fot. Vid Ponikvar/Sportida/SIPA

– Przed piątkowymi zmaganiami powiedziałbym, że liczę na medal indywidualny Kamila i na podium w drużynie. Co do drużyny – wyniki piątkowych zawodów wydają się potwierdzać, że Polacy powinni, po raz drugi z rzędu, zdobyć medal – mówi serwisowi Zagranie.com Igor Błachut, dziennikarz sportowy reprezentujący barwy Eurosportu.

Kamil Piłaszewicz: Kiedyś wydawało się, że mistrzostwa świata w lotach w grudniu to utopia. Dziś stały się rzeczywistością, czy tylko odstępstwem od normy?

Igor Błachut: Stały się rzeczywistością, bo przecież właśnie śledzimy tę rywalizację. Jeśli jednak pytanie dotyczy tego, czy w przyszłości ponownie będziemy śledzić rywalizację w MŚ w lotach na początku sezonu, to – moim zdaniem – w „normalnych” czasach na pewno nie. To nie ten moment sezonu, żeby organizować imprezę mistrzowską. Myślę, że te kolejne – czyli w 2022 roku w Vikersund – odbędą się już w zwykłym trybie, czyli w drugiej połowie lutego lub w marcu.

Kibice na telebimach jak to ma miejsce na trybunach na Letanicy, to również coś, co staje się już normą, do której lada chwila się przyzwyczaimy?

– Takim pesymistą nie jestem! (śmiech) Rozwiązanie z kibicami na telebimie, pokazywane przez realizatorów TV „wstawki” z kibicami, którzy pasjonują się konkursem w domu – to bardzo miłe pomysły na uatrakcyjnienie relacji, ale tylko i wyłącznie na potrzeby obecnego sezonu. Sport bez kibiców na miejscu wydarzenia, nie ma najmniejszego sensu, co potwierdzają sami zainteresowani – czyli zarówno kibice, jak i sportowcy.

Wiadomo, że nie sposób porównywać tego pomysłu do lat poprzednich, gdy tysiące kibiców dopingowało skoczków, ale możemy uznać, że to rozwiązanie jest lepsze, niż całkowicie puste trybuny w Wiśle, Kuusamo, Niżnym Tagile?

– Na pewno wygląda to ciekawiej, jeśli chodzi o odbiór zawodów w TV, czy przed komputerem. Ale dla zawodników to chyba niewielka różnica; jakoś nie zauważyłem, żeby któryś pomachał do tych telebimowych trybun po skoku. To oznacza dwie rzeczy; po pierwsze, zawodnicy nie stracili kontaktu z rzeczywistością, po wtóre – z ich punktu widzenia jest to raczej obojętne.

błach

fot. Igor Błachut/Facebook

Po blisko roku komentowania wydarzeń sportowych bez udziału kibiców, idzie się przyzwyczaić do tej ciszy, którą „przyniósł w prezencie” Covid-19?

– Powtórzę to, co już padło powyżej. Zawody bez kibiców nie mają większego sensu. Oczywiście – można sobie wszystko oglądać w domu, ale nie zapominajmy, że sport, jako taki, to jest rodzaj rozrywki. W czasach cesarstwa rzymskiego gladiatorzy nie mieliby szansy zyskać sławy on-line z przyczyn oczywistych – ale też i współcześnie rywalizacja sportowa, same zmagania w najróżniejszych dyscyplinach, nie miałyby szansy zyskać sobie takiego prestiżu, gdyby nie obecność kibiców. Gdyby olimpijczyków nie oklaskiwały na żywo tysiące fanów, zapewne trudno byłoby sprzedać prawa do transmisji Igrzysk nawet telewizji osiedlowej, czy innym youtuberom. Relacja pomiędzy bohaterami sportowej rywalizacji (czyli zawodnikami) a ich wielbicielami była kluczowa i w czasach Cezarów (czy wcześniej, w Grecji) – i teraz. Ta cisza i brak kluczowej dla wielkich wydarzeń sportowych interakcji miedzy kibicami a sportowcami jest czymś nienaturalnym. Nie mam zamiaru się do tego przyzwyczajać.

Odnośnie wirusa, to jak wytłumaczyć kibicom skoków narciarskich zasadę, że z udziału w mistrzostwach wykluczana jest cała drużyna, jeżeli pojawi się choć jeden pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa?

