fot. Mateusz Kolarz

– Dla wielu freaków kasa jest czymś, co motywuje do wyjścia do klatki i zawalczenia. Natomiast trzeba pamiętać o tym, że przygotowania również są bardzo kosztowne. To nie działa w ten sposób, że jak ktoś dostanie mega dużą gażę, to że od razu wyjdzie na tym interesie na mega plusie – mówi serwisowi Zagranie.com Łukasz Wdowiak, który na gali High League 1 zmierzy się równocześnie z dwoma przeciwnikami!

Kamil Piłaszewicz: Już pod koniec sierpnia ujrzymy pana w pojedynku na pierwszej gali organizowanej przez federację High League. Co przesądziło o tym, że Łukasz Wdowiak podpisał kontrakt właśnie z nimi?

Łukasz Wdowiak: Decydujący wpływ miała wizja, jaką mi przedstawiono. Poza tym spodobało mi się, że potraktowali mnie profesjonalnie. Od początku byli zdania, że mogę zrobić dla nich wiele dobrego. Do tego doszła myśl, że chciałbym spróbować czegoś nowego w życiu, a że nigdy nie walczyłem, nie trenowałem zawodowo, więc chciałem wykorzystać nadarzającą się ku temu okazję. Swoją drogą, to gdy po raz pierwszy zaoferowano mi stoczenie pojedynku, powiedziałem: „nie”. Po jakimś czasie zacząłem oglądać transmisje gal KSW, UFC. Zobaczyłem, że zaczyna mnie to coraz bardziej jarać. Dlatego postanowiłem pójść na kilka treningów, by zobaczyć, z czym dokładnie się „je” sporty walki. Uświadomiłem sobie, że w sumie to jednak chciałbym spróbować swych sił w MMA, bo jestem typem osoby, która lubi stawiać sobie stale nowe cele. Reasumując, przekonała mnie wizja, dzięki której sądzę, że będzie to coś nowego na naszym rynku i fakt, że czuję, iż zależy im na mnie.

W tym momencie sprawdź nasz typy i kursy na High League!

Swoją drogą, to pojawiały się oferty z innych federacji?

– Tak, ale nie było to nic poważnego. Były luźne rozmowy na zasadzie, że: „może chciałbyś u nas zawalczyć”. Takie gadki prowadziłem np. trzy lata temu z Wojtkiem Golą na Messengerze, gdzie ot tak zaczepił mnie, ale temat urwał się błyskawicznie. Ostatnio otrzymałem również propozycję od federacji MMA-VIP, ale już miałem podpisany kontrakt z High League i uznałem, że wolę z nimi zostać.

Być może pańskie występy w High League możemy uznawać właśnie za budowanie swojej kariery jako zawodnika MMA?

– W jakimś sensie na pewno, ale też nie chcę być uznawany za profesjonalistę w tym sporcie. Zacząłem trenować tę dyscyplinę w wieku dwudziestu siedmiu lat, więc nijak nie mam prawa porównywać się z kimś, kto buduje swoją karierę w sportach walki od lat.  Ostatnio miałem przyjemność trenować z takim zawodnikiem, który ma szesnaście lat i uprawia tę dyscyplinę od przeszło sześciu. Sądzę, że jeżeli nadal tak będzie trenować, to będąc w moim wieku, naprawdę może daleko zajść i być mistrzem prestiżowej federacji. W moim przypadku MMA jest dodatkiem do codziennego życia i nie mam zamiaru mówić, że zaraz z High League przeskoczę np. do KSW, czy UFC. Choć być może komuś z walczących na freak’owych galach uda się zbudować taką karierę. Niektórzy mają takie aspiracje i głośno mówią, że będą tak prowadzić karierę. Natomiast trzeba by było ich zestawić z zawodowcami i wtedy można by mówić, czy tkwi w tym jakiś głębszy sens.

fot. Sylwia Lisiecka

Na jednej z ostatnich gal FEN-u karta walk była podzielona w taki sposób, że połowę zestawień stanowiły starcia freak’owe, a drugą część profesjonalistów. Być może taki trend niedługo przerodzi się w coś oczywistego?

