Obrazek wyróżniający: Katarzyna Bonda/Facebook

– To prawdziwe zbrodnie, prawdziwi sprawcy i ofiary. Sprawa jest poważna. Mamy na to dokumenty. Jeśli będziemy chcieli napisać komedię – sięgniemy po ten zdarty trop. A zresztą nawet w „zabili go i uciekł” jest ukryty motyw. Zawsze jest. To najistotniejszy element w relacjach międzyludzkich, nie tylko zahaczających o kryminał – mówią serwisowi Zagranie.com autorzy książki „Motyw ukryty”, którego oficjalna premiera nastąpi dwudziestego maja.

Czy nowa książka Katarzyny Bondy znajdzie się w TOP 5 Bestsellerów tygodnia w Empik 24. maja 2020 roku?

W zakładach bukmacherskich można obstawiać popularność nadchodzącej książki Katarzyny Bondy – po wywiadzie z samą zainteresowaną, pozycja na tak wydaje się dobrym kierunkiem. 

Baner BETFAN

Kamil Piłaszewicz: Dzień dobry. Spisując się w takim momencie na rozmowę, nie mogę zacząć rozprawiania do publikacji od niczego innego, jak zapytania w jakim zdrowiu zastaję swoich gości?

Katarzyna Bonda: – Osobiście odczuwam radość z życia, jakiej do tej chwili nie dane mi było czuć. Więc chyba nie jest źle?

Bogdan Lach: – Obecnie w dobrym, ale wiadomo, że obecna sytuacja wpływa na samopoczucie każdego z nas.

Korzystając z tego, że to ja zadaję pytania, to jeszcze do książki się nie odniosę, a zapytam, jak przetrwać ten czas w domu?

K.B.: – Moja receptą jest praca. I sprzątanie. W życiu nie miałam tak wylizanego mieszkania.

B.L.:- To zależy od tego, kto się czym zajmuje i jak mu ten czas doskwiera. Dla mnie ten czas jest na tyle dobry, że mogę zrobić te sprawy, które przez długi czas odkładałem. Nie mogłem zrobić ich wcześniej przez to, że czynności generowane przez sądy zabierały mi znaczącą część dnia. Przed okresem pandemii byłem praktycznie codziennie w sądzie. Natomiast w tej chwili uczestniczę tylko w sprawach, gdzie mamy duży kaliber, czyli np. mamy tymczasowe aresztowanie i w związku z tym tych spraw jest dużo mniej. A precyzując odpowiedź na Pana pytanie, to pierwszą rzeczą jest tu kwestia pasji. Jeżeli ktoś jej nie ma, to zdecydowanie trudniej przeżywa się ten czas. Ja najbardziej współczuję tym rodzinom, które mają małe dzieci i mieszkają na czterdziestu metrach kwadratowych, ponieważ jest mi bardzo trudno sobie wyobrazić jak wygląda teraz ich życie przez to, że tu trzeba zająć się małymi dziećmi, a tu albo pracować zdalnie, albo w ogóle nie wykonywać swego zawodu.

Katarzyna Bonda

Zdjęcie: Anna Dziewulska Photography

„Dziennikarze zrobią z ciebie zawsze debila. Ty, no jak się ze mną umawiają na wywiad, to zawsze mam pytania „jak…”, „jak…”, „jak…”. Rozumiesz? Nie ma co o tym sądzę, tylko jak, jak i jak. I to jest dialog. Czy jakaś odpytka pod tablicą?” – mówił Cezary Pazura w jednym ze swoich odcinków na kanale Youtube. Dlatego zapytam, jak się Państwo na to zapatrują? (śmiech)

