LeBron James bez wątpienia już teraz jest jednym z największych graczy w historii NBA, ale nie przeszkadza mu to dopisywać do swojego dorobku kolejnych rekordów i osiągnięć. We wtorek James został na przykład pierwszym w dziejach NBA zawodnikiem, który zaliczył triple-double w starciu z każdym z 30 zespołów. Obecny gracz Los Angeles Lakers, a były zawodnik Cleveland Cavaliers i Miami Heat, do historii przeszedł w wygranym 112-107 starciu z Oklahoma City Thunder.

25 punktów, 11 zbiórek oraz 10 asyst. Z takim dorobkiem James zakończył zmagania we wtorek, notując tym samym 86. triple-double w swojej karierze. Przy okazji do spółki z Anthonym Davisem (zdobył najwięcej w meczu 34 punktów) poprowadził Lakers do kolejnego zwycięstwa. Drużyna z Los Angeles po 14 meczach sezonu może pochwalić się najlepszym w lidze bilansem 12 zwycięstw oraz ledwie dwóch porażek. Jak się okazało po meczu, LeBron nie miał zielonego pojęcia, że udało mu się dokonać takiego wyczynyu Blisko 35-letni skrzydłowy stwierdził jednak, że to „fajna sprawa” i dodał, że najważniejsze, iż udało się to zrobić w zwycięskim dla jego drużyny meczu. Dla LeBrona było to już piąte triple-double w tym sezonie – jak do tej pory więcej ma tylko rewelacyjny Luka Doncić, który w wieku 20 lat wyczynia naprawdę niesamowite rzeczy, co nie uchodzi uwadze także samego LBJ.

Co ciekawe, już niedługo do Jamesa może dołączyć inny zawodnik. Chodzi tutaj o Russella Westbrooka, który w barwach Oklahoma City Thunder miał triple-double przeciwko każdej innej drużynie NBA. W związku z tym brakuje mu już tylko jednego zespołu na liście i jest to właśnie były jego klub. Westbrook zmienił bowiem latem klub i przeniósł się do Houston Rockets, dlatego też teraz ma okazję dołączyć do LeBrona. Dla Jamesa dokonanie takiego wyczynu także było możliwe z tego względu, iż w ciągu kariery kilka razy zmieniał kluby – zaczynał w barwach Cleveland Cavaliers, potem przeniósł się do Miami Heat, następnie wrócił do Ohio, by latem 2018 roku przenieść się do Miasta Aniołów i dołączyć do Lakers. Najważniejszym celem dla Jamesa pozostaje jednak zdobycie kolejnego w karierze mistrzostwa. W poprzednim roku nie udało mu się bowiem nawet awansować do fazy play-off i po raz pierwszy od 2011 zabrakło go w wielkich finałach ligi.

Garść innych informacji z wtorkowej nocy w NBA:

  • W barwach Portland Trail Blazers zadebiutował Carmelo Anthony, który po powrocie do NBA gra z numerem 00 na koszulce. Nie był to jednak debiut zbyt udany, choć trudno było oczekiwać fajerwerków w stosunku do występu gracza, który ponad rok w NBA nie grał. Anthony zdobył więc 10 punktów, lecz spudłował 10 z 14 rzutów, a Blazers ulegli 104-115 w Nowym Orleanie. Melo w zasadzie bez przygotowania został rzucony na głęboką wodę i wyszedł nawet w podstawowym składzie. Blazers musieli sobie w tym meczu radzić bez Damiana Lillarda, który skarży się na problemy z plecami.
  • Dopiero trzecie zwycięstwo w trwającym sezonie zapisali sobie na konto Golden State Warriors, którzy pokonali we wtorkowy wieczór drużynę Memphis Grizzlies. Najlepszym strzelcem Wojowników był Alec Burks, który zdobył 29 oczek. Mimo tego GSW pozostają najgorszym zespołem w lidze z bilansem 3-12. Nikt inny nie ma bowiem aż tylu porażek (drudzy najgorsi są Washington Wizards z konferencji wschodniej z bilansem 3-8 – tylko te dwa zespoły zdołały na razie wygrać tak mało spotkań w trwających rozgrywkach).
  • Trwa dobry okres Sacramento Kings, którzy w nocy uporali się z Phoenix Suns i zrewanżowali się tym samym za porażkę na otwarcie sezonu. Królowie wygrali już po raz szósty w ostatnich ośmiu meczach, a ta dobra gra przychodzi mimo nieobecności kontuzjowanego lidera zespołu DeAarona Foxa, który z powodu skręcenia kostki nadal musi odpoczywać. Pod jego nieobecność świetnie spisuje się m.in. Bogdan Bogdanovic, który we wtorek trafił aż siedem razy za trzy i zapisał na konto 31 oczek, co jest najlepszym wynikiem w jego karierze.