Do rozpoczęcia sezonu NBA pozostało jeszcze 66 dni.  Off-season utkwił w martwym punkcie i praktycznie już nic się nie dzieje, a do Eurobasketu pozostało jeszcze trochę czasu. W związku z tym impasem postanowiłem wytypować zwycięzców poszczególnych nagród w nadchodzących rozgrywkach. Na pierwszy ogień przeanalizowałem potencjalnych kandydatów do wygrania statuetki dla najbardziej wartościowego gracza sezonu (MVP), obrońcy roku (DPOY) i debiutanta roku (ROTY). Pora na drugą część, czyli nagrody dla gracza z największym postępem (MIP) i najlepszego trenera (COY).

W tym momencie nie ma jeszcze wystawionych kursów na poniższe zdarzenia. 

Moje przewidywania na sezon 2017/18 (część II): 

Trener roku (COY) – Brad Stevens (Boston Celtics)

W 2013 roku, kiedy Paul Pierce i Kevin Garnett trafili do Brooklyn Nets, a ówczesny trener Celtics Doc Rivers postanowił przenieść się do Los Angeles Clippers, najbardziej utytułowana organizacja w historii ligi rozpoczęła przebudowę. Zapowiadała długi i bolesny, na czele którego stanął Brad Stevens. 36-letni wówczas Stevens był trenerem akademickim, który został rzucony na głęboką wodę. Nowy trener bez doświadczenia i zespół bez talentu nie wróżyły nic dobrego. Rzeczywistość okazała się inna. Już 4 lata po pamiętnej wymianie Boston Celtics zajęli pierwsze miejsce w Konferencji Wschodniej, przegrywając dopiero w Finale Konferencji przeciwko Cleveland Cavaliers. Jak to się stało? Głównym ojcem tego sukcesu jest Stevens.

Wydawać by się mogło, że coach ekipy z Bostonu to jeden z nas. Nie wyróżnia się niczym szczególnym i wygląda bardziej jak wykładowca niż trener NBA. Ale już teraz Stevens uznawany jest za jednego z najlepszych trenerów w NBA.

Dlaczego akurat on miałby zasłużyć na tę statuetkę?

Boston Celtics już rok temu byli mocnym zespołem, jednak w przyszłym sezonie powinni być jeszcze lepsi. Dodanie Gordona Haywarda, który zna  Stevensa jeszcze z czasów gry na uczelni Butler, sprawia, że Celtics umocnili się na czele Wschodu. Były zawodnik Utah Jazz nie powinien mieć problemu z wpasowaniem się w system zespołu z Bostonu. A co do tego, że obaj gentelmani się dogadają, nie powinno być wątpliwości. Obaj są bardzo zżyci, co podkreślali już nie raz.

Dodanie takich graczy jak Marcus Morris, czy Jayson Tatum sprawia, że głębia 17-krotnych mistrzów NBA jest jeszcze większa.

Nagrodę dla trenera roku dostaje najczęściej coach z czołowych drużyn w lidze. Rok temu tę statuetkę otrzymał Mike D’Antoni, który poprowadził Rockets to drugiego miejsca w konferencji zachodniej. Stevens poprowadził swój klub do pierwszej pozycji na Wschodzie, ale wynikało to bardziej z zaniedbania Cleveland Cavaliers niż z siły Celtics.

W przyszłym sezonie powinno być inaczej.

Cavs się nie wzmocnili, a sytuacja z Kyrie Irvingiem nadal nie jest wyjaśniona. Nadal nie wiadomo, w jakim składzie przystąpią do następnych rozgrywek przystąpią zeszłoroczni mistrzowie NBA. Nie wydaje się jednak, żeby mieli być lepsi, niż byli. Co więcej, drużyny z Lebronem Jamesem w składzie słyną z tego, że faza zasadnicza jest dla nich nieistotna. Washington Wizards, czy Toronto Raptors nie są lepsi niż rok temu, więc nie wydają się realnym kandydatem to wygrania Konferencji Wschodniej.

Typuję, że w sezonie 2017/18 najlepszym zespołem po sezonie regularnym będą Boston Celtics i to w lepszym stylu niż poprzednio. Trudno oczekiwać, żeby Hayward, czy Thomas dostali nagrodę MVP. W takim wypadku będzie trzeba nagrodzić jednego z głównych architektów tego sukcesu. Stevens wydaje się tutaj naturalnym wyborem.

Czy wiedziałeś, że szkoleniec ekipy z Bostonu jest w tym samym wieku, co Vince Carter? Pewnie nie. Trener Celtics mimo swojego wieku (oczywiście, jak na trenera) jest już uznany specjalistą w lidze.