K.B.: – Ktoś nie chce udzielać wywiadu, to nie udziela. Zawsze można powiedzieć nie. A gdyby nawet okazało się, że pod tablicą jest niekomfortowo, można przecież podziękować i wyjść. Czyż każdy z nas nie jest wolną istotą? Przepraszam, ale to zwykła kokieteria, jeśli ktoś kwęka, że musi odpowiadać na pytania. W jakimś stopniu nasuwa mi to temat książki, w związku, z którą się tutaj spisaliśmy. Ludzie, którzy dokonali zbrodni lub zostali ofiarami, wykazywali się właśnie taką ambiwalencją w zachowaniu: „Nie chcę, ale zostaję w tym związku”. „Ktoś mnie nie chce, ale ja i tak będę”. „To nic, że nie mogę tego zmienić, ja będę jęczeć, narzekać, znajdować winnych, ale nie odejdę”. Zawsze kończyło się jakąś śmiercią. To jest ten sam mechanizm. Odsyłam do lektury i nie powiem nic więcej.

Ale spisujemy się, by pomówić o „Motywie ukrytym”. I tak się zastanawiam, dlaczego mamy taki tytuł, a nie np. „Zabili go i uciekł”?

K.B.: – Nasz wydawca z działem marketingu lobbował podobny, żeby książka się lepiej sprzedawała, ale się nie daliśmy. To prawdziwe zbrodnie, prawdziwi sprawcy i ofiary. Sprawa jest poważna. Mamy na to dokumenty. Jeśli będziemy chcieli napisać komedię – sięgniemy po ten zdarty trop. A zresztą nawet w „zabili go i uciekł” jest ukryty motyw. Zawsze jest. To najistotniejszy element w relacjach międzyludzkich, nie tylko zahaczających o kryminał. Myślę, że czytelnicy odnajdą w każdej z opisanych spraw elementy z własnego życia. Bo zanim dojdzie do zbrodni, zdarzają się całkiem zwyczajne sytuacje, które dobrze znamy. Dopiero ich natężenie prowadzi do zerwania spirali.

B.L.: – Dlatego, że w profilowaniu drugim najważniejszym pytaniem jest: „Dlaczego ktoś coś zrobił?”. Na początku wydawało się, że wszystko widać i związek danej osoby z tym zdarzeniem jest widoczny jak na dłoni, ale przez lata ludzie nauczyli się motywy zniekształcać, tj. ukrywać, ponieważ przestępcy doszli do wniosku, że jeżeli motyw będzie widoczny, to od razu będzie można dotrzeć do środowiska, w którym ktoś z tej grupy dopuścił się czynu nielegalnego. Pamiętam jak jeszcze wykładając dwadzieścia lat temu w szkole w Szczytnie, mówiłem że jeśli chodzi o konflikty na tle rodzinnym, to tam nie znajdziesz inscenizacji. Dzisiaj to muszę szybko odwołać. Ostatnia dekada pokazała, że to zabójstwa na tle emocjonalnym wiodą prym w Polsce i coraz więcej mamy do czynienia z tym, że ludzie szukają informacji, jak skutecznie coś zrobić i nie zostać złapanym. Zwłaszcza jak im ktoś mocno uwiera emocjonalnie. I skutkuje to tym, że zabójstwa zaczynają być ukryte, np. w ciemnej liczbie zaginięć i samobójstw.

Okładka książki motyw ukryty
Z tego, co mi wiadomo, to Katarzyna Bonda poznała dr. Bogdana Lacha w 2004 roku. Nie zapytam w jakich okolicznościach, bo tego się dowiedzą czytelnicy sięgający po tę pozycję, ale nurtuje mnie, dlaczego ponownie siadają Państwo do pisania jednej książki?

K.B.: – Nie wierzę w przypadkowe spotkania. Uważam, ze świat stawia na mojej drodze zawsze właściwych ludzi. Czasami to dobry żart, niezłe korepetycje, bywa i ostra jazda bez trzymanki, a czasami zmierzenie się z tym, co chcemy głęboko ukryć – na przykład lęki. Wyznam, że kiedy zgodziłam się na współpracę po latach nad tą książką nie wiedziałam jaki bagaż biorę na plecy. To była jak dotąd najtrudniejsza rzecz, nad jaką przyszło mi pracować. Ogrom zła przywalił mnie. Myślałam, że umrę, że nie skończę. I nie mogłam się nadziwić jak wielką niegodziwością są w stanie obdarzać się ludzie. Wtedy zrozumiałam po co się po latach spotkaliśmy z Bogdanem. By o tym opowiedzieć ludziom. Przestrzec Państwa. Bo chodzi o zagadki, intrygi, niektóre lepsze, niż niejeden kryminał, ale to nadal rodzaj przypowieści. Tak bym chciała, by były odczytywane.

