Naszpikowany hitami weekend już za nami, więc pora na małe podsumowanie. Działo się wiele, dlatego poruszymy najważniejsze wątki, w tym również związane z Biało-Czerwonymi. Zwrócimy uwagę na niszczycieli kuponów, których podobnie, jak w poprzednich tygodniach nie brakowało.

Manchester jest niebieski

Manchester City przystępował do derbów miasta, jako lider tabeli oraz niepokonana drużyna od początku sezonu w Premier League. Goście z United prezentowali się o wiele gorzej w statystykach, jednak mieli niezłą aktualną formę, o czym świadczył triumf w Turynie. Ostatecznie na murawie Etihad zobaczyliśmy bardzo jednostronne spotkanie. Podopieczni Pepa Guardioli od pierwszych minut narzucili swoje tempo gry. Czerwonym Diabłom brakowało kogoś w stylu Paula Pogby, kto mógłby utrzymać piłkę, wejść w drybling i zrobić przewagę. Gospodarze polowali na straty Andera Herrery, których nie brakowało.

The Citizens wyprowadzili pierwszy cios w 12 minucie spotkania, a na drugie uderzenie kibice musieli poczekać do drugiej połowie. W 48 minucie Sergio Aguero po kombinacyjnej akcji z Mahrezem mocno skomplikował sytuację gości, strzelając drugiego gola. W tym momencie kibice Obywateli mogli sobie przypomnieć demony z poprzedniego sezonu, zwłaszcza gdy 10 minut później Martial wykorzystał rzut karny. Jak się później okazało, był to jedyny celny strzał w wykonaniu drużyny gości w tym meczu. City mimo straconej bramki nadal kontrolowało wydarzenia i w końcówce „zabiło spotkanie” trzecim golem autorstwa Gundogana. Dominacja gospodarzy była aż nadto widoczna, czym jednocześnie przerwali passę trzech kolejnych meczów bez wygranej na Etihad z Manchesterem United.

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Jose Mourinho nie byłby sobą, gdyby na konferencji prasowej nie poszukał wymówki. Jedną rzeczą jest słaby występ, a inną słaby występ z błędami. Uważam, że nasz występ zawierał w sobie błędy. To jest futbol. Rozegraliśmy trzy mecze wyjazdowe z rzędu, a w tym czasie City grało trzykrotnie u siebie. Starcie z Juventusem zostawiło ślady na zespole.

Zmiana władzy w Bundeslidze?

Równie ciekawie było na niemieckiej ziemi. Przed meczem faworytem bukmacherów była ekipa Bayernu Monachium. Muszę przyznać, że oglądając wyczyny obu tych drużyn, byłem tym mocno zaskoczony, tym bardziej że spotkanie odbywało się na Signal Iduna Park. BVB przystępowała do tego meczu, jako niepokonany zespół od początku sezonu Bundesligi. Mimo to podopieczni Luciena Favre’a nie dojechali na pierwszą część. Bayern zagrał jedną z najlepszych połów w tym sezonie, dzięki czemu schodził do szatni z wynikiem 0:1 po golu Lewandowskiego.

Po przerwie wszystko się odmieniło. Favre dokonał koniecznych zmian, a Żółto-Czarna armia zyskała wiatr w żagle. Obudził się przede wszystkim Jadon Sancho, który swoją szybkością masakrował Bawarczyków. Borussia chwilę po przerwie doprowadziła do remisu po kontrowersyjnym rzucie karnym, który wykorzystał sam „poszkodowany” Marco Reus. Na odpowiedź gości nie trzeba było długo czekać. Koronkowa akcja całego sezonu i do siatki po raz drugi trafia Robert Lewandowski. Favre rzucał kolejne siły do ataku, jednak Alcacer i Reus zmarnowali fantastyczne sytuacje. Mimo to właśnie kapitan dał Borussii remis po fantastycznym uderzeniu. To jednak gospodarzom nie wystarczało. Na 3:2 trafił wcześniej wspomniany Hiszpan, który wykorzystał dogranie Witsela. Belg w tym meczu był niczym ściana w środku pola.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wygraną Borussii Dortmund, która obecnie ma siedem punktów przewagi nad Bayernem i jest samodzielnym liderem Bundesligi.

