W ostatnim meczu rosyjskiego turnieju zmierzyliśmy się z reprezentacją Japonii. Ci, którzy nie mogli oglądać spotkania, dużo nie stracili, ale dla tych którzy chcą dowiedzieć się, co działo się podczas ostatniego spotkania Biało-Czerwonych, to zapraszam do lektury!

Zmiany, zmiany, zmiany… i słusznie!

Adam Nawałka na ostatni mecz turniejowy w Rosji desygnował inne niż poprzednie zestawienie zawodników. Dlaczego nie, skoro i tak jedziemy do domu, a mecz z Japończykami może być szansą dla kilku zawodników na transfer… bądź jego brak.

Szansę od pierwszej minut otrzymał (w końcu) Łukasz Fabiański, który w reprezentacji nigdy nie zawiódł ani selekcjonera, ani fanów Biało-Czerwonych. W obronie zobaczyliśmy od pierwszych minut Kamila Glika aka Skała, bo to właśnie głównie na nim opierała się jedenastka reprezentacji Polski. W obronie, bądź jak widziała to FIFA na wahadłach, zagra Artur Jędrzejczyk. Z nowych twarzy mogliśmy również zobaczyć debiut na mundialu Rafała Kurzawy i powrót do jedenastki Kamila Grosickiego.

Podwójne pożegnanie

Ostatnie miejsce w grupie przed tym meczem było pewnikiem, jednak z mundialem żegna się również stadion, na którym przyszło nam dzisiaj zagrać – Wołgograd Arena. W przeciwieństwie do reprezentacji Polski rosyjski stadion nie dał ciała. Do grona żegnających się z mundialem być może dołączy po tym meczu Japonia, co będzie ciekawym doświadczeniem, bo w jednym momencie i miejscu z największą imprezą piłkarską na świecie pożegna się trójka „uczestników”.

Pierwsza połowa

Mecz się rozpoczął. I w sumie tyle…

Pierwsza sytuacja bramkowa miała miejsce w 13. minucie i od razu zostaliśmy uraczeni strzałem celnym! Jednak to nie Polacy zaatakowali bramkę Azjatów, a Japończycy naszą. Piłkę w światło bramki skierował Muto, jednak futbolówka została obroniona przez Łukasza Fabiańskiego. Trzy minuty później znowu zobaczyć mogliśmy celną próbę, jednak tym razem strzelał… Sakai. Próba była na tyle słaba, że nowy nabytek West Hamu poradził sobie z nią bez problemu.

W końcu jakiś strzał celny Biało-Czerwonych, ale musieliśmy na niego czekać do 32. minuty. Szybka akcja, rozciągnięcie do Bereszyńskiego, ten dośrodkował na głowę Kamila Grosickiego, który uderzył piłkę głową, jednak lepszy okazał się Kawashima. Po weryfikacji systemu goal-line technology okazało się, że piłka nie przekroczyła linii japońskiego bramkarza. Nadal 0:0.

Chwilę później do głosu doszli Japończycy, a konkretniej Takashi Usami, który ze stosunkowo ostrego konta oddał strzał na bramkę „Fabiana” jednak ten obronił ten strzał parując go przed siebie. Do końca nie działo się nic wartego uwagi. Żadnych groźnych strzałów, widowiskowych akcji, popisów technicznych, a nawet materiałów na pomeczowe memy.

Druga połowa

W końcu coś się wydarzyło, ale trzeba było czekać aż do 59. minuty, bo właśnie w tej minucie do bramki Kawashimy trafił Jan Bednarek. Przy bramce asystował Rafał Kurzawa, który skierował futbolówkę na stopę obrońcy Southampton. Gol byłego zawodnika Lecha Poznań jest drugim trafieniem Biało-Czerwonych na rosyjskim turnieju. Taki układ (przy obecnym remisie Senegalu z Kolumbią) nie premiuje do fazy pucharowej Azjatów.

Mecz do 80. minuty przebiegał spokojnie. Wprawdzie Lewandowski miał szansę na zdobycie bramki jednak przestrzelił. Jednak właśnie dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem pojawił się człowiek, który na mundial pojechał w zupełnie innym celu, bowiem, według wielu, miał robić atmosferę.

W 81. minucie Kamil Grosicki dośrodkował po ziemi w pole karne, co prawie zakończyło się golem dla Polski, bo Japończycy o mały włos nie skierowali piłki do własnej siatki.

To co wydarzyło się w końcówce nie jest czymś godnym pochwały, bo Japończycy po prostu grali na czas. Piłka wędrowała po obronie od nogi do nogi, bo wynik w meczu Kolumbii z Senegalem dawał awans azjatyckiej reprezentacji. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla Polaków, jednak samo spotkanie nie stało na najwyższym poziomie.

Koniec. Kończą się marzenia o mistrzostwie świata, albo co najmniej o wyjściu z grupy. Zamiast nas z grupy wychodzą Japończycy z Kolumbijczykami, a my żegnamy się z rosyjską imprezą. Niestety nasz sen trwał zdecydowanie krócej niż sobie tego byśmy życzyli, ale wiadomo, że już za cztery lata…