B.L.:- Cenię Kasię od lat za pióro. Po pierwszym poznaniu mogłem powiedzieć, że to osoba, którą jak się drzwiami wyrzuciło, to oknem wchodziła. A apropos tego spotkania to było to przy sprawie dotyczącej morderstwa, gdzie ona się dowiedziała, że pracuję przy tej zagadce kryminalnej i chciała o niej porozmawiać, ale ja mówiłem, że nie mam czasu. Ostatecznie poświęciłem Kasi pół godziny, poszedłem do szefa i patrzę, a ona już ponownie była obok. Później był okres, kiedy się nie spotykaliśmy, wysyłaliśmy tylko sobie życzenia na święta, w między czasie stałem się bohaterem jej jednej z książek, ale kontakt zerwałem ostatecznie przez brak czasu, bo Kasia jest osobą, która pochłonie tyle czasu, ile się jej da. Aż pojechałem na festiwal literacki do Piły na wykład pt. „Nie ma ciała, nie ma zbrodni” i Kasia tam właśnie była, reklamowała swoją nową książkę i jak się spotkaliśmy, to zaczęliśmy rozmawiać i rozmawiać, aż postanowiliśmy wspólnie napisać jakąś lekturę.

Nurtujące jest to, jak wyglądały prace nad pisaniem lektury?

K.B.: – Czytałam tomy akt, przesłuchiwałam Bogdana, analizowałam, znów czytałam, pytałam, analizowałam, a potem trzeba było to tak skondensować, by powstały z tego trzy lub cztery strony tekstu. Wszystko, co zwykle znajduje ujście w świecie przedstawionym, innych postaciach – wchłaniałam ja sama. Czułam się tak, jakby oblepiało mnie bagno, jakbym żywiła się szlamem i oddychała zatrutym powietrzem. Ten efekt znikał dopiero w zapisie. Ciekawe doświadczenie, nie powiem. Fabuła tego nie daje, fabuła uwalnia, nie zamyka. Ale tym właśnie jest zbrodnia. To zawsze słabość. I pustka

B.L.: – Opowiadałem o sprawach, a wiadomo, że to wiąże się z mówieniem o szczegółach danych śledztw i już wtedy był problem, a teraz był jeszcze większy z powodu RODO, ponieważ należało tak opisać te historie, by były nie do zidentyfikowania po lekturze. Uznaliśmy, że musimy zmienić szczegółowe wątki, które się tu pojawiały, żeby jeszcze bardziej zakamuflować historie. Moim zadaniem było ukazanie tego, co się zmieniło w dziedzinie profilerowania przez ostatnie dziesięć lat, a także popularyzować naukę. Z kolei Kasia była nastawiona bardziej na rolę komentatorki i napisała tę część, która wiąże się ze studiowaniem przypadku, natomiast ja się zająłem komentarzami, które były bardziej popularyzowaniem nauki.

„Nie mam na to pieniędzy!” – natrafiając na to zdanie w książce zastanawiam się, czy z podobnym hasłem spotkali się Autorzy w rozmowach z osobami decyzyjnymi, przez co mamy tylko ponad 440 stron?

