– Osobiście się cieszę i myślę, że dobre jest to, że osoby decyzyjne chcą dokończyć sezon Bundesligi, ale pamiętajmy, że piłki do jakiej wracamy, nie zna nikt – mówi serwisowi Zagranie.com Michał Trela – dziennikarz sportowy pracujący dla newonce.sport, a poprzednio związany z m.in. Przeglądem Sportowym.

Kamil Piłaszewicz: Rozpoczynając wywiad chciałbym zapytać, jak ze zdrowiem u Michała Treli?

Michał Trela: – A wszystko dobrze, dziękuję.

A dziennikarze zajmujący się Bundesligą również zostali poddani testom na obecność Covidu-19?

– Z tego co wiem, nie, ponieważ dziennikarze nie będą mieli kontaktu z uczestnikami wydarzeń. Na każdy mecz ma być wpuszczanych tylko dziesięciu reporterów lokalnych, tak żeby uniknęli podróżowania między miastami. Po każdym spotkaniu będą mogli zadać po jednym pytaniu, które będą przekazywać rzecznikowi prasowemu, a on zada je trenerom. Po meczu nie będzie wywiadów w strefie mieszanej, dlatego też uznano, że nie będzie takich testów dla dziennikarzy zajmujących się Bundesligą.

Pytam dlatego, że już w najbliższy weekend wraca Bundesliga i chciałbym dowiedzieć się, który mecz będziesz opisywał?

– Moja obecna praca ma taką specyfikę, że nie opisuję konkretnego meczu. Na pewno będę oglądał tyle spotkań, ile się da i będę szukał w nich ciekawych wątków.

A poza tym, na które mecze czekasz bardziej, niż na inne?

– Na pewno najbardziej skupię się na derbach Zagłębia Rury i meczu Unionu Berlin z Bayernem Monachium.

Jak oceniasz samą decyzję o wznowieniu rozgrywek w Niemczech?

– Osobiście się cieszę, czekam na ten moment i myślę, że dobre jest to, że osoby decyzyjne chcą dokończyć sezon Bundesligi. Obecnie widzimy, że raczej jeszcze trochę czasu zejdzie, nim wrócimy do normalności. Zwłaszcza w Niemczech jest dyskusja na temat tego, czy to dobrze, że Bundesliga wraca, ale jej powrót traktuję jako mniejsze zło, czyli minimalizowanie strat. Może granie przy pustych trybunach w czasie epidemii to nie jest idealne rozwiązanie, ale też wiadomo, że czekanie aż wszystko wygaśnie, jest czymś fatalnym dla wszystkich osób zajmujących się Bundesligą. Także oceniam pozytywnie, co nie znaczy, że jestem w pełni spokojny, że nic się nie wydarzy i sezon zostanie dokończony.

Dziennikarze z Wysp donoszą, że „piłkarze mieliby odwracać głowę przy wślizgach, jeśli wróciłaby Premier League”. Czy dzięki takim pomysłom właśnie nie balansujemy na granicy absurdu?

– To nie jest balansowanie, a przekroczenie granicy absurdu i to znacznie. Natomiast w Bundeslidze takich pomysłów nie ma. Na boisku, nie licząc jakichś obostrzeń przy celebrowaniu trafień, gdzie rzeczywiście ma nie być rzucania się całej drużyny z rezerwowymi na siebie, tylko dotykanie się łokciami, czy stopami, to mecze będą rozgrywane tak normalnie, jak się tylko da. Musimy pamiętać, że futbol składa się z pojedynków, kontaktu fizycznego i to nie zniknie.

A sędziowie w Niemczech otrzymali dodatkowe wytyczne, co do karami zawodników żółtymi kartkami? Pytam, gdyż pojawiły się plotki o tym, że mają być karani za plucie na boisko, czy za to, że kichają…

– Nie wyobrażam sobie kar za kichanie, bo to jest coś bezwarunkowego. Myślę, że każdy wie jak ciężko to powstrzymać. Natomiast nie wiem jak arbitrzy będą odnosić się do plucia na murawę, ponieważ nie mam informacji, by sędziowie w tym temacie dostali jakieś szczegółowe wytyczne.

Jeśli dobrze pamiętam, to pojawił się w Niemczech pomysł, by piłkarze grali w maseczkach. Jak zrodziła się ta idea i czy jest nadal rozważana?

