– Jemu nic nie potrzebuję udowadniać. To są ludzie tak dziwni, tak dziwnie odbierający rzeczywistość, że naprawdę nie interesuje mnie nic, co on, czy jego syn mają do powiedzenia. Nie interesuje mnie nic, co jest związane z Murańskimi – mówi serwisowi Zagranie.com Tomasz „Szalony Reporter” Matysiak, który wystąpi na gali FAME MMA 15.

fot. szalony.reporter/Instagram

Kamil Piłaszewicz: Już 26 sierpnia w łódzkiej Atlas Arenie będziemy świadkami gali Fame MMA 15. Im bliżej do terminu, więc de facto również Twojego debiutu w klatce, jak zapatrujesz się na swój występ w formule MMA?

Tomasz „Szalony Reporter” Matysiak: Jestem przekonany, że będzie doskonale. Sądzę, że mój występ będzie najlepszym ze wszystkich na tej gali FAME’u.

Kiedy wspominano poprzednią galę w mediach, mówiono, że była rekordową pod względem zasięgów i sprzedanych pay-per-view. Patrząc na rozpiskę najbliższej gali możemy uznać, że poprzednia edycja była dopiero zapowiedzią tego, jakie liczby „wykręci” Fame MMA 15?

– Tak, zdecydowanie. Jestem tego pewien.

Wiemy, że nie tylko formuła MMA obecna będzie na gali, ale też np. walka dwóch na dwóch, pojedynek jednorundowy no-limit w klatce rzymskiej, bokserskie starcie, bokserskie, czy chociażby w K-1. Ilość powoduje urozmaicenie, zaprezentowanie różnych sztuk walki, a może już wręcz przesyt odnośnie do ilości formuł?

– Myślę, że jeszcze nie ma przesytu. Jeszcze jest miejsce na walki ich gale. Właśnie ta mnogość różnych dyscyplin powoduje, że gale FAME się nie przejadają.

Zakładając, że możesz wybrać sobie w jakiej formule chciałbyś, by odbyła się Twoja walka, powiedziałbyś że…

– Wybieram boks, bo lepiej czuję się w stójce i najbardziej podoba mi się ta dyscyplina walki. Nie lubię tarzać się po macie.

Zerkamy w kierunku Twego zestawienia i tu także dostrzegamy coś nietypowego, wyróżniającego się na tle standardów gal MMA, czyli dwie konfrontacje, w której wystąpi raz te same nazwisko, a także raz w klatce, a raz w klatce rzymskiej. Jak wyglądało negocjowanie warunków rywalizacji z Jackiem „Muranem” Murańskim?

– Nie negocjowałem warunków. W moim przypadku było tak, że wszedłem jako zastępca i takie wymagania, jak i profity zostały mi zaproponowane. Nie zastanawiałem się, czy aby na pewno warto przyjąć ich ofertę.

Tomasz Matysiak, Szalony Reporter, foto 2
fot. szalony.reporter/Instagram

O Waszym konflikcie, tj. Twoim i Arka Tańculi ze starszym z rodu Murańskich powiedziano już wszystko na każdy możliwy sposób. Był nawet czas na listy i ody w kierunku przeciwnika. Także skupmy się na tym, co zadecyduje o tym, że to właśnie Wy zwyciężycie w konfrontacji ze starszym „Muranem”?

– To jest walka dobra ze złem i wiadomo, że dobro musi zwyciężyć. Także, co zadecyduje o triumfie, to nie wiem, ale wiadomo, że wygramy.

W wywiadzie udzielonemu dla portalu „MMA-bądź na bieżąco” powiedziałeś, że Twoim zdaniem, że zacytuję: „Muran” jest smutnym człowiekiem, który tkwi w Martyrologii, stale przeżywa różne cierpienia”. Jakie czynniki sprawiły, że postawiłeś taką tezę?

– Cały czas wspomina stare czasy, dosłownie żyje w nich. Ciągle wspomina dawne dzieje, wiecznie powołuje się na zasadę: „Bóg. Honor. Ojczyzna”, bez jakiegokolwiek pomyślenia o tym, co robi i kiedy używa tej frazy. Przez to, że cały czas tkwi w przeszłości, zatruwa przyszłość.

Co jeszcze możesz powiedzieć o swym najbliższym przeciwniku?

– Myślałem, że on się kreuje na takiego idiotę. Naprawdę. Przed poznaniem go byłem przekonany, że to kreacja. Jednak po poznaniu mogę otwarcie przyznać, że jest większym idiotą niż sądziłem.

Jak wyglądają Twoje przygotowania, treningi pod „starszego Murana”?