K.B.: – I tak nad każdą płakałam, bo na bazie niemal wszystkich ukazanych tutaj spraw mogłabym napisać całą powieść, ale zapewniam, że zostało nam w archiwum jeszcze mnóstwo na nowe edycje. Za kolejne dziesięć lat planujemy trzecią część. Zobaczymy, co zmieni się w dziedzinie psychologii śledczej. I jak my się zmienimy. Bo, że oboje będziemy zaharowani jak woły, to jest już pewne. Modus operandi tak łatwo się nie zmienia! (śmiech)

B.L.: – Oczywiście mogliśmy więcej spraw wziąć do tej książki, ale moim zdaniem zbyt gruba książka wiele osób odstrasza. I żeby ją mogli przeczytać ci, którzy będą ją studiowali jako powieść kryminalną, a także ci, którzy zainteresują się nią jako pozycją naukową, uznaliśmy, że nie może być ani za gruba, ani taka, w której tylko się liźnie poruszany temat. Swoją drogą, to uważam, że i tak jest za długa, ale patrząc na styl pisania Kasi, to z pewnością jest jedną z cieńszych, jakie kiedykolwiek napisała.

A może to tylko uwertura przed prawdziwą ucztą?

K.B.: – Myślałam, że prawdziwa uczta to „Motyw ukryty”…

B.L.: – Mamy pomysł na trzecią książkę, bo ta druga, która teraz się ukaże, jest kontynuacją tej pierwszej, bo tam zaczęliśmy w ogóle od historii profilowania, jak to się rozwijało w Polsce. Ta druga jest o tym, co się zmieniło w tej dziedzinie, natomiast pomysł na następną już jest, tylko wiadomo, że najważniejszą kwestią tutaj jest czas, kiedy ona powstanie, ale znowu będzie kształtowana w inny sposób. Natomiast w tej chwili nie uchylę Panu rąbka tajemnicy.

Bogdan Lach

Zdjęcie: fot._Maciej_Jarzebinski

„Piwo, które chłopak kupił, nie zostało wypite” – przyznaję się bez bicia, że dzięki takim sformułowaniom przechodził mnie niejednokrotnie dreszcz po plecach. Takie reakcje to efekt zamierzony takimi zdaniami, czy przypadkowy?

K.B.: – Dziękuję za komplement. W każdej z tych historii szukałam elementów fabularnych, czyli takich smaczków, które normalnie pisarz wymyśla, a tutaj musiałam je odszukać w aktach. Było tego trochę, z niektórych jestem bardzo dumna, jak choćby z numerycznego tatuażu u Zeda, Kotka Marianny, piwa w opowieści „Fragment tkanki”, czy czerwonego roweru pod domem Liliany. Już wcześniej zajmując się dokumentem kryminalnym spostrzegłam, że świat do nas mówi takimi prześwitami przyszłości, tylko czasami tego nie zauważamy. Kiedy czyta się akta spraw; a to bardzo ciekawe, bo te sprawy, w przeciwieństwie do naszego życia – posiadają już zakończenie; widać je wyraźnie. Sądzę, że jest w tym pierwiastek boski. Żywi wiele mogą się uczyć od zmarłych. I moim zdaniem jak najbardziej powinni.

Apropos efektu mrożenia, to z racji właśnie takiego działania randki z tą lekturą, postanowili Państwo wydać ją w maju, a nie np. w grudniu?

K.B.: – Gdyż los zrobił nam koronarekolekcje, a to dobry czas na refleksje związane z istnieniem

Powiedzieliśmy już o tytule, dacie premiery, ale dlaczego zdecydowaliście się na taki gatunek, a nie np. kolejną powieść, jak nazwali pierwszą lekturę, odbiorcy?

K.B.: – Taki materiał mogła dźwignąć jedynie książka non-fiction.

B.L.: – Dla mnie powieść, to lektura stworzona w taki sposób, żeby zaintrygować odbiorcę. I tam zazwyczaj spotykamy się z jedną historią. Natomiast myśmy z tego zrobili rodzaj dokumentu, bo tam są – wszystkie opisane historie to prawdziwe przypadki, które się wydarzyły – również sprawy, które miały miejsce w rzeczywistości, tylko myśmy je podzielili w taki sposób, by był motyw wiodący. I tej pierwszej książki bym nie nazwał powieścią. Co prawda nie mam czasu siedzieć w internecie i czytać opinii ludzi na temat tej lektury, ale rozgraniczałbym mówienie o powieści, a o dokumencie w tym przypadku.

