– Na początku wydawało mi się, że i tak nikt nie czyta tego co piszę na stronie, bo nikt na to nie reagował. Dopiero jak zaczęto reagować na moje wypowiedzi lub komentarze to doszło do mnie, że nie tylko kogoś to obchodzi, ale też może mieć na coś wpływ – mówi serwisowi Zagranie.com Mariusz Olkiewicz, redaktor naczelny serwisu Inthecage.pl.


Kamil Piłaszewicz: „Dzień dobry, Mariusz Olkiewicz, InTheCage.pl” – powołuję się na Twoją metodę przywitania z rozmówcą, podczas wywiadu, gdyż stała się ona symbolem w polskim MMA, niczym gale KSW. Zgodzisz się?

Mariusz Olkiewicz: – Hehe… (śmiech) Bardzo mi miło, chociaż nie wiem czy nazwałbym to symbolem. Być może jakimś znakiem rozpoznawczym. Tak naprawdę idzie to z automatu już od dawna. Co ciekawe problem się pojawia jak zdarza mi się zrobić wywiad zza kamery, wtedy przedstawianie się nie ma zastosowania i mam chwilę zawahania co powiedzieć i dlatego strasznie nie lubię tej formuły rozmowy.

Spisujemy się na rozmowę akurat tuż po tym, jak ogłoszono, że m.in. Klaudia Syguła znalazła się w pewnym rankingu na pewnym serwisie znającym się na MMA za pewną dziewczyną, która walczy na Fame MMA… Tak więc pozwolisz, że jeszcze przez chwilę będziemy kultywowali ideę podlizywania się prowadzącego względem rozmówcy i podziękuję Tobie i wszystkim innym osobom tworzącym portal ITC za to, że robicie solidną robotę.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Co do tego rankingu… Już mnie to nie dziwi. Poza tym redaktorzy serwisu Sherdog raczej nie mają pełnej wiedzy nt. tych postaci, tej organizacji itd. Algorytmy używane przy rankingach różnych portali są zrozumiałe tylko dla ich twórców. Poza tym nie ma rankingu, który podoba się wszystkim, nie ma opcji. W każdym rankingu zadowolona jest tylko jedna osoba, ta na pierwszym miejscu, reszta się albo z nim nie zgadza, albo go akceptuje/toleruje. Wracając do tematu, czyli portalu Sherdog, to każdy ma prawo się mylić.

A skoro podlizywanie się już za nami, to bardzo miło mi powitać redaktora naczelnego strony o tematyce MMA, która jest z pewnością jedną z topowych w Polsce… A może i poza granicami naszego kraju?

mariusz olkiewicz foto1
Fot. Aleksandra Sędek

– Musielibyśmy się zastanowić co oznacza być „topowym”. Po pierwsze każdy portal dzieli się na stronę, media społecznościowe i YouTube, a media społecznościowe dodatkowo na Facebook, Twitter i Instagram. Nie na każdym polu zajmujemy to samo miejsce, jeśli mowa o liczbach, ale od jakiegoś czasu oscylujemy między drugą, a trzecią lokatą. Prowadzę bardzo skrupulatne statystyki nasze i naszej konkurencji. Gwarantuję, że wiem więcej o nich, niż im się wydaje… (śmiech) A na końcu o tym kto jest #1 powinni zadecydować czytelnicy, widzowie, słuchacze. Najważniejsze, że dla bardzo dużej grupy osób jesteśmy najlepsi. Czy poza Polską? Poza Nią możemy tylko konkurować na YouTube. Strona i social media są polskojęzyczne, więc za granicą fani MMA mogą nas znać jedynie z wywiadów, które nagrywamy po angielsku. Dzięki wielu wyjazdom na UFC znamy się z większością zagranicznych redakcji, w tym z największymi na świecie, ale przede wszystkim z mediami z Europy. Nie mówiąc już o pracownikach UFC. Martyna miała nawet okazję pomóc Ś.P. tacie Khabiba, którego nie chcieli wpuścić na backstage podczas media treningu, gdzie pomagał Makhachevowi. Po pierwsze musiała wytłumaczyć ochronie kim jest Abdulmanap, po drugie robiła za tłumacza! (śmiech)

Organizacja KSW stała się symbolem, gdy mówimy „polska federacja MMA”. I choć mają konkurencję w postaci FEN-u, Babilonu, Armii Fight Night etc., to jednak o nich mówi się najwięcej w tym kontekście. Tworząc projekt pod nazwą, której nie potrafię wymówić, bo jest „po zagramanicznemu” napisana, spodziewałeś się, że ITC na polu „polskich serwisów o MMA” również osiągnie porównywalny sukces?