– Myślę, że tak. Z jednej strony taki event zaspokoił ciekawość tych, którzy chcieli obejrzeć sportowe pojedynki, a z drugiej tych, którzy wykupili dostęp, by zobaczyć freak’owe zestawienia. Z danych powszechnie dostępnych wynika, że ludzie chętniej siadają przed telewizorami, gdy biją się tzw. gwiazdy Internetu. Jednak pamiętajmy, że jest również mnóstwo osób, które chcą oglądać wyłącznie zawodowców i twierdzą, że jak gala jest okraszona jakimś freak’iem, to to jest bez sensu i lepiej wtedy poświęcić czas na coś innego. Sądzę, że mamy taką różnorodność na naszym rynku, że każdy znajdzie coś dla siebie i nie ma sensu tworzyć jakichś wojenek między sobą.

Często komentujący w sieci nie zwracają na to większej uwagi, ale być może jest to oczywiste dla influencerów, youtuberów. Zmierzam do tego, że tak jak profesjonalni zawodnicy MMA budują swoją rangę w mniejszych federacjach, by bić się w większych, jak KSW, ACA, UFC; tak może tu trzeba w pewien sposób zasłużyć na występy pod szyldem Fame’u?

– Wydaje mi się, że ludzie tak nie myślą, że ktoś musi najpierw zawalczyć dla np. High League, a później Fame MMA. Sądzę, że federacja, w której jestem, lada moment przegoni Fame. Nie mówmy, że jeśli pojawia się mniejszy gracz na rynku, to od razu musi stać w czyimś cieniu. Jeszcze zanim z nimi podpisałem kontrakt, zaprezentowali mi wizję, dlaczego i jak chcą być numerem jeden. Teraz wzajemnie sobie pomagamy w tym, by te założenia przekuć w rzeczywistość. Natomiast też się nie oszukujmy, że tu chodzi o jakieś budowanie rankingów, bo walki freak’owe z reguły są po to, by dostarczać rozrywki. Reasumując, powiem, że takie tworzenie karier jest ważne u profesjonalistów i jeżeli ktoś chce to oglądać, to zapraszam do oglądania gal właśnie typu KSW, UFC, czy innych. Natomiast jeżeli ktoś chce się wyluzować, zobaczyć bardziej rozrywkowe starcia, to też znajdzie coś dla siebie. Jeżeli widz chce zobaczyć freak’ową galę, to uważam, że chce dostać rozrywkę, taki fun. Porównałbym to zestawienie do meczów piłki nożnej. Mamy takie i takie gdzie grają profesjonalni piłkarze, jak i takie np. charytatywne, gdzie mierzą się gwiazdy telewizji kontra gwiazdy Internetu. Wątpię, żeby był ktoś, kto, oglądając takie spotkanie, wymaga jednocześnie wysokiego poziomu sportowego.

Właśnie, odnośnie do budowania kariery sportowej, to ile razy w tym roku chciałby pan wystąpić w startach MMA?

– Na razie otrzymałem propozycję występu tylko na tej gali. Nie planuję startów na zaś, bo chcę zobaczyć, jak się zaprezentuję, jak się będę czuł itd. Kiedy osoby z High League się do mnie zgłosiły, nie było, podanej jeszcze konkretnej daty, kiedy miałaby się odbyć gala. W sumie to dosyć niedawno się dowiedziałem, że ustalili sobie ostatni tydzień sierpnia. Z tego, co się orientuję, to ja i Bunio trenujemy od mniej więcej podobnego okresu, a Yoczook ma niedługo zacząć. Tyle że on już wcześniej smakował innego sportu. Dlatego sądzę, że szanse będą wyrównane i zobaczymy, co się wydarzy. Dopiero po gali pomyślę, czy starty we freak’owych zestawieniach w MMA są dla mnie.

Swoją drogą, to co zadecydowało o tym, że zdecydował pan spróbować swoich sił właśnie w tej dyscyplinie sportowej?