O ile mnie pamięć nie myli, to kiedyś już duet Bonda&Lach spotkał się przy pisaniu którejś książki. I przyznaję, że patrząc jak wszechstronni są Państwo, to tak się zastanawiam, czy za chwilę jakichś bajek dla dzieci nie napiszecie razem? (śmiech)

K.B.: – Motyw ukryty we fragmentach czytałam dziecku. Nie uważam, by było dobre utrzymywanie młodego człowiek w fikcji, że wilka nie ma w lesie. Jest i bardzo często ofiary mocno się go naszukają, zanim je pożre. Warto, by dzieci nie popełniały tak głupich błędów jak niedocenianie przeciwnika, że nie wspomnę o tym, że leśniczy nie zawsze łazi po lesie i niekoniecznie zdąży wydobyć cię z brzucha żywego. Śmieszy mnie taka niby – ochrona współczesnych dzieci przed tego rodzaju przypowieścią kryminalną. Przemoc dziś jest w reklamach, piosenkach, nawet memach. Myśli Pan, że w grach i serialach oglądanych dziś przez młodzież jej nie ma? Skoro tak jest, nie powstrzymamy tej fali, trzeba ją jednak dziecku objaśnić, ukazać w detalach. Tylko wtedy będą wiedzieli, że to nie żarty i w realu nie ma się dziewięciu żyć.

B.L.: – Nie, nie, zdecydowanie nie. Ja się fascynuję problematyką, którą Kasią również uwielbia. Natomiast patrząc ze swej strony, to poświęciłem tyle lat swojej dziedzinie, że inne gatunki szczerze mówiąc mnie mało interesują. Owszem, czasami zdarzy mi się przeczytać coś innego, ale patrząc na to, ile książek zamówiłem i zakupiłem, to nie wiem, czy zdążę je wszystkie przeczytać w życiu. One stoją na lepszy czas.

Ale już tak poważnie, po co Wam ta książka? Mało macie zajęć w domu? (śmiech)

K.B.: – Idzie o misję. Kiedy przyszłam z pomysłem, wydawca od razu mi powiedział, że to się nie sprzeda. Koledzy po fachu także mnie przestrzegali i o dziwo były to dokładnie te same teksty: „a po co ci to, nie masz co robić, pisz powieść, ludzie czekają, zarobisz kasę, ktoś wejdzie na twoje miejsce blablabla” itd.. Więc co robi Bonda? Wchodzi w to wszystkimi kończynami i skacze z głową. Bo czułam, że to mój obowiązek, że tak trzeba. Chciałam napisać ten dokument, zmierzyć się z nim. Oczywiście, że robimy to dla idei. By ludziom pokazywać zło, aby umieli wybrać dobro. I by wiedzieli, że najważniejsze co mamy, to szacunek do siebie. I, że właściwie nie ma nic innego.

B.L.: – Przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy popularyzować osiągnięcia naukowe psychologii śledczej. I uważam, że gdyby była ona częściej w użyciu, to moglibyśmy mówić o częstszym i szybszym rozwiązywaniu spraw, które się toczą.

„Mam taką zasadę, że nie piję we wtorek, środę i czwartek” – parafrazując słowa Mikołaja Cieślaka z jednego z wywiadów, zastanawiam się, czy jest choć jeden dzień, kiedy Państwo nie pracujecie?

K.B.: – Nie rozumiem pytania. Leżenie i robienie niczego to podstawa w mojej pracy! Dzieło zawsze rodzi się z bezczynności. Bo wtedy umysł odpoczywa i z nudów tworzy coś całkiem nowego, wspaniałego i zachwycającego. Wtedy wstaję i pracuję nieustannie. A gdy się zmęczę, znów idę robić nic. Polecam ten system, jest bardzo efektywny!