– Nie mogę Ci do końca odpowiedzieć na to pytanie, ale to co mogę powiedzieć, że wyglądają tak, żeby go pokonać. Tylko, że miałem miesiąc na to, by być w formie, a on walczy od pięciu miesięcy, także mam wyzwanie przed sobą.

Patrząc na kursy bukmacherskie odnośnie do Twego starcia, co powinniśmy zaznaczyć, że się wydarzy?

– To, że jestem stawiany w roli underdoga, nie znaczy, że go nie… Ubiję, delikatnie mówiąc. Po prostu go zmiażdżę i będę szedł dalej.

Bardziej usatysfakcjonuje Cię wygrana przez zamęczenie rywala na pełnym dystansie, czy im szybszy nokaut, może i poddanie?

– Patrząc na to, jak krótki mam okres przygotowawczy, nie widzę sensu długiej walki. Trzeba go skończyć szybkim nokautem, by leżał i nie było wątpliwości, kto będzie lepszy tego wieczoru. A po szybkim nokaucie mam plan taki, by pójść z żoną do baru dla VIP-ów i napić się po przerwie przez przygotowania.

Nie, żebym pytał odnośnie do tego, co polecasz oznaczać u bukmacherów, by zarobić na Twym pojedynku, skądże… (śmiech)

– Radzę zaznaczać moje zwycięstwo. Znacznie lepiej na tym wyjdziecie niż, ładnie zarobicie.

FAME MMA 15, Szalony Reporter, foto 1
fot. szalony.reporter/Instagram

Cała masa osób twierdzi, że zacytuję: „Freaki przygotowują się na dzień przed galą i wychodzą się bić jakby byli na ulicy”. W jakim stopniu z tego cytatu jawi nam się zakłamany obraz rzeczywistości?

– Zdecydowanie zakłamany. Już patrząc nawet na samego Murańskiego, to przypomnijmy, że on przeszło pięć miesięcy temu przeprowadził się z synem z rodzinnego miasta do Gdańska. Tuż po przeniesieniu się, od razu zaczęli trenować pod okiem Roberta Maruszaka, więc mają pięć miesięcy treningów pod okiem profesjonalnego trenera. Natomiast w moim przypadku było tak, że propozycję walki dostałem nieco ponad miesiąc temu. Też od razu zacząłem trenować, ale mówię: większy staż treningowy jest po jego stronie.

Zgadzam się. A decydując się na wyjście do klatki z Jackiem „Muranem” Murańskim bardziej chcesz coś jemu udowodnić, czy pokazać publiczności, ile potrafisz zdziałać w trakcie pojedynku?

– Jemu nic nie potrzebuję udowadniać. To są ludzie tak dziwni, tak dziwnie odbierający rzeczywistość, że naprawdę nie interesuje mnie nic, co on, czy jego syn mają do powiedzenia. Nie interesuje mnie nic, co jest z nimi związane. Jedyne, czego chcę, to pokazać się przed publicznością, znajomymi, oglądający mnie i im dostarczyć rozrywkę tamtego wieczoru.

Kierując się tylko tym, co „myśli Internet” można powiedzieć, że w zasadzie freak fighty są tylko po to, by jeden drugiemu coś udowodnił w trakcie pojedynku. Na ile to prawdziwy, a na ile zakłamany obraz według Ciebie, czyli jednego z tych zawodników, który w tym środowisku porusza się na co dzień?

– W moim przypadku jest tak, że chodzi wyłącznie o zasięgi, zdobycie szerszej publiki. Nie wiem, jak zapatrują się na to inni walczący na tej, czy tym podobnych galach, ale ze swej strony mogę zapewnić, że chodzi tylko o to, o budowanie zasięgów.

Patrząc na to, jak w Polsce rozumiane i coraz bardziej uwielbiane są pojedynki celebrytów i w jakiej pozycji do nich stoją gale stricte sportowe, chciałbyś kiedyś spróbować swych sił w profesjonalnym MMA?

– Nie, absolutnie nie chciałbym się mierzyć z profesjonalnymi zawodnikami. Znam swoje miejsce w szeregu i otwarcie mogę przyznać, że jestem za leniwy na to, by uprawiać sport w takiej odsłonie.

Pytam o to, gdyż od kilku tygodni w sieci internauci snują domysły, czy prawdą jest, że np. Arkadiusz Tańcula tuż po występie na Fame MMA 15 rzeczywiście przejdzie do KSW?

– Słuchaj, Arek jest od dawna sportowcem. Ma różne działalności za sobą, ale trenuje regularnie, kiedyś uprawiał boks. Nie zawsze poświęcał czas na MMA, ale jest profesjonalnym zawodnikiem. Tylko po prostu bije się na freak’owych galach. Także jego przejście do KSW nie byłoby niczym szokującym, gdyby rzeczywiście do tego doszło.