– Kiedy dostałem propozycję, żeby zawalczyć naprzeciwko dwóch rywali, to pomyślałem: „Ale jak to? Przecież oni mnie od razu zmiotą…”. Potem sobie to przemyślałem i uznałem, że po pierwsze będzie to interesujące, jak zawsze, kiedy daje się ludziom coś nowego; a po drugie, że daje mi to większą motywację. Mnie się wydaje, że takie zestawienie jest jeszcze ciekawe dlatego, że nikt z nas nigdy nie walczył. Do tego dochodzi mniejsza presja. Myślę, że kto tu przegra, będzie wiedział, że miał naprzeciwko dwu przeciwników. W walce jeden na jednego jest od razu taka myśl z tyłu głowy, że jak się poniesie porażkę, to od razu będzie się tym gorszym i ogólnie ciężej się wtedy przekonywać do dalszego uprawiania tego sportu. Co jeszcze zadecydowało o tym, że zdecydowałem się na zrobienie takiego kroku? Większość osób kojarzy mnie z tego, że zapewniam rozrywkę i myślę, że włodarze o tym wiedzą. Zapewne doszli do wniosku, że jak dać komuś zadanie, jakim jest zrobienie show, to przede wszystkim powinni postawić na mnie.

W sieci spotykamy się z różnymi opiniami, więc chciałbym dowiedzieć się, o ile proponowana wypłata za występy determinuje, by youtuberzy, influencerzy wychodzili do klatki i walczyli w formule MMA?

– Na pewno! Nie ma się, co oszukiwać, że ludzie idą tam, gdzie mogą zarobić. Mój trener zajął w pewnych zawodach muay-thai trzecie miejsce, co uważam, że jest mega osiągnięciem. Pewnego razu usiedliśmy, by porównać stawki ile, oni otrzymali za swoje wyniki, a ile pieniędzy oferuje się freak’om. Gwarantuję, że jest to naprawdę gigantyczna przepaść. Dlatego na pewno dla wielu freak’ów kasa jest czymś, co motywuje do wyjścia do klatki i zawalczenia. Natomiast trzeba też pamiętać o tym, że przygotowania również są bardzo kosztowne. To nie działa w ten sposób, że jak ktoś dostanie mega dużą gażę, to że od razu wyjdzie na tym na mega plusie. Za każdym razem trzeba do ostatecznego rozrachunku wliczyć koszty przygotowań, że już nie wspomnę o poświęceniu i czasie, jaki się przeznacza wówczas, by wyjść i zaprezentować się najlepiej, jak można. Sądzę, że freaki też dostają, aż tak wysokie oferty, bo przyciągają masę osób. Podejrzewam, że zazwyczaj więcej, niż niejedni profesjonalni zawodnicy.

Natomiast w moim przypadku było tak, że gdy porównałem, jaką otrzymałem gażę i ile przeznaczę na przygotowania, to w zasadzie wyjdę na zero. Ktoś może sądzić, że pewnie zarobię atrakcyjną sumę, ale też jestem świadom, że może pojawić się jakaś kontuzja i ona wtedy pochłonie część wypłaty. Nie skarżę się, bo to wszystko było wliczone; tylko chciałbym uświadomić, że w moim przypadku to nie zaoferowana stawka jest powodem, dla którego chcę spróbować sił w walce. Oglądając gale i profesjonalnych zawodników, pomyślałem sobie, że też bym tak chciał, tj. poczuć te emocje, chłonąć atmosferę. Kto wie, być może zajaram się tym sportem w jeszcze większym stopniu.

Swego czasu Conor McGregor w filmie jemu poświęconemu powiedział: „Ludzie uprawiają tylko sport i są źli, że mało zarabiają. Wiadomo, że trash-talk wszystko napędza. Dlatego ja jestem i bogaty, i spełniony sportowo”. Rzeczywiście to złe emocje, słowa, kłótnie etc. są nadal tak popularne, że przyciągają pieniądze, jak magnes?

– Nie wiem, czy faktycznie to właśnie one są tu najważniejsze. Na pewno ci tzw. freakowi zawodnicy przyciągają ze sobą mnóstwo osób, które wykupują później dostęp do gali. Są również mistrzowie, którzy prezentują fenomenalny poziom i sportowo niczego nie można im ujmować, ale nie wzbudzają jakichś emocji poza klatką, czy ringiem. My, jako twórcy internetowi, po swojej stronie mamy również ten atut, że oglądający nas, są z nami na co dzień. Jako że towarzyszą nam, zazwyczaj każdego dnia, to buduje się między nami określona relacja. Dlatego też mogą bardziej chcieć, niż tzw. przeciętny fan sportów walki, wykupić dostęp do gali, bo chcą zobaczyć albo, jak ktoś zwycięży, albo jak ktoś solidnie dostanie.