B.L.: – Nie. Takiego dnia już dawno nie pamiętam. Staram się w niedzielę wypoczywać i spędzać czas z rodziną, natomiast przez cały tydzień, doliczając zajmowanie się sprawami dydaktycznymi na uczelni, uczę się wykorzystywać czas do maksimum. I patrząc na to, jak teraz za pośrednictwem internetu prowadzę zajęcia, to każdą wolną chwilę staram się wykorzystywać na poznawanie nowych rzeczy, tak by dzięki nauce dowiedzieć się czegoś do tej pory nieznanego.

Ale czas na wyjazdy na spotkania autorskie będzie, prawda?

K.B.: – Jeśli o mnie chodzi, mam na warsztacie „Miłość czyni dobrym” i chcę to niebawem skończyć, więc podstępnie liczyłam, że Bogdan załatwi to za mnie. Ludzi interesuje profilowanie, tajniki wiedzy, którą Bogdan ma w najmniejszym paluszku. A co ja mam wtedy robić? Machać włosami i szczerzyć się do kamery? Nie jestem potrzebna.

B.L.: – Powiem Panu, że mieliśmy ich bardzo dużo zaplanowanych. Miałem już cały kalendarz zapisany, a odnośnie samej książki, tj. pisania, promocji itd., to myśmy już z pół roku temu rozmawiali. Natomiast nikt z nas nie mógł przewidzieć tego, co się wydarzy. Oczywiście jest dział marketingu, który zajmuje się promowaniem książki i teraz odnośnie takich spotkań, piłeczka leży po ich stronie. Oczywiście są robione różnego typu wywiady i jestem umówiony na spotkania z podcasterami. I przyznaję, że przez te dziesięć lat wykształciło się tyle nowych form promowania, o których ja nie wiedziałem, że przyznaję, iż to dla mnie duża nauka tego, jak promowane są książki w dzisiejszych czasach.

Wracając już do skupienia się na lekturze, znalazłem taki fragment: „Wkrótce jednak zaczęły się ostre boje” – i zastanawiam się, czy przypadkiem tuż za okładką nie powinni Państwo dodać cytatu: „To nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach”…

K.B.: – Oj tak. Jako współautorka jednoczę się i przyznaję bez bicia, iż moje nerwy ledwie zniosły ten pojedynek ze Złym. Tysiąc razy składałam Bogdanowi hołd, że przez tyle lat był w stanie zajmować się podobną dziedziną.

B.L.: – Myślę, że tak. Gdy wysłałem tę książkę do moich znajomych, przyjaciół w celu pozyskania opinii, a są to osoby wykształcone w podobnych dziedzinach, jak ja, to w opiniach jakie zawarli takie zdania, jak: „tej książki nie da się przeczytać jednym tchem, bo ona tak obciąża przez to ile w tych historiach jest krzywdy ludzkiej, że nie da się ot tak poradzić sobie z tym emocjonalnie”. Tak więc myślę, że można by powiedzieć to, co Pan stwierdził i sądzę, że jeszcze wiele osób tak będzie postrzegać tę pozycję.

Mnie osobiście przekonuje to, że po omówieniu sprawy jest coś takiego jak komentarz i w punktach wymienione, co i jak. Tylko zastanawiam się, czy nie dają Państwo w komentarzu wskazówek dla przestępców?