Natomiast jeśli chodzi o mnie, uważam, że jestem za leniwy na to, by poddawać się regularnie reżimowi treningowemu i profesjonalnym startom. Poza tym to nie do końca nawet podoba mi się pomysł tej walki. Są osoby, które uznały, że będzie fajnie wrzucić mnie do tego pojedynku i można powiedzieć, że wpadłem do środka kotła i teraz biorę w tym udział. Jednak nie widzę siebie jako zawodnika MMA.

Jak zapatrujesz się na tego typu transfery?

– Dla mnie jest to normalne. Jeżeli ktoś jest dobry, regularnie trenuje, może o sobie powiedzieć: „profesjonalny zawodnik”, to czemu nie. Niech go federacja ta, czy inna bierze i daje mu walki. Jeżeli ktoś się poświęca każdego dnia, by stawać się lepszym; a do tego ma wyniki, to wiadomo, że federacje będą zwracać uwagę na takie osoby. Jednak dlaczego Arek jest na razie w Fame? Dlatego, że największe stawki są na freak’owych galach.

Tomasz Matysiak, Szalony Reporter, foto 4
fot. szalony.reporter/Instagram

Na tej karcie pojawi się były zawodnik KSW, czyli Marcin Wrzosek, który tym razem zawalczy w boksie. Sądzisz, że zostały mu już tylko takie, tj. freakowe występy w karierze?

– Nie chcę komentować jego wyborów. Znaczy „nie chcę”… Sam Marcin wrzucił znamienną wypowiedź na instastories, że zawsze chciał dzięki walkom zarobić tyle, by kupić sobie mieszkanie. A od kiedy uczestniczy we freak’owych galach, to właśnie kupił swoje drugie, co potwierdził fotografią aktu notarialnego. Także jeżeli jemu to pasuje, to czemu nie. Sądzę, że jeżeli ktoś zasuwa przez wiele lat, ma prawo chcieć zarobić jak najwięcej. To jego sprawa. Nie wiem, jak patrzy na to środowisko profesjonalnych i freak’owych zawodników, media etc. Jak dla mnie nie ma w tym nic złego.

Właśnie do tego zmierzałem, że sam dał wymowną odpowiedź wszystkim hejterom, którą przytoczyłeś. Rzeczywiście do największej federacji freakowej w Polsce idzie się po zarobek lub/i rozstrzygnięcie konfliktu z innym youtuberem, czy człowiekiem mediów?

– W przypadku profesjonalnych zawodników, sądzę, że idą po zarobek i fame. Wiadome jest, że są o kilka poziomów wyżej od freak’ów. Jeżeli chodzi o tę drugą grupę, to oni też idą bardziej za zarobkiem. Konflikty to się rozwiązuje na ulicy, a nie na specjalnie do tego szykowanych wydarzeniach. Przykładowo mój konflikt z Murańskim nie jest rozdmuchany. Z tych, które widziałem, czy o których słyszałem, to moim zdaniem też nie były jakoś sztucznie, medialnie pompowane, czy ustawiane. Tylko, że właśnie tu nie chodzi o sam konflikt, bo go można rozwiązać w każdej chwili na ulicy. Jeżeli mówimy o walce, to zobacz, że wystarczy, że ktoś się poślizgnie, czy zagapi i jak rywal jest czujny, to już się walka kończy.

I na zakończenie rozstrzygnijmy, czy najbliższy występ w Fame „Szalonego reportera” jest epizodycznym występem, czy początkiem dłuższej współpracy?

– Odpowiem Ci na to pytanie po walce. Bardzo chętnie udzielę Ci wywiadu raz jeszcze. Natomiast na dziś wydaje mi się, że raczej jednorazowy. Ciekawi mnie sam fakt treningów, sparingów i mimo, że jestem po nich obolały, jakbym miał trzysta lat, to podoba mi się to, co robię. Może to chodzi o ten reżim treningowy, bycie w dobrym zdrowiu… Mimo, że przez to odzywają się wszystkie urazy, jakie do tej pory miałem, to widzę sens w tym, co robię.

Jeszcze chciałbym się zwrócić do czytelników i mych widzów. Wiecie – ja nie jestem typem, który szuka awantury, bójki. Nie robiłem dymów, by dostać walkę. To do mnie zadzwoniono z taką propozycją za taką a taką ofertę. Zaakceptowałem ją i tyle. Natomiast, czy widzę siebie w kolejnym i kolejnym starcie? Na dziś nie.

  • Tagi

Zaloguj się aby dodawać komentarze