Pamiętacie wieloryba, który pojawiwszy się w Bałtyku, wpłynął do Wisły, przeskakiwał tamy i niezauważony pokonywał płycizny, a później nagle zniknął? A pamiętacie chupacabrę, która polując na polskie krowy, świnie tudzież kozy, była w stanie sforsować bramę chlewu, przeskoczyć dwumetrowy płot, a następnie zniknąć bez śladu? Jeśli tak, to znaczy, że mieliście do czynienia z niejednym tabloidem i czwartkowe doniesienia o kontuzji Zlatana Ibrahimovica nie były dla was niczym szczególnym.

Szybkie streszczenie dla tych, którzy czytają ten tekst, a jakimś cudem nie wiedzą, co przytrafiło się Zlatanowi. W czwartek jego Manchester United podejmował na własnym stadionie Anderlecht, w końcówce meczu Szwed wyskoczył do górnej piłki, lądowanie jednak nie należało do udanych – prawa noga Ibrahimovica wygięła się w nienaturalny sposób (sam widok sprawia ból). Szwed nie był w stanie kontynuować gry. Na Old Trafford doszło do dogrywki, lecz to już nikogo nie obchodziło. Facebook, Twitter i portale informacyjne zgodnie wieściły koniec kariery Zlatana Ibrahimovica.

Co łączy wieloryba w Wiśle i koniec kariery Zlatana? Oba te wydarzenia są wytworami dziennikarstwa, a raczej kiepskiego dziennikarstwa. Wieloryb miał przyciągnąć czytelników i naiwnych, którzy zdawali relacje, jak to widzieli bardzo dużą rybę, która wynurzyła się z Wisły tuż pod ich nosem. Koniec kariery Ibrahimovica miał zebrać kliknięcia, nic więcej. Jakieś pięć sekund po pierwszej powtórce, pokazującej co stało się z kolanem Zlatana, dostałem wiadomość od znajomego dziennikarza.

– Możesz być pierwszy – napisał ironicznie.

– Pierwszy? – zdziwiłem się.

– Pierwszy, który napisze, że to koniec kariery Zlatana.

I wiecie co? Nawet gdybym się skusił i nie dłużej niż pół minuty po niefortunnym lądowaniu Szweda zaczął pisać tekścik (tekścik, bo większość z nich miała nie więcej niż dwa akapity), to i tak nie byłbym pierwszy. Nie zdążyłbym. Ledwo bowiem zaczęła się dogrywka, a od tego samego dziennikarza dostałem wiadomość (podsumowaną nieodzownym “xD”) z linkiem do artykułu o “makabrycznie wyglądającej kontuzji” Zlatana, tytuł kończył się rzecz jasna pytaniem, czy to koniec jego kariery. Cały tekst liczył dokładnie 126 słów. To niewiele, ale i tak napisanie ich w takim czasie w sposób zbliżający się choćby odrobinę do rzetelności jest dla mnie niemożliwe. Przypuszczam, że niektóre redakcje mają gotowe szablony, do których wstawić trzeba jedynie nazwisko i wiek piłkarza.

Zareagowało tak wiele polskich i zagranicznych portali, że wpisując teraz w Google “Zlatan Ibrahimovic”, pierwsze proponowane wyniki to “kontuzja” oraz “injury”.

Ibrahimovic w google

Jakkolwiek scenariusz był znany od samego początku (oczywiście nie szanownym “redaktorom”, którzy zaślepieni są wizją zdobycia stu dodatkowych – wręcz darmowych! – wyświetleń). Ibra, który ma miliony fanów na całym świecie, nabawił się groźnie wyglądającego urazu, więc należy ogłosić, że to koniec. Fani w panice, że mogą stracić swojego bohatera, będą klikać i czytać, co się stało. Następnie trzeba poczekać na opinię lekarzy i oznajmić ze smutkiem, że niestety wszystko się potwierdza i Ibra już nie zagra, bo kilka miesięcy pauzy w jego wieku to jak wyrok śmierci. Fani z rozczarowaniem przesyłają sobie linki z tą nad wyraz smutną wiadomością. Później czas na kilkudniową przerwę i oczekiwanie na to, co powie Ibrahimovic. A co powie Ibrahimovic, to wiadomo od początku. Powiedział oczywiście, że on sam zdecyduje, kiedy skończy karierę i żadna kontuzja tego nie zmieni. Czas zatem na tytuły pełne ulgi. Bohater zmartwychwstaje, a fani są tak zachwyceni, że dla pewności sprawdzają kilka różnych portali. Kliknięcia znów się zgadzają. Wszyscy są szczęśliwi.