Gracz z największym postępem (MIP) – D’Angelo Russell (Brooklyn Nets)

https://www.youtube.com/watch?v=urr6LNBGEyE

20 czerwca Los Angeles Lakers dokonali wymiany z Brooklyn Nets. Wymiany, w której D’Angelo Russell został wysłany na Brooklyn. Lakers pozbyli się swojego podstawowego rozgrywającego, w którym wielu kibiców widziało materiał na twarz organizacji na długie lata. Okazało się, że zarząd klubu z Los Angeles miał na ten temat inne zdanie. Przypomnijmy, że Jeziorowcy wybierali w tegorocznym drafcie z numerem drugim. Pierwszy wybór należał do Philadelphii 76ers, którzy w 99% mieli wykorzystać go na Markella Fultza (co z resztą zrobili). Głównym kandydatem do wyboru z dwójką był rozgrywający- Lonzo Ball. Ball wydawał się naturalnym dopasowaniem do klubu z Hollywood. Urodzony w Los Angeles, grający na rodzimej uczelni UCLA, a do tego niesamowity talent porównywany do Jasona Kidda. Ale tutaj był mały problem. Ball dublował się pozycją z Russellem. Teoretycznie obaj mogli grać razem, ale w praktyce trudno byłoby to pogodzić. Jeziorowcy stanęli przed wyborem: czy zaryzykować grę obu zawodników razem, czy postawić na jednego z nich. Wymiana z Nets dała jasno do zrozumienia, że Lakers chcą powierzyć swoją przyszłość w ręce Balla, a nie sprawdzonego już Russella.

D’Angelo został porzucony i zamiast niego postawiono na zawodnika, który nie rozegrał jeszcze ani jednej minuty w NBA. Czy słusznie? To się okaże. Jestem jednak pewien, że 22-letni rozgrywający zrobi wszystko, żeby udowodnić swojej byłej drużynie, że popełniła błąd. Czego, jak czego, ale nowemu nabytkowi zespołu z Brooklynu nie powinno brakować motywacji. Już nie mogę się doczekać, kiedy Lakers zmierzą się z Nets, a Russell stanie naprzeciwko Balla. W końcu, kto nie chciałby utrzeć nosa dawnej dziewczynie, która nas odrzuciła. Wiesz, jak to jest- chcesz zrobić wszystko, żeby pożałowała swojej decyzji. W końcu Ty jesteś lepszy niż ten jej nowy wybranek.

Nets cały czas cierpią po nieudanej wymianie z Boston Celtics i od kilku lat są na dnie ligi. Taki młody talent, jakim jest D’Angelo to dla nich błogosławieństwo. Paradoksalnie gra w drużynie z Nowego Jorku może być dla niego zbawieniem.

Drużyna z Brooklynu gra bardzo nowoczesną koszykówkę. Starają się grać bardzo szybko i oddawać dużo rzutów za trzy punkty. Każdy zawodnik ma zielone światło do rzucania trójek. Problem jest w tym, że brakuje im utalentowanych graczy. 22-letni rozgrywający to ktoś, kogo im było potrzeba.

Russell będzie mógł robić praktycznie wszystko, na co będzie miał ochotę. Nets mogą się włączyć w walkę o playoffy na tym kiepskim Wschodzie, ale nie to będzie ich priorytetem. Ich głównym celem będzie rozwój młodych graczy z potencjałem.

Russell ma bardzo dobre warunki fizyczne. 196 centymetrów wzrostu, długie ręce znacznie ułatwiają mu grę. Ale najważniejsze są oczywiście jego umiejętności. Wychowanek uczelni Ohio State ma wszystko, czego oczekuje się od nowoczesnego rozgrywającego. Potrafi rzucać za trzy po koźle, dostaje się pod obręcz, a do tego ma świetny przegląd pola.

Poza tym trzeba pamiętać, że został wybrany z dwójką w drafcie 2015. Cała kariera jeszcze przed nim. D’Angelo już nieraz pokazywał, że ma zadatki na prawdziwą gwiazdę. Choćby mecz na 40 punktów przeciwko Cleveland Cavaliers na ich parkiecie.

W sezonie 2016/17 22-letni rozgrywający zaliczał średnio 15.6 punktu, 3.5 zbiórki i 4.8 asyst w 28 minut gry. Na Brooklynie jego liczba minut spokojnie powinna wzrosnąć, może nawet o dziesięć. Jeśli Russell będzie tak samo efektywny, to średnio 22/23 punkty, 4 zbiórki i 6 asyst na mecz mogą być realnym osiągnięciem.