Mistrz Francji sezonu 2018/2019

Myślę, że śmiało w ten sposób można określić PSG. Wiadomo, że w piłce nożnej wszystko jest możliwe i gra się, dopóki piłka w grze, jednak podejdźmy do tego na chłodno. PSG od początku sezonu wygrało wszystkie mecze w Ligue 1. W tym czasie mieli do czynienia z wyjazdami do Marsylii i Monaco, gdzie nie stracili nawet jednego gola. Podopieczni Thomasa Tuchela od początku sezonu na francuskiej ziemi zdobyli już 45 bramek w 13 meczach. Średnia ponad trzech goli na mecz robi wrażenie, a do tego warto odnotować, że w każdym ze spotkań zdobywali przynajmniej dwa trafienia. Równie mocno prezentuje się ich defensywa, ponieważ tylko siedem razy wyjmowali piłkę z siatki.

11.11.2018 właśnie tę datę wybrano we Francji przed sezonem na rozegraniu hitu pomiędzy Monaco i PSG. Zapewne nikt nie spodziewał się, że dwa zespoły, które w poprzednich latach regularnie walczyły o tytuł będą na przeciwległych biegunach. O ile Paryżanie utrzymują poziom, o tyle przedostatnia pozycja Monaco w tabeli jest gigantycznym zaskoczeniem. Od pewnego czasu ten zespół prowadzi Thierry Henry, jednak plaga kontuzji oraz słaba forma robią swoje. Bogacze z Księstwa będą w tym sezonie walczyć o utrzymanie, a w niedzielnym „hicie” przegrali aż 0:4. Hat-tricka w tym meczu zdobył Edinson Cavani.

We Włoszech po staremu

Wiele osób ostrzyło sobie pazurki na mecz pomiędzy Milanem a Juventusem. Rossoneri w ostatnim czasie złapali wiatr w żagle, dzięki czemu wywindowali się na czwartą pozycję. Stara Dama to oczywiście aktualny lider tabeli i faworyt tego spotkania. Na San Siro mieliśmy zobaczyć wiele podtekstów. W końcu w szeregi Juve wrócił Leonardo Bonucci, jednak jak donosiły media, poprosił on trenera, żeby nie wystawiał go w tym spotkaniu. Gonzalo Higuain nie miał takich problemów i mimo walki z urazem był gotowy od pierwszych minut. Nie będzie to wieczór, który zapamięta pozytywnie. Przed przerwą zmarnował rzut karny, a górą w tym pojedynku wyszedł Wojciech Szczęsny. Juventus wygrał w tym meczu 0:2 po golach Mandzukića i Ronaldo, a Higuain w końcówce wyleciał z boiska za niesportowe zachowanie.

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

Co ciekawe był to już drugi karny obroniony przez Szczęsnego w tym sezonie. Do tej pory nigdy w karierze nie wybronił więcej jedenastek w całej kampanii. Będzie rekord?

W meczu Napoli z Genoą można było się spodziewać polskiego meczu, jednak szybko takie plany zostały zweryfikowane. Zieliński i Milik w 46 minucie dostali zmianę, a Krzysztof Piątek po raz kolejny nie trafił do siatki.

Niszczyciele kuponów

W tym gronie zdecydowałem się na wyróżnienie czterech zespołów. Odpowiednio w Anglii będą to dwa zespoły z Londynu, czyli Chelsea i Arsenal, które zmierzyły się przed własną publicznością z Wolves i Evertonem, kończąc te rywalizacje z remisem na koncie.

W Polsce przebudzenie mocy zaliczył Lech Poznań, który w poprzednich trzech meczach schodził z boiska pokonany i nie zdobył nawet jednego gola. Zmiana trenera, ciężki wyjazd do Białegostoku i nagle cyk, dwie bramki i remisik. Chyba jednak było trochę prawdy w doniesieniach dotyczących grania przeciwko poprzedniemu trenerowi, bo wątpię, żeby Dariusz Żuraw w tydzień nauczył ich grać w piłkę. Wiele osób stawiało pewniaczka na Jagiellonię, dlatego tutaj sporo kuponów mogło zakończyć się porażką.

W mediach od dłuższego czasu były powtarzane informacje o bardzo długiej passie FC Barcelony przed własną publicznością. Duma Katalonii nie przegrała meczu na Camp Nou w kolejnych 42 starciach La Liga. W niedzielę tę passę przerwał Real Betis, który zaaplikował Barcie cztery bramki, wygrywając 3:4. Jednocześnie było to pierwsze zwycięstwo tego zespołu na Camp Nou od 20 lat. Historia napisała się na naszych oczach.