– Myślę, że nie ma sensu na chwilę przed startem Bundesligi, który jest już szczegółowo rozpisany, rozważać pomysłów, które się pojawiały kilka tygodni temu i zostały wrzuconego do worka z napisem: „absurd”. Nie ma takiej opcji, by piłkarze grali w maseczkach. Tak jak wspominałem, futbol będzie normalny. Z tego, co wiem to trenerzy mają być tylko w maseczkach, ale już niektórzy jak np. Markus Gisdol z Kolonii poinformował, że nie będzie to możliwe, by byli w nich przez całe dziewięćdziesiąt minut. I myślę, że odpowiedzieć mogę tak: w Polsce istnieje takie hasło, jak rozmawiamy o urzędnikach, jak „dupochron” i to właśnie dzięki niemu urzędnicy wymyślają coś tak absurdalnego, a to tylko po to, by nikt im nie zarzucił, że nic nie robią. I oczywiście wiele takich pomysłów powstało w czasie pandemii, a potem niosły się po mediach, natomiast kiedy wszystko jest już ustalone, nie ma sensu się zastanawiać w czyjej głowie się taki absurd zrodził.

Już gdy ogłoszono decyzję o wznowieniu rozgrywek, pojawiły się informacje jakoby jeden z klubów miał w całości udać się na kwarantannę i nie mógł wziąć udziału w rozgrywkach. Była to zwykła kaczka dziennikarska, czy rzeczywiście jeden z zespołów nie wróci do gry?

– To jest akurat już oficjalny komunikat, ale dotyczący zespołu z drugiej Bundesligi.  W Niemczech traktują to jako całość, więc dla nich Bundesliga składa się z pierwszej i drugiej ligi. Dynamo Drezno zostało wysłane na czternastodniową kwarantannę i nie wystąpi w pierwszych dwóch kolejkach.

Przyjmując, że mielibyśmy do czynienia z taką samą sytuacją w Niemczech, jak w Dynamie Drezno, gdzie wykryto koronawirus u piłkarzy, to DFL ma plan B na dokończenie sezonu Bundesligi?

– Tak jest. Na razie nie stworzono tak gęsto wypełnionego kalendarza, jak można było zakładać. Bundesliga startuje bardzo szybko, bo w pierwszym możliwym terminie, czyli 16 maja i mecze są rozłożone w taki sposób, że tylko dwukrotnie piłkarze będą rozgrywali spotkania w trakcie tygodnia. Plan jest taki, że można ten kalendarz później jeszcze wypełnić na odrabianie zaległości, jeżeli takowe by powstały. W Niemczech chcą dokończyć rozgrywki do końca czerwca, ponieważ pozwoli to uniknąć chaosu prawnego związanego z kończeniem się umów u piłkarzy z klubem z końcem czerwca bieżącego roku. Ale wiemy, że UEFA wyznaczyła termin zakończenia lig w Europie na 3 sierpnia, czyli to znaczy, że jeżeli nie uda się dokończyć sezonu tak jak planują w Niemczech, to mają jeszcze miesiąc na to, by spotkania zaległe rozegrać w jeszcze późniejszym terminie. Trzeba mieć na uwadze to, że piłkarze w kolejnych klubach będą zakażani i wtedy zobaczymy, jak zachowają się władze landów. Wiemy, że w FC Koeln wykryto trzy przypadki koronawirusa i właśnie tych zawodników odizolowano od reszty grupy, natomiast w Dreźnie wysłano całą drużynę na kwarantannę, więc możemy spotkać się z różnymi podejściami, a wszystko będzie uwarunkowane przez władze regionalne.

Między innymi we Francji rozgrywki już zakończono, tymczasem np. w Niemczech wracamy do gry i tak się zastanawiam, która opcja wydaje się roztropniejsza w czasie pandemii koronawirusa?

– Nie ma sensu wygłaszanie takich sądów, bo inaczej radzą sobie z wirusem w Niemczech, a inaczej we Francji. I każdy kraj inaczej podchodzi do luzowania restrykcji oraz ma inny porządek prawny. Każda liga ma przez to inną sytuację i dlatego Francuzi nie mieli nic do gadania, bo tam odwołano wszystkie rozgrywki sportowe do końca sierpnia. Władze ligi niemieckiej zrobiły wiele, żeby od polityków czegoś takiego nie usłyszeć, ale też musimy mieć na uwadze, że to Niemców stawia się za wzór walki z epidemią . I sądzę, że to też ma jakiś wpływ na obecną sytuację. Szef Bundesligi podkreślał, że mają to szczęście, że są niemiecką ligą, bo to właśnie u nich w kraju przeprowadzana jest tak duża liczba testów na obecność koronawirusa, że inne kraje mogą tylko zazdrościć, przez co jest bezpieczniej wrócić do rozgrywania meczów. Dlatego też sądzę, że i Francuzi i Niemcy podjęli decyzję, którą uważali za najroztropniejszą w tej sytuacji.