Natomiast chciałbym wrócić jeszcze do tematu pieniędzy, bo to też nie jest tak, że wszyscy uprawiają np. MMA wyłącznie, by zarobić. Tak jak pan powiedział, jedni chcą przeżyć, poczuć tę atmosferę, zapoznać się z otoczką medialną. Inni zbudować swoje zasięgi w mediach społecznościowych, jeszcze inni chcą się po prostu pobić. Znam zawodników, również z tej gali, z którymi jak rozmawiałem, to się dowiadywałem, że nawet nie tyle nie zarobią dużych pieniędzy, ile w ostatecznym rozrachunku będą musieli dołożyć z prywatnych środków. Kiedy pytałem ich, dlaczego tak postępują, to odpowiadali, że tak chcieli, by stawić czoła nowemu wyzwaniu. Na pewno musimy mówić o korzyściach, bo te wydarzenia są bardzo mocno promowane, również poza tzw. światem Internetu. Natomiast, czy hasło „korzyść” będziemy identyfikować z „zarobkiem”? Należałoby porównać motywacje, oczekiwania uczestników tego typu gal.

fot. Mateusz Kolarz

Pan również planuje napędzać przede wszystkim przy pomocy trash-talku narrację swojego pojedynku?

– Nie, bo nie lubię robić patologicznych rzeczy. Uwielbiam brać udział w czymś szalonym, w jakimś show, dawać ludziom rozrywkę. Ostatnio wpadłem na pomysł, by zostać rolnikiem, bo tę postać znają i lubią ludzie z moich filmów. Jak to wyjdzie, zobaczymy. Być może za jakiś czas przerzucę się na coś innego. Natomiast nienawidzę robić patologii. Można się pokłócić, by w jakiś sposób podgrzać atmosferę przed pojedynkiem, ale bez stałego rzucania wulgaryzmami, jakimiś przedmiotami itd. Patrząc z drugiej strony, to ludzie właśnie tego oczekują od osób biorących udział we wszelkich internetowych zestawieniach. Gdyby większość twórców zachowywałaby się np. na konferencjach, tak jak w codziennym życiu, to wszyscy by pisali, że jest nudno, jakoś, tak nijak. Podejrzewam, że przynajmniej niektórzy twórcy internetowi dochodzą do wniosku, że na czas wywiadów, konferencji, tego czasu przed pojedynkiem, muszą stać się bardziej agresywni po to, by zaspokoić głód ludzi na nienawiść. Stąd też pewnie zrodził się i nadal jest obecny trash-talk. Nie oszukujmy się, większość ludzi czerpie w jakiś pokrętny sposób energię ze złych rzeczy i lubi słyszeć, że np. sąsiadowi to się nie powiodło ostatnio, bo coś tam. I tak kroczek po kroczku docieramy do tego napinania się przed starciami.

Niektórzy profesjonalni sportowcy oglądają poprzednie walki swoich rywali przed pojedynkiem. W pana przypadku jest podobnie, tzn. może miał pan okazję widzieć jakieś migawki z treningów swoich najbliższych rywali?

– Jak mówiliśmy ani Bunio, ani Yoczook również nigdy nie walczyli, więc nawet jakbym chciał dokonywać analiz, to nie mam żadnego materiału. Możemy sobie tylko wyobrażać, na co się zdecydują. Oczywiste jest, że snujemy jakieś teorie, ustalamy warianty taktyk, ale tak naprawdę trzeba się po prostu, jak najlepiej przygotować. Myślę, że każdy z nas będzie chciał pokazać, że jest przygotowany zarówno pod względem kondycyjnym, wytrzymałościowym, jak i, że nauczył się określonych technik.