K.B.: – Daj Boże, by niektóre osoby, które planują popełnić zbrodnię, zaniechały tego po lekturze naszej książki. Niestety, nie sądzę, by tak się stało. To właśnie jest w moim odczuciu najstraszniejsze w sprawcach i ofiarach, że oni znajdują się w swoistym piekle i nie mogą uciec od swoich kodów, tak jakby na ich dysku już pewne dane zapisano na trwale. Mogą oczywiście próbować, coś inscenizować, może nawet fabrykować dowody i kłamać, ale ślady behawioralne – i o tym właśnie piszemy w książce – są indywidualne i zależą od kontekstu. Prosty przykład: to, że kobieta wiąże się z mężczyznami, którzy ją dręczą, nie zmieni jej kodu zachowania, jeśli go nie dostrzeże i nie zacznie nad tym pracować. To, że ktoś postanowi usunąć wierzyciela z tego świata i najmie do tego kilku drabów, nie uczyni go lepszym zleceniodawcą zbrodni, jeśli w książce znajdzie informacje o tym, że krew na czubkach butów może zdradzić jego personalia. Bo on i tak zabije, tak samo jak tamta kobieta będzie dawała się poniżać, aż wypadnie przez okno. Pisząc tę pozycję, osobiście liczyłam na to, że ktoś, kto jest w relacji toksycznej zastanowi się, zatrzyma i powie dosyć. Jestem wartościowy, odpuszczam ten dług, zostawiam tego kata albo nie będę już szukać zemsty. Odwróci się na pięcie i odejdzie. Doprawdy tylko w powieściach kryminalnych sprawca zadaje sobie tyle trudu, by upozorować copycata i to też tylko dlatego, że autor pragnie przerobić swój gniew. Ale to już inna historia…

B.L.: – Powiem szczerze, że zawsze jest pewna obawa, że taka książka może być swego rodzaju instruktażem, ale chcę powiedzieć jedną ważną rzecz: „Nie ma dwóch identycznych zbrodni”. Zawsze ludzie popełniają błędy. A dzieje się tak przez to, że każda zbrodnia wiąże się z bagażem emocjonalnym. To różne rozkładanie się typów zachowań po dokonaniu przestępstwa, zbrodni, powodują, że zawsze są jakieś ślady po wspomnianym czynie.

Wiadomo, że jak mamy jakiś gorący temat, to w Polsce mamy 38 milionów ekspertów wyedukowanych w tym kierunku. I będąc po lekturze „Motywu ukrytego” zastanawiam się, czy w maju, czerwcu nie będziemy mieli przypadkiem w Polsce 38 milionów policjantów z wydziału kryminalnego?

K.B.: – Oby dla każdego zainteresowanego tą materią „Motyw ukryty” był początkiem zgłębiania tematu psychologii śledczej. Często piszą do mnie czytelnicy, że zaczynają od „Zbrodni niedoskonałej”, a potem wchodzą w materiały naukowe, coraz bardziej fachowe. Wypada mi tylko życzyć: „wspaniałych przygód”.

Szukałem motywu wspólnego, który łączyłby wszystkie opisane historie i zastanawiam się, czy przypadkiem nie zdradzę za dużo, gdy powiem, że chodzi o władzę i kontrolę?

K.B.: – Moim zdaniem cierpienie jest kluczem. Strony (sprawcy i ofiary) obdarzają się nim właśnie, nawet, jeśli czasem nazywają to miłością. A władza i kontrola pozwalają im o tym zapomnieć. Ale to ból, który współdzielą jest tym, co ich łączy.

B.L.: – Każdy, kto popełni jakieś wykroczenie, albo z obawy, lęku, czy też wstydu, bo jest mnóstwo czynników, które za tym stoją, będzie starał się ukryć to, co zrobił. Powiem szczerze, że nie spodziewałbym się, jadąc na wspomniany Festiwal „Kryminalna Piła”, że powstanie taki pomysł, żeby napisać książkę, ponieważ nie miałem tego w najmniejszym zamiarze. Natomiast idąc za maksymą, która mówi o tym, że każde spotkanie z drugim człowiekiem jest lekcją albo sprawdzianem naszych umiejętności, całkowicie się tutaj wypełniła.

Odwołując się do anegdotki Andrzeja Grabowskiego zatytułowanej: „Czy warto się żenić?”, zastanawiam się, czy w opisanych historiach również mamy tylko dwa możliwe wyjścia z sytuacji?

K.B.: – To tak jakby Pan zapytał: „Czy warto pisać”. Warto, czy nie warto… Ludzie pisali, piszą i będą pisali. Tak samo jest ze zbrodniami. Bardzo mi przykro.