– Do pewnego momentu tak motywowałem naszą redakcję, potem zacząłem w to wierzyć, teraz to wiem. Nie da się każdego etapu opisać, ale w momencie kiedy zobaczyłem jakie są „szczyty” naszej konkurencji, jak pracuje zagraniczna konkurencja i jak pracują młode portale, zatrzymałem się i pomyślałem, że absolutnie w niczym w czym z nimi konkurujemy, nie odstajemy, a w 90% mamy ich za plecami. Z tych pozostałych 10%, 9% to praca portali zagranicznych, ale cały czas się od nich uczymy i podnosimy poziom. Niestety to samokształcenie przekłada się tylko na pracę za granicą, bo w Polsce praca wygląda inaczej. Inaczej, ale nie gorzej. Dużo „myków”, których musieliśmy się nauczyć w Polsce, bardzo dobrze działa na UFC. Generalnie uważam, że mamy wysoki poziom mediów branżowych pod wieloma aspektami. Biorąc pod uwagę fakt, że zajmujemy się tym w 80-90% przypadków półzawodowo, albo amatorsko, to naprawdę jesteśmy „kotami” w tym, co robimy. Mamy również ogromną wiedzę, która przejawia się w różny sposób, ale jest. Jedni świetnie czytają walki, drudzy są świetnymi typerami, trzeci pamiętają rekordy, a jeszcze inni znają pięciu rywali wstecz danego zawodnika i pamiętają przebieg każdego z tych starć. Do tego dochodzi też wiedza „historyczna” czy „lifestyle’owa”. Wiem, że wielu fanów nie szanuje pracy mediów branżowych, bo opieramy treść naszych serwisów w 90% na tłumaczeniach i informacjach prasowych. Rozumiem to, bo zanikają felietony, czy inne długie formy pisane. Natomiast trzeba zrozumieć, że to trochę znak czasu. My od tego zaczynaliśmy, ale dziś ludzie wolą trochę inne formy przekazywania informacji, czy opinii. Co nie zmienia faktu, że mamy Olimpię, która jest naszą felietonistką i 1-2 razy w miesiącu wysmaży coś ciekawego.

Apropos pracowania, to niektórzy zawodnicy sportów walki mówią: „Walczę, bo tylko to umiem robić na tyle, by na tym zarabiać”. W tych słowach kryje się odpowiedź na pytanie: dlaczego istnieje InTheCage.pl?

– Absolutnie nie. Po pierwsze jakie „zarabiać”? Dorabiać jeśli już! (śmiech) Po drugie umiemy wiele więcej niż to, co widać na portalu. Każde z nas ma pracę zarobkową lub inne pasje. Dla przykładu Martyna genialnie odnalazła się w pracy dla agencji social marketingowej i bardzo szybko się tam rozwija. Paulina kaligrafuje, ma nawet swój kanał o tym. Marek jest grafikiem pracującym na zlecenie naprawdę poważnych i znanych firm. Wspomniana Olimpia to redaktorka Głosu Szczecińskiego. Jest nas aktualnie 13-tka, więc pozwolę sobie tu zakończyć, ale chciałem zaznaczyć, że coś tam jeszcze nam wychodzi poza ITC. (uśmiech)

Dziś mniej więcej wiemy, jak wygląda Twoja praca. Ale kiedy zaczynaliście, tak szczerze, ile razy chciałeś rzucić ten projekt i wyjechać w Bieszczady?

– Chyba nigdy tak naprawdę. Były chwile kryzysowe, ale po wielu wojnach, awanturach i dyskusjach, udało nam się doprowadzić do bardzo stabilnego momentu. Natomiast mi osobiście nigdy się nie odechciało.