Waldemar Kita, prezes FC Nantes wyznał w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, że przez szybsze zakończenie rozgrywek stracił 20 milionów euro. Rzeczywiście to pieniądze są najbardziej sporną kwestią, gdy mówimy o kontynuacji lub zakończeniu rozgrywek?

– Na pewno dla klubów aspekt finansowy jest najważniejszy, jeżeli mówimy o dogrywaniu rozgrywek. Nie ma sensu mówić, że chcą grać dlatego, że lubią piłkę, czy dlatego, że zależy im na tym, by morale Niemców były wyższe w trakcie epidemii. Wiadomo, że chodzi o pieniądze, ale nie czyniłbym z tego zarzutu, jak się często robi, bo to nie jest granie na siłę. Plan, o którym mówiłem, ma ręce i nogi, a to zrozumiałe, że próbuje się ratować te branże, które wydaje się, że da się uratować.

Michał Trela
Michał Trela/Facebook

Wracając do świata Bundesligi, chciałbym odnieść się do rozmów w Polsacie Sport o tym, że Robert Lewandowski ma szanse pobić rekord Gerda Mullera, czyli zdobyć ponad 40 bramek w tym sezonie. Rzeczywiście jest to możliwe?

– Teoretycznie jest to możliwe. Natomiast musimy pamiętać, że takie rozmowy fajnie brzmią w mediach, ale nie mają większego sensu. Nikt nie wie w jakiej formie wróci ktokolwiek, to będzie futbol, jakiego nie znamy. Robert Lewandowski nigdy nie miał tak długiej przerwy od gry, jaką teraz mamy, tak samo jak obrońcy przeciwko, którym będzie grał. Przeprowadzane treningi były po prostu dziwne, bo nigdy nie były prowadzone w taki sposób. Reasumując, może pobić ten rekord, bo może mu służyć ta sytuacja, a może też być odwrotnie. Nie dam się teraz naciągnąć na jakiekolwiek prognozy sportowe, bo to będzie zupełnie inna piłka. Moim zdaniem na pewnym etapie sezonu pobicie tego rekordu wydawało się realne, bo strzelał jak na zawołanie w każdym starciu, później Lewandowski miał kontuzję, więc siłą rzeczy opuścił kilka meczów, a teraz wróci do gry, z którą nikt wcześniej nie miał styczności.

Dziewięć spotkań, piętnaście bramek – tak prezentuje się droga do rekordu w liczbach i zastanawiam się, czy na pobicie rekordu bardziej nie nastawią się właśnie dziennikarze, kibice, niż sam Robert Lewandowski?

– Myślę, że Robert na pewno chciałby pobić ten rekord, ale musimy pamiętać, że Bayern nie jest w sytuacji, gdzie miałby z piętnaście punktów przewagi nad drugim zespołem w tabeli i uznano, że trzeba szukać jakiś nowych bodźców, wyzwań, bo liga jest rozstrzygnięta. Dla wszystkich w Monachium to też będzie nowy świat i dla nich też to będą dziwne mecze, też mają konkurencję. Może w Bundeslidze nie jest tak, że jest jakoś super wyrównana liga, ale te cztery punkty przewagi na dziewięć kolejek, to też nie jest pewna sytuacja. Dlatego zakładam, że dla Lewandowskiego głównym celem będzie zdobycie mistrzostwa Niemiec, później tytułu króla strzelców, bo tam też sytuacja nie jest zupełnie klarowna, a dopiero trzecią motywacją będzie rekord Gerda Mullera. Ale też musimy zauważyć, jak to brzmi: dziewięć meczów, piętnaście bramek. Uznajemy, że ktoś ma świetną formę, jeżeli trafia średnio gola na mecz, a tu Lewandowski musiałby praktycznie w każdym spotkaniu notować po co najmniej dwa trafienia… I to bez większych przygotowań. I tak, zgadzam się z Tobą, że to my jako kibice bardziej o tym myślimy, niż on sam.

I na sam koniec dopytam, czy możemy już teraz zapowiedzieć, że wznowienie rozgrywek Bundesligi da przykład innym krajom, jak sport może wygrać z Covid-19?

– Nie, ponieważ są to zupełnie inne sprawy i ich nie łączmy. Sport może nie dać się wykończyć przez Covid-19, a to jest różnica. Tak jak wspominałem, trzeba pamiętać, że inne kraje działają w innych realiach, ale na pewno liga niemiecka może dać przykład jak można wszystko przygotować, by wznowić rozgrywki w czasie pandemii. I nawet jeśli uznamy, że Bundesliga stanie się wzorem działania, to rozwiązania przeniesione jeden do jeden do innego kraju wcale nie muszą dać takiego samego efektu.