Mecze Los Angeles Clippers, a co za tym idzie Marcina Gortata, powoli stają się sobotnią tradycją. Drugi tydzień z rzędu Clippers zagrają o 21:30, tym razem z Detroit Pistons. Sprawdź zapowiedź i propozycję typu na to starcie.

Odbierz bonusy powitalne przygotowane specjalnie dla czytelników Zagranie i wykorzystaj je do obstawiania NBA!

Kod rejestracyjny: 1250

Skuteczność typów Zagranie na NBA w styczniu: 10/18

Profit/Strata Zagranie na NBA w styczniu: +118 PLN

Zdarzenie:  handicap w meczu Los Angeles Clippers – Detroit Pistons 

Typ: Los Angeles Clippers -8.5

Kurs: 2.15

Jeśli występ Marcina Gortat już o 21:30 nie jest dla Ciebie wystarczającym magnesem i zachęceniem do obejrzenia tego meczu, to spróbuję inaczej.  

Mecz Los Angeles Clippers z Detroit Pistons będzie powrotem – powrotem Blake’a Griffina do hali, w której spędził prawie 7.5 sezonów na zawodowych parkietach. Prawie rok temu Griffin trafił do Detroit w wymianie, która Tłokom miała zapewnić zwycięstwa, a w Los Angeles zacząć przebudowę. Strony są zadowolone, ale inaczej, niż zakładano. Zacznijmy jednak od małego retrospekcji. 

Blake Griffin od momentu, gdy zadebiutował w NBA, podbił serca kibiców. Ten chłopak z Oklahomy był czymś, czego nie widzieliśmy od czasów Vince’a Cartera. Griffin wsadzał nad każdym, z każdej pozycji i robił to z taką siłą, że do dziś mam przed oczami niektóre jego dunki. Oczywiście, pierwsze jego punkty w lidze musiały paść właśnie tak: 

Percepcja na temat Clippers zmieniła się. Griffin sprawił, że ta brzydsza siostra wielkich Lakers nagle stała się sexy. Doszło nawet do tego, że Los Angeles było przez moment miastem tych gorszych.  

Transfer Chrisa Paula i dodanie go do Blake’a Griffina było strzałem w dziesiątkę. Clippers z ligowego pośmiewiska stali się jednym z głównych kontenderów do tytułu. Ostatecznie nigdy nie awansowali do Finałów Konferencji Zachodniej (chociaż w 2015 roku powinni byli to zrobić -> seria z Houston Rockets), ale ostatnia dekada była najlepszą w historii organizacji.  

Nic nie trwa wiecznie i tak też było w tym przypadku – Paul odszedł do Houston Rockets, JJ Redick wybrał Philadelphię 76ers i na podkładzie zostali Griffin i DeAndre Jordan. Czy budowanie organizacji na dwóch starzejących się podkoszowych to recepta na sukces? Znasz odpowiedź na to pytanie. Clippers jednak chcieli postawić na Blake’a, oferując mu maksymalne przedłużenie kontraktu. Narracja była taka, że Griffin będzie twarzą organizacji. Cóż, były to słowa rzucone na wiatr, jednak nie jest to żadna nowość w NBA. Pojęcie ,,lojalność” nie istnieje ani ze strony graczy, ani ze strony klubów. Biznes to biznes. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty. 

I tak oto 29 stycznia 2018 roku Blake Griffin, którego kreowano na zbawiciela, trafił do Pistons w zamian za Tobiasa Harrisa, Avery’ego Bradleya i wybór w pierwszej rundzie draftu. Rok później wymiana wygląda dobrze dla obu stron, jednak nawet najbardziej optymistyczni kibice Clippers nie mogli przypuszczać, że ich drużyna będzie tak dobra. Co więcej, zespół z Marcinem Gortatem w składzie pozbył się dużego kontraktu Griffina i będzie mógł aktywnie działać na rynku wolnych agentów. A to nie jest już ten sam klub, który kojarzyliśmy z samymi negatywnymi cechami. Słyszy się o potencjalnym dołączeniu Kawhia Leonarda czy Kevina Duranta. To tylko plotki, tylko że w te plotki odnośnie do Clippers nikt by nie uwierzył jeszcze kilka lat temu.  

Trzeba oddać Griffinowi, że ma bardzo dobry sezon, zaliczając 25.1 punktów, 8.3 zbiórek, 5.3 asyst na mecz. Docenić należy też jego rozwój, bo do swojego arsenału dodał rzut za trzy (aż 6.4 prób i skuteczność 36.2%). Ale co on biedny może zrobić samemu?  

Celem Pistons było poprawienie bilansu i przede wszystkim sprzedaż biletów. Bo nie oszukujmy się – Detroit to nie jest wymarzone miejsce do mieszkania i fani też nie walą do hali drzwiami i oknami. O dziwo, frekwencja jest gorsza, niż to było w poprzednich rozgrywkach (spadek z 23. na 19. pozycję), a przecież Tłoki przeniosły się do nowego obiektu w 2017 roku. Ale jak nie ma wyników, to trudno liczyć na pełne trybuny. To nie jest LA, gdzie miejsca obok parkietu sprawiają, że widzą Cię wszyscy i po prostu chcesz się tam pokazać. Bo to modne.   

Pistons są w fatalnej formie i przegrali 16 z 20 spotkań. Mało? Tłoki były gorsze od rywali w 10 z 12 starć wyjazdowych. Grubo, co? Mało statystyk? Ekipa z Detroit przegrała pięć z sześciu ostatnich rywalizacji z Clippers w Los Angeles. Czy Blake Griffin ukarze swój były klub za zdradę i wywiezie zwycięstwo ze Staples Center? No tak średnio bym powiedział. 

Clippers przegrali z czwartku na piątek z Denver Nuggets, jednak to było spotkanie w wyjazdowe, a w Denver to nikt (albo prawie nikt) nie wyjeżdża ze zwycięstwem. Na swoim parkiecie zespół prowadzony przez Doca Riversa może pochwalić się bilansem 14-6.  

Są jeszcze inne argumenty przemawiające na korzyść gospodarzy.  

Pierwszy, ławka rezerwowych. 

Rezerwowi Clippers są najlepszymi w lidze i zdobywają średnio 52.5 punktów na mecz. Lou Williams, Montrezl Harrell, Boban Marjanovic, Patrick Beverley, Mike Scott już niejednokrotnie zapewniali zwycięstwo swojej drużynie. Tutaj każdy może odpalić akurat tej konkretnej nocy. Z Pistons jest nieco inaczej. Ich zmiennicy są na 23. pozycji w NBA pod względem średniej punktowej. 

Inna kwestia to zbiórki.  

Andre Drummond to bestia na tablicach, która żywi się ponowieniami. Clippers w aspekcie zbiórek defensywnych są dokładnie na siódmej lokacie i nie powinni pozwolić Drummondowi i Griffinowi na zdominowanie desek i odpalenie się.  

Będąc przy Griffinie, ten na pewno wyjdzie na parkiet z dużą motywacją. To samo możemy powiedzieć jednak o Tobiasie Harrisie czy Averym Bradleyu. Wierzę, że Doc Rivers znajdzie receptę na zatrzymanie swojej byłej gwiazdy, a pojedynek z Sacramento Kings pokazał, jak słabi są Pistons, kiedy Blake nie dostarcza swoich punktów. 

Tydzień temu trafiłem taką samą propozycję. Wejdę drugi raz do tej samej rzeki. A co mi tam.