Interesujące, że mimo ostatniego bojkotowania tzw. “clickbajtów” przez społeczność internetową, wciąż tylu ludzi daje się nabierać. Rozumiem, że samo nazwisko nieco stępia czujność i każe kliknąć i że takich zdarzeń praktycznie nikt nie przedstawia już inaczej niż za pomocą “clickbajtów” właśnie, ale nie pojawiły się żadne głosy sprzeciwu. Zupełnie jak gdyby wszyscy zainteresowani wyrazili niemą zgodę na wzięcie udziału w tym przedstawieniu.

Wszak to najprostsze mechanizmy mediów. Wystraszyć, a później uspokoić. I nieważne czy chodzi o to, że Rosja wystrzeli bombę atomową w kierunku Polski, czy o uchodźców, czy właśnie o kontuzję ukochanego piłkarza. Media najpierw muszą przekonać, że stanie się najgorsze, a później uspokoić – tak nakręca się sprzedaż, oglądalność, kliknięcia.

I czy nikt nie zwraca już uwagi na sposób, w jaki się nas ciągle kusi? Nie czujemy już niesmaku? Zwróćcie uwagę na tytuły. Wszystkie kończą się znakiem zapytania. “To koniec kariery Ibrahimovica?”, “Makabrycznie wyglądająca kontuzja zakończy karierę Zlatana?”. Po co te znaki zapytania? Otóż znak zapytania to cała rzetelność na jaką stać autorów takich tekstów. Ten znak zapytania mówi nam: “Autor nie ma pojęcia, o czym pisze, ale musi zebrać kliknięcia”. Jest to też wentyl bezpieczeństwa, bo dziś, gdy okazało się, że Ibra jednak zamierza jeszcze pograć, jeden czy drugi “redaktor” może powiedzieć, że przecież nie mówił niczego na pewno, że dał znak zapytania, że to przecież widać, że sam miał wątpliwości.

Tytuły w sieci po kontuzji Zlatana

Kolejnym magicznym trikiem są zwroty typu: “W Anglii mówi się…”, “Na Zachodzie słychać głosy…”. Rozumiem, że czytelnicy sami muszą sprawdzić wszystkie możliwe media na Zachodzie, by przekonać się, że “redaktor” mówi prawdę. Poza tym, jeśli mówi się na Zachodzie, to już w sumie niczego nie trzeba dodać. Zachód mówi, więc tak musi być. Zachód zawsze ma rację. No i najważniejsza dla “redaktora” polującego na kliknięcia funkcja Zachodu – bezpieczeństwo. “Redaktor” wszakże odwołując się do Zachodu, ma gotową odpowiedź na wszelkie zarzuty. “To nie my się myliliśmy, to Zachód” – będzie się bronił.

Oczywiście to wszystko tylko moje przypuszczenia, bo żaden “redaktor” nigdy nie będzie musiał się bronić, gdyż nikt mu niczego nie wytknie. A jeśli wytknie, to “redaktor” usunie komentarz. A jeśli nie usunie, to nie odpowie.

Słyszy się (pewnie na Zachodzie, lecz pewności mieć nie mogę), że poziom mediów i dziennikarstwa sięgnął dna. Nie wiem, czy istotnie tak jest, gdyż trudno określić mi i obecny poziom dziennikarstwa i poziom jego dna. Nie wiem, czy “clickbajty” zaliczyć można jeszcze do dziennikarstwa (choć wiele z nich jest niestety tworzonych przez studentów wydziałów dziennikarstwa, którzy najwyraźniej zapominają o wszystkim, czego się uczyli). Wiem natomiast, że “clickbajty” nadal będą się pojawiały, a my nadal będziemy w nie klikać. Wiem też, że media wciąż będą nas straszyły i uspokajały. Cóż nam zatem pozostaje? Dystans do siebie, dystans do świata, dystans do mediów (to przede wszystkim), dystans do sportu wreszcie. Bo czy był powód się tak gorączkować? Czy kiedykolwiek jest sens gorączkować się tym, co mówią media? Pamiętajmy, że to przecież Ibra pierwszy wiedział o swojej kontuzji, a nawet nie pomyślał o końcu kariery, wieloryb nigdy nie dopłynął do źródła Wisły, a chupacabra rozpłynęła się w powietrzu i już nigdy więcej nie skrzywdziła polskiej trzody.