Dziś możemy Cię słuchać, m.in. w podcastach „MMA Śląskim Okiem”, „MMA TuNajt”, czyli rozmawiam ze sławnym człowiekiem. Ale pisząc pierwszy felieton, komentarz do gali, jakikolwiek dłuższy tekst, miałeś taki odruch, że: muszę uważać, bo moje słowo waży, jestem dziennikarzem i mogę kogoś… Może nie tyle zranić, ile napsuć krwi komuś, kogo w gruncie rzeczy lubię?

– Hehe, „sławnym” jedynie w naszym środowisku, co z resztą jest mega wygodne i komfortowe. Na początku wydawało mi się, że i tak nikt tego nie czyta, bo nikt na to nie reagował. Dopiero jak zaczęto reagować na moje wypowiedzi lub komentarze to doszło do mnie, że nie tylko kogoś to obchodzi, ale też może mieć na coś wpływ. Od dawna mam uruchomiony taki filtr w głowie i staram się przede wszystkim rozsądnie dobierać słowa. Niestety nasze środowisko ma głęboko wsadzony kij tam gdzie słońce nie dochodzi. I mam tu na myśli przede wszystkim fanów MMA, ale też całą resztę. Oczywiście nie wymagam od zawodnika czy organizatora, żeby się cieszył albo odpisywał „XD” jak ktoś nazwie go chu*em, czy jego dziewczynę dziw*ą, wiadomo. Ten dystans do siebie występuje tylko twarzą w twarz, ale internet rządzi się swoimi prawami i tam każdy ma krótszy lont, ja też. Z czasem to się oczywiście zmienia, ale pierwsze zetknięcia z krytyką internetową czy hejtem, bolą wszystkich. Generalnie łatwiej się krytykowało, gdy siedziałem tylko przed komputerem, ale gdy poznałem zawodników, trenerów, organizatorów, sędziów, ich bliskich itp. to optyka się zmienia diametralnie. Nie ze strachu, tylko z szacunku. Nagle okazuje się, że poza klatką, czy galą to jest normalny facet, który też czuje, też się martwi, też ma problemy, też walczy ze swoimi demonami i też mu cholernie zależy. Taki moment przełomowy miałem na FEN 14 w Spodku, gdy robiłem wywiad z Tomaszem Czerwińskim po jego porażce. Generalnie tak jak zawodnicy po porażkach wyciągają więcej wniosków, tak ja po wywiadach z zawodnikiem, któremu nie poszło, też zdobywam wiele więcej doświadczenia. Łatwo zadawać pytania zwycięzcy, poklepać po plecach, zbić piątkę, ale jak przychodzi zdruzgotany fighter to wygląda to zupełnie inaczej, ale ja się w tym dobrze czuję. Poprowadziłem naprawdę wiele wywiadów grupowych, tzw. „scrumów” od początku do końca, właśnie z przegranymi. Co nie zmienia faktu, że to nie są fajne wywiady, ale mega emocjonalne i pewnie dlatego dużo bardziej się je zapamiętuję.

Apropos, to jesteś zwolennikiem teorii, że pasja równa się praca, że hobby powinno przerodzić się w wykonywany zawód?

– Czekam na to, ale jeszcze tak nie jest. Znam drogę na skróty, ale dużo lepiej będzie smakować ta dłuższa. Natomiast tak, idealnie jak pasja jest pracą.

Niektórzy redaktorzy przyznają się po latach, że chcieli być sportowcami, ale nie mieli takiego zapału do treningu i dlatego poszli w ten zawód, choć tak naprawdę chcieliby poczuć to, co ich ulubieńcy z danej dyscypliny. U Ciebie też tak rozpoczęła się ta przygoda?