– To akurat jest dość proste – takie przyjęto procedury. Skoro cała ekipa przebywa niemal non-stop razem, jest duże prawdopodobieństwo, że jeśli jedna osoba ma pozytywny wynik testu – to i inni mogą mieć go również.

Czy nie jest to rozwiązanie zbyt radykalne?

– Z mojego punktu widzenia zbyt radykalny jest cały ten zgiełk wokół Covid-19. Choroba, zapewne, paskudna dla osób, które są podatne na schorzenia układu oddechowego. W przypadku młodych i wytrenowanych sportowców decyzje mógłby – jak działo się to dotychczas – podejmować lekarz ekipy, na zasadzie – ktoś się czuje źle, to nie jedzie na zawody. Czuje się dobrze – startuje. Inaczej wychodzą takie cyrki, jak z Sakalą w Finlandii – wynik testu miał pozytywny i pauzowała cała ekipa. Tyle, że Sakala Covida przechodził już latem, więc – wedle obecnych ustaleń – już nie był „groźny”, jako zarażony – a wynik opisano jako „fałszywie pozytywny”. Co tu jeszcze komentować…

Pytam o to dlatego, iż podczas kwalifikacji została wykreślona kadra szwajcarskich skoczków. I tu pojawia się pytanie, czy tym razem to nie wiatr, ale zakażenie wirusem będzie rozdawać medale na Letanicy?

– Szwajcarzy raczej nie stanowili zagrożenia dla zawodników, którzy walczą o medale, moim zdaniem. Natomiast – na pewno wirus, a raczej – procedury z nim związane – mogą jeszcze w tym sezonie nawywijać. Niestety.

Apropos medali, to patrząc na to, iż rywalizacja właśnie startuje, to ilu wywalczonych krążków spodziewa się Pan po drużynie Biało – Czerwonych?

– Przed piątkowymi zmaganiami (czyli przed I i II serią konkursu indywidualnego) powiedziałbym, że liczę na medal indywidualny Kamila i na podium w drużynie. Co do drużyny – wyniki piątkowych zawodów wydają się potwierdzać, że Polacy powinni, po raz drugi z rzędu, zdobyć medal. Co do konkursu indywidualnego… Bardzo szkoda pierwszego skoku Stocha, to mogła być pogrzebana szansa na podium. Myślę jednak, że zarówno Kamil, jak i Piotrek Żyła, mają jeszcze szansę na poprawienie swych lokat. Czy na medal…? Tu musiałoby im dopisać spore szczęście.

Gdy czytałem komentarze po kwalifikacjach, to niektórzy kibice twierdzą, że w drużynówce to pobijemy się o złoto z Norwegami, a indywidualnie zarówno Stoch, Żyła jak i Kubacki mają szanse na medal. Zapisy w social media mają sens, czy są fanowskimi marzeniami?

– Kibice często patrzą bardziej sercem, niż kalkulują na chłodno. Ale – rzeczywiście, ci zawodnicy mogli być wymieniani w gronie kandydatów do podium – tyle, że w gronie dość licznym. Drużyna jednak na podium powinna stanąć – choć nie wiadomo, na którym stopniu. Na dzisiaj najlepiej prezentują się Niemcy, Polacy niewiele im ustępują.

A może mistrzostwa świata w lotach padną łupem kogoś z faworytów, tj. Hayboecka, Graneruda, Eisenbichlera, Johanssona?

– Cała czwórka jest w czołówce, więc może być i tak, że miejsca na podium podzielą między siebie – wliczając jeszcze Geigera, który oddał niesamowity skok w pierwszej serii. Ciekawe, jak to dzisiaj będzie wyglądało – warunki, presja… Sporo czynników, które jednak mogą sprawić, że będzie się to oglądało z przyjemnością – bo będą emocje.

Odnośnie typowania, to spodziewa się Pan pobicia rekordu skoczni w Planicy? A może ponownie ten rezultat zostanie poprawiony na Vikersund?

– Rekord na Planicy to 252 metry; dzisiaj było kilka bardzo długich lotów, ale nie wiem, czy sędziowie pozwolą na zbliżenie się do tej granicy. To się fajnie ogląda – ale zawodnicy mają jeszcze przed sobą prawie cały sezon, więc szkoda byłoby ryzykować ich zdrowiem. Spokojnie poczekajmy, jak się to będzie rozwijać…