo za stratami wynikającymi z braku systemu powtórek kryją się rekompensujące te straty zyski.

W derbach Liverpoolu powtórki również mogłyby się przydać. Wprawdzie pewnie nie miałyby wpływu na ostateczny rezultat spotkania, bo The Reds oczywiście znów wygrali, ale Everton mógł kończyć mecz w dziewiątkę, po tym, jak Barkley i Williams postanowili sprawdzić wytrzymałość kości swoich przeciwników.

To kolejny szczegół obrazujący, że w futbolu futbol już się nie liczy. Po meczu trafiłem na ludzi przekonanych, że Barkleyowi i Williamsowsi przydałyby się starcia z młodym Gerrardem lub Carragherem, którzy zachowywali się dokładnie tak samo… Tak więc: “Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy”.

Wynikające z takich starć kontuzje też nie są czymś normalnym. Trzydzieści lat temu wystarczało trzynastu zawodników, by zdobyć mistrzostwo Anglii i poprawić to jeszcze jakimś pucharem. Teraz kadra musi składać się z przynajmniej dwudziestu zawodników na równym poziomie. Meczów jest za dużo, gra się za często. Manchester United gra od początku sezonu praktycznie co 3-4 dni. W okresie Świąt Bożego Narodzenia, wszyscy w Anglii grają co 2-3 dni, meczów nie da się oglądać, piłkarze są wolni, niedokładni, zmęczeni. A przecież terminarz nie wynika z braku terminów, a z umów z mediami. Miliardy funtów ponownie znaczą dla facetów w garniturach więcej niż sport, zdrowie piłkarzy i poziom meczów.

Organizm nie jest w stanie znieść takiego wysiłku, dlatego kolejne federacje wykreślają z list środków zakazanych coraz więcej pozycji. Prawnik Mamadou Sakho przekonał komisję antydopingową, że to nie szprycowanie się jego klienta było złe, a fakt, że substancja, którą się szprycował, była zakazana.

Piłkarze są coraz lepsi, coraz sprawniejsi, są atletami wspaniale grającymi w piłkę. Są jednak tylko aktorami i narzędziami wielkiego biznesu. W szpitalach wycenia się zdrowie pacjentów, w piłce na pieniądze przelicza się emocje, zdrowia nikt nie bierze nawet pod uwagę.

“Sport brany na poważnie nie ma nic wspólnego z fair play. Jest nierozerwalnie związany z nienawiścią, zazdrością, chełpliwością, z pogardą dla wszelkich zasad i sadystyczną przyjemnością z oglądania przemocy: innymi słowy jest to wojna minus strzelanie” − napisał kiedyś George Orwell. Dziś można dodać do tego jeszcze, że sport to biznes związany z chciwością i hipokryzją właściwą największym korporacjom. Oto moim zdaniem ta “najczystsza” piłka.

  • Tagi