– No właśnie totalnie nie. Nie trenowałem sportów walki, jedynie siłownia. Także w tym wypadku nie są to niespełnione ambicje. Natomiast fajnie by było wyjść do klatki/walki np. na KSW, przy tym całym anturażu, ulubionej muzyce, światłach, być wyczytanym przed Waldka Kastę, najlepiej na Narodowym, bo tam kawałek trzeba przejść! (śmiech)

Niejednokrotnie spotkałem się z opinią, że dziennikarz to „zarabia fortunę i nie musi uważać na wypowiadane słowa, bo napisze sprostowanie i jeszcze na tym zarobi, bo będą kliknięcia we wspomniane oświadczenie”. Będąc po kilku latach w zawodzie, takie podejście jeszcze Cię bawi, a może już irytuje?

mariusz olkiewicz foto2
Fot. Aleksandra Sędek

– Z pewnością bawi mnie wspomniana „fortuna”! (śmiech) Co do odpowiedzialności za wypowiadane słowa, to w tak małym środowisku nie ma to zastosowania. Po tych kilku latach znam pewnie ok. 90% środowiska, a jakieś 99% kojarzy mnie. W poniedziałek zjadę kogoś dla klików, w sobotę widzę się z nim na gali bo walczy, jest w narożniku, albo na trybunach. Na dłuższą metę karkołomne działanie. Reasumując – bawi.

Z Remigiuszem Mrozem często dworujemy sobie, że skoro rozmawiamy, to muszę wpleść wątek finansowy, bo dżentelmeni o kasie nie rozmawiają, ale przyszedł do mnie, więc… (śmiech) Dlatego pozwolisz, że i Tobie zadam to pytanie: jesteś spełniony będąc redaktorem naczelnym serwisu InTheCage.pl?

– Tak, natomiast to spełnienie będzie rosło razem ze wzrostem portalu. Od 2016 roku rośniemy z miesiąca na miesiąc, z roku na rok i mam to udokumentowane! (śmiech)

Pytam o to, gdyż kiedyś w dziennikarskim środowisku był taki pewien jegomość, który teraz jest dyrektorem sportowym KSW i zastanawiam się, czy interesuje Cię pójście, może nie w jego, ale podobne ślady…? (śmiech)

– To już zależy od propozycji. W zasadzie udaje mi się realizować wszystko w ramach ITC. Nie wiem czy nadaje się na organizatora, matchmakera, menadżera. W komentowaniu też się nie czuję. Anonserka z pewnością odpada. Rola „Joe Rogana”, czyli osoby, która przeprowadza wywiady w klatce po walce mi odpowiada, dwukrotnie już miałem okazję to robić i leży mi to. Przez lata oglądałem Kubę Wojewódzkiego, pewnie ponad dekadę tydzień w tydzień i zawsze chciałem tam usiąść, ale skoro szanse są marne to postanowiłem powołać do życia własny Talk-Show. Udało się.

Wątpię, by założyciele Polsatu Sport spodziewali się, że za kilka lat otworzą osobny kanał PS związany ze sportami walki… A nawiązuje do nich, gdyż tak sobie jeszcze rozmyślam, gdzie za pięć, dziesięć lat ujrzymy Mariusza Olkiewicza?

– Też chciałbym to wiedzieć. Na pewno zależy mi, żeby żadna nowa rola nie blokowała pracy dla ITC. Wiadomo, że czas, który spędzam w środowisku działa na moją korzyść. Już „przeżyłem” wielu kolegów po fachu, koleżanki też, także tych zaczynających przygodę z MMA przede mną. Czasu i doświadczenia nie da się kupić. Paweł Kowalik, Wojsław Rysiewski i Tomasz Marciniak świetnie sobie radzą w nowych rolach, byli pionierami. Sądzę, że będzie dobrze.

A wybiegając myślami, to jesteś na etapie rozmyślania o tym: co powiedzieć danego dnia ukochanej, tego co będzie napisane na nagrobku, czy gdzieś tak pomiędzy, szukając balansu między wymienionymi skrajnościami?

– Najważniejsze, żeby jedna z dat na nagrobku była jak najmocniej oddalona w czasie od drugiej! (śmiech) Nie, nie myślę o tym, ale jeśli YouTube nigdy nie upadnie to można już uznać, że stałem się nieśmiertelny zapisując się na gigabajtach wywiadów i podcastów.

