Niemal dokładnie 10 lat temu – 11 listopada 2009 roku – młodziutki wtedy Stephen Curry, który dopiero co wchodził do ligi NBA, obiecał fanom Golden State Warriors, że “jakoś to będzie” i że jego zespół znajdzie sposób, by odwrócić los Wojowników. Co by nie mówić, 10 lat później okazuje się, że Curry obietnicy dotrzymał.

To był listopad 2009 roku, a pierwszoroczniak Stephen Curry miał za sobą dopiero kilka spotkań w NBA. Bezpośrednio przed złożeniem obietnicy Warriors przegrali z Indiana Pacers i po siedmiu meczach sezonu mieli bilans ledwie dwóch zwycięstw oraz pięciu porażek. Trudno było więc szukać wtedy optymizmu w obozie Wojowników, lecz Curry postanowił obiecać fanom GSW, że klub da sobie radę i odwróci sytuację organizacji, która w poprzednich latach z sukcesami nie miała wiele wspólnego:

Minęło 10 lat, a w tym czasie Warriors nie tylko dali radę odwrócić losy klubu, ale też wprost stali się jedną z najlepszych drużyn w historii ligi. Minęło co prawda kilka lat zanim Curry i spółka weszli na wyższy poziom, ale od czasu awansu do fazy play-off w 2013 roku z roku na rok byli już coraz lepsi. W 2015 roku zdobyli pierwsze mistrzostwo, a potem powtórzyli ten wyczyn jeszcze dwa razy (łącznie w finałach wystąpili pięć razy). Curry z kolei dwa razy zgarnął statuetką dla MVP sezonu regularnego i stał się jednym z najlepszych strzelców za trzy w historii. Legendarne występy notowali też m.in. Klay Thompson, Draymond Green czy wreszcie Kevin Durant. Warriors jeszcze bez KD ustanowili także rekord zwycięstw w jednym sezonie, gdy w rozgrywkach 2015/16 mieli w sezonie regularnym bilans 73-9.

Teraz jednak drużyna znów jest w rozsypce, głównie za sprawą kontuzji. Durant odszedł latem do Brooklyn Nets, ale i tak w tym sezonie by nie zagrał ze względu na uraz Achillesa. Wcześniej więzadło w kolanie zerwał Thompson, a na starcie nowego sezonu rękę złamał jeszcze Curry. Wszystko to spowodowało, że w tym momencie Wojownicy są jedną z najsłabszych drużyn w lidze (bilans 2-8) i trudno sobie wyobrazić, by w przyszłym roku mogli po raz szósty z rzędu awansować do finałów. Wygląda więc na to, że ich czas się powoli kończy, choć z pewnością nie należy lekceważyć mistrza, tym bardziej po tych wielkich sukcesach, jakie Curry i spółka odnosili w poprzednich latach.