B.L.: – Nie ma. Powiem Panu, że człowiek różni się od drugiej osoby w tak wielu obszarach, że nie jesteśmy w stanie powtórzyć nawet sekwencji pewnych zachowań, żeby one wyglądały tak samo. Zawsze tam znajdziemy różnice.

I tak już na koniec sparafrazuję słowa Kuby Wojewódzkiego, gdy w jego programie na kanapie zasiadł Michał „Sobota” Sobolewski i Zenon Martyniuk: „Wojna światów? Nie. To dwóch światów spotkanie”. Jak te słowa pasują do Państwa randki ze światem literatury?

K.B.: – Oczywiście nie widać tego na papierze, ale mam rumień policzkowy koloru buraka! (śmiech) Pragnę zwrócić uwagę na coś innego: bez akt Bogdana nie byłoby tej książki. Ta lektura to mój hołd dla jego wiedzy i zdolności. Szanuję ludzi, którzy mają konkretną wiedzę. Ja potrafię tylko obserwować i czasami o tym opowiedzieć innym. Uważam, że moim obowiązkiem było to uczynić dla innych, jakkolwiek górnolotnie, by to nie zabrzmiało. Chciałam także, by mnie w niej nie było. I pozwoliłam sobie na zniknięcie. Taki dokument lubię najbardziej. Kiedy bohaterowie przemawiają sami. Jak wspominałam wcześniej, nie chciałam nawet uczestniczyć w promocji. Jestem tylko przekaźnikiem, anteną, przez którą Wszechświat czasami coś mówi innym. Lubię tak o sobie myśleć, a nie jako o pisarce, bestsellerowej autorce albo – nie daj Boże – innych etykietach, którymi mnie obdarzano. Pisałam tę książkę w bardzo trudnym dla mnie czasie, kiedy byłam bardzo słaba i praca nad nią dała mi więcej siły, niż jakakolwiek inna dziedzina. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że wszyscy, jak jeden popełniamy błędy, niektórzy jednak udają, że ich nie widzą. Samo dostrzeżenie swoich mankamentów i zmiana drogi, jest już połową sukcesu wyjścia na prostą, rozpoczęcia nowego życia. Tego Państwu życzę każdego dnia, w każdym wieku, niezależnie od poziomu traum doświadczanych czy też ceny, jaką już zapłaciliście. Dlatego mówiłam o misji. Wierzę bowiem, że ten dokument ma siłę transformacji. Jest tak mocny jak sztylet, który albo zabije albo przestraszy i zmusi do ucieczki z krainy wroga

B.L.: – Dlatego, że z jednej strony mamy doskonałe pióro. Uważam, że Kasia jest najlepszym pisarzem kryminałów w Polsce, ponieważ jej pióro jest tak indywidualne… Z resztą, nie bez kozery mówi się, że „pióro to taka rzecz, której się nie pożycza nikomu”. A z drugiej strony mamy niezwykłe historie, które zostały odkryte i bardzo dobrze opisane.

A ja bym do tego grona dodał jeszcze świetnego profilera.

B.L.: – Wie Pan, wiele osób mówi podobne tezy, jak Pan tutaj, ale ja staram się wykonywać swoją pracę tak dobrze, na ile potrafię. I ciągle dochodzę do wniosku, że brakuje mi jeszcze wiele, że muszę jeszcze wiele się nauczyć. Kiedyś myślałem, że wszystko już widziałem, gdy byłem na miejscu brutalnej zbrodni dziecka i ten stan trwał dość krótko, bo później pojechałem na sprawę, która jest w tej książce, gdzie zobaczyłem tkanki ludzkie rozniesiona po działce, to uznałem, że jednak jeszcze wszystkiego w życiu nie widziałem. I od tego czasu mam takie przekonanie, że jeszcze mogę zobaczyć wiele rzeczy, które będą mnie niejednokrotnie przerastać. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że osoby pracujące przy tych sprawach, nawet przy ich bagażu doświadczeń, są co pewien czas zaskakiwane. I tego nie unikniemy.