Zwracam uwagę po raz kolejny na to, że będę brał udział w starciu, gdzie będzie dwóch przeciwników naraz. Jest to o tyle dla mnie istotne, bo nigdy wcześniej w Polsce nie miało miejsca coś takiego, przez co nie można się niczego spodziewać. Może być tak, że we dwóch się rzucą na mnie od razu, a może być też tak, że dwójka się porwie do pojedynku, a ten trzeci będzie stał z boku i się najpierw przyglądał rywalom. Dlatego, kiedy mówimy o przygotowaniach, to bierzmy namiar na to, że Bunio, Yoczook i ja będziemy brać udział w czymś, co będzie w jakiś sposób przełomowe.

W którym klubie na co dzień się pan przygotowuje do występu? I pod okiem, jakich trenerów?

– Mam kilku szkoleniowców. Na co dzień trenuję z Piotrem Szczęchem. Od Zbigniewa Wyrzykowskiego uczę się technik muay-thai, a poza tym rozwijam się w klubie Golden Team-Remiza MMA pod okiem Łukasza Łukowskiego. W tygodniu mam od pięciu do ośmiu treningów. Czasami zdarza się, że tych jednostek jest nawet dziesięć. Są dni, że mam dwa treningi, a czasami jeden i tak jest od poniedziałku do piątku. Weekendy zostawiam na regenerację. Spróbowałem, jak to jest trenować każdego dnia, ale zauważyłem, że po jakimś czasie ciężko mi było nawet trzymać gardę, a co dopiero mówić o uczeniu się nowych technik. Tak więc zobaczyłem, jak to jest, ale powiedziałem sobie, że to nie ma sensu, bo chcę się tego nauczyć, z czym się „je” tę dyscyplinę; a nie tak, że przychodzę do klubu i nie ogarniam, co się dzieje i co trener do mnie mówi.

W tym miejscu chciałbym docenić ich pracę, bo bardzo ważne jest, by mieć wokół siebie trenerów, którzy będą się tobą interesować. Wiem, że są tacy, którzy widzą kogoś na zajęciach i mówią, co ta osoba ma zrobić i mają ją potem gdzieś. Mam szczęście, że wokół mnie są fantastyczni szkoleniowcy, którzy nie tylko wymagają, ale również motywują i wierzą we mnie. Przyznaję, że aż dziwiłem się przez pewien czas, że chce im się tak angażować w przygotowania freaka. Teraz jestem dumny z tego, że obok mam ludzi, którym zależy, tak jak mi, na tym, bym zaprezentował się z jak najlepszej strony.

Którzy sparingpartnerzy pomagają panu w przygotowaniach do walki na gali High League?

– Miałem przyjemność sparować z różnymi osobami. Zarówno z tymi, którzy trenują dwa-trzy miesiące, jak i kilka, a nawet kilkanaście lat. Wymieniać nazwisk nie ma sensu, bo powstanie bardzo długa lista, więc dodam, że są to chłopacy trenujący i pod okiem moich trenerów, i w klubach, do których uczęszczam. Jestem zdania, że trzeba sprawdzać się w sparingu zarówno z tymi, którzy jak ja też stawiają pierwsze kroki w tym sporcie, jak i z tymi bardziej doświadczonymi. Oczywiste jest, że wtedy się po prostu dostaje, ale jednocześnie można się więcej nauczyć. To z kolei przekłada się na to, że jak później wychodzę do sparingu z tymi teoretycznie słabszymi, to mogę zobaczyć, czy już jestem tym lepszym albo ile mi do tego jeszcze brakuje. Uważam, że takie połączenie daje tylko pozytywne efekty.

Na sam koniec proszę, by zaprosił pan czytelników tego wywiadu do wykupu dostępu do gali oraz obejrzenia swojego pojedynku.

– Serdecznie zachęcam do wykupu dostępu do gali i obejrzenia starcia, w którym właśnie będę brał udział. Będzie to pierwszy pojedynek w historii polskich sportów walki, gdzie naprzeciwko siebie wystąpi, aż trzech zawodników. Zachęcam również do wykupu pay-per-view z mego linku, bo zebrany dochód zostanie w całości przeznaczony na cele charytatywne, więc jednocześnie można jednocześnie się pobawić, poświęcić czas rozrywce i komuś pomóc. Połączmy przyjemne z pożytecznym i mam nadzieję, że będziecie się państwo dobrze bawić.

Zaloguj się aby dodawać komentarze