Apropos planów, to gdy budzisz się rano, myślisz…

– …o śniadaniu. Danego dnia myślę zazwyczaj o bieżących „misjach”. Dzielę też dni, tygodnie, miesiące na takie „checkpointy”, reszta przychodzi sama. Zdarza mi się wizualizować i muszę przyznać, że nie raz udało się wykorzystać siłę przyciągania pozytywnych zdarzeń. Zazwyczaj w ramach ITC.

I w ten sposób znaleźliśmy się szalenie blisko życia prywatnego, a o nie staram się nie wypytywać rozmówców, więc zapytam tak: jako fan MMA będący dziennikarzem sportowym, mający setki godzin wywiadów za sobą, znający się z czołówką (nie tylko polskich) zawodników, odwiedzający regularnie większość gal dzięki akredytacji, jakie masz cele?

– Żyć z pasji i wysterować ITC na pierwsze miejsce bez podziału na „kategorie wagowe”. Na pewno muszę w końcu wziąć się za język, bo jego brak blokuje mnie w spełnieniu kilku marzeń, chociaż finalnie udało mi się zrobić wywiad z idolem (Alistair Overeem). Z pomocą mojej kochanej Martyny, ale jednak. Natomiast już po tym fakcie muszę przyznać, że zdecydowanie większy stres i większe emocje towarzyszyły mi przy pierwszym i kilku następnych wywiadach z Asią. Absolutnie coś niesamowitego. Także sorry Ali, ale JJ jest #1! (śmiech) Zobaczymy jak to będzie z Rondą.

A może tak naprawdę najbliższa Tobie jest zasada „Carpe diem”, tylko rozmowa miała mieć charakter populistycznej…?

– Na pewno jestem dość bliski takiego stylu życia, ale z wiekiem musisz trochę planować, dzięki temu eliminujesz przykre niespodzianki. Planowanie jest składową perfekcji, a plan zrealizowany perfekcyjnie daje multum satysfakcji i podnosi pewność siebie.

Marian Ziółkowski w zwiastunie przed galą KSW 54 przyznał, że dużo czyta o, m.in. mechanice kwantowej, teorii strun, antymaterii i czarnej materii, więc i to pytanie musi paść, a mianowicie: jak wolny czas spędza Mariusz Olkiewicz?

– Nic nadzwyczajnego. Siłownia, filmy, książki, standup, YouTube. Chociaż nie narzekam na nadmiar wolnego czasu. Nie ma szans, żebym leżał i patrzył się w sufit.

A relaksując się we wspomniany sposób jesteś na etapie: „Cholera, jeszcze to mam do zrobienia”, czy „Nic się nie stanie, jak zrobię to zaraz”?

– Zdecydowanie to pierwsze. Kolejkuję zadania wg priorytetów, ale często zdarza się tak, że robię coś dopiero wtedy, kiedy jest tzw. ostatni gwizdek. Lubię sobie odhaczać zadania jedno po drugim, ale zazwyczaj robię kilka rzeczy jednocześnie, szczególnie przy komputerze. Nie raz piszę post, składam wywiad, montuję podcast, umawiam się na kolejny wywiad, szukam hotelu i robię grafikę. Na razie działa! (śmiech)

Niejednokrotnie youtuberzy przyznają się, że wiele razy wrzucili film na swój kanał na „totalnym luzie, żeby było cokolwiek, żeby fani pamiętali, że istnieją”. Ile podobnych rzeczy zrobił Mariusz Olkiewicz?

– Przy ITC nie ma to żadnego odzwierciedlenia, bo nasz kanał tętni życiem, ale ten opis pasuje do mojego instagrama i fan page’a, hehe. Nie mam nawyku prowadzenia mediów społecznościowych, a często krytykuję za to samo zawodników. Natomiast jest mnie wystarczająco dużo na ITC, więc nie spędza mi to absolutnie snu z powiek.

Nie chcę być wścibski… Ale mi to zdradzisz jakiś przykład wspomnianego działania? Wiesz, jesteśmy sami, nikt się nie dowie… (śmiech)

– Nic poza moimi social mediami nie przychodzi mi do głowy. Chociaż nie przypominam sobie zbyt wielu „siłowych” publikacji. Tak czy inaczej, z pewnością nie dotyczy to ITC. Na tym etapie naprawdę nic nie zmieni, czy w danym tygodniu pojawi się 10 moich wywiadów, czy 0. Wręcz chciałbym wypychać pozostałych reporterów przed kamerę. Mają wysokie umiejętności, a do tego wiele potencjału o który się martwię, żeby się nie zmarnował. W ramach ITC nie czuję żadnego zagrożenia, bo jesteśmy jedną drużyną, gramy do jednej bramki i pracujemy na wspólny sukces.

„To nie jest książka o tym, że się urodziłem, bo nie miałem wyjścia” – mówił w wywiadach Cezary Pazura o swojej autobiografii, więc parafrazując jego myśl, czym wypełniłbyś książkę o sobie?

– Prawdą. Kiedyś powstanie taka książka i dla kilku osób będzie to twarde lądowanie. Moja działalność w MMA jest niemal krystaliczna. Z pewnością nie jestem obiektywny, ale gdyby moi wrogowie chcieli zrobić listę haków na mnie, to byłaby to jedna z najczystszych kartek w historii polskiego sportu. Od razu uspokoję, z takim pomysłem celuję raczej w okolice 60-tki. (uśmiech)

Ale tak szczerze, licencjat też napisałeś o sobie, jak swego czasu Robert Lewandowski? (śmiech)

– Nie wiem co by się musiało stać, żebym ruszył ze studiami. Chyba tylko z nudów, a jak już wspomniałem, nudy nie ma. Zdecydowanie nie będzie to nic w stylu: „Droga do sławy!”, raczej „Blaski i cienie”.

Tak powoli już kończąc tę naszą rozmowę, bo coś ostatnio szybko finiszuję… (śmiech) Na galach MMA zawsze jest głośno, jak nie przez kibiców, to przez trenerów z narożnika, a nawet przez odgłos uderzeń, trafień… Reasumując, zastanawiałeś się jaki dźwięk Cię określa? Może to odgłos włączanej kamery, dyktafonu… (śmiech)

– Na pewno długi i głośny, bo dużo gadam i mam biały pas w umiejętności szeptania. Kiedyś na imprezie, gdy wtórowałem jednemu z raperów, którego kawałek leciał w TV, kumpel z piaskownicy powiedział, że brzmię jak zepsuty subwoofer, więc może bas, hehe. Trzymając się nomenklatury sportów walki to może gong, na który czekają zawodnicy przed rozpoczęciem walki, tak samo jak ja czekam na znak, że kamera ruszyła i mogę zaczynać wywiad.

I tak już na sam koniec, bo wszystko co dobre, szybko się kończy… Nie żebym był subiektywny… (śmiech) Podsumowując, po latach w tym zawodzie, masz w głowie więcej zrealizowanych projektów, czy marzeń do spełnienia?

– Jako redaktor mam za sobą zdecydowanie więcej zrealizowanych projektów, ale jako fan MMA chyba jeszcze więcej marzeń. Póki nie zobaczę gali w MSG i MGM Grand, to przygoda trwa. Chciałbym też być na gali w legendarnej Saitamie, pojechać na UFC Expo, zdobyć osobiście podpis Rondy na moim egzemplarzu książki, no jest tego trochę.

I tak już ostatecznie zadając ostateczne pytanie związane z ostatecznością losów dziennikarzy: masz taką myśl, że czasem, czy zrobimy tak, czy tak, to i tak zostaniemy zganieni przez niektórych ludzi, którzy kultywują słowiańską tradycję mowy nienawiści, niechęci etc.?

– Zbyt krótko się tym zajmuję, żeby być celem takiego pytania, ale na tyle długo, żeby doskonale wiedzieć co masz na myśli. Byłem z tamtej strony, więc mam przewagę, bo wiem jak jest po obu stronach. Ci ludzie są ważni na tyle, na ile sami im na to pozwolimy. Bawi mnie jak dużo rzeczy im się wydaje, żyją w jakiejś Narnii, i gdy czasem zetkną się z rzeczywistością to odrzucają internetowe ideały tak samo szybko jak wstukują te bzdury w klawiaturę, ale są ważni. To nasi najwierniejsi fani, pracowici, zaangażowani, potrzebni. Smutni, ale potrzebni.