auf Wiedersehen

Niemcy przed rozpoczęciem spotkania mieli za sobą statystyki. Do tej pory wygrali wszystkie pięć spotkań z azjatyckimi ekipami na mistrzostwach świata notując przy tym bilans 19-3. Podopieczni Joachima Loewa potrzebowali wygranej, jednak mieliśmy bardzo możliwy scenariusz, który przy zwycięstwie Niemców 1:0 oraz triumfie Szwecji 1:0 odsyłał nas w stronę regulaminu.

Zgodnie z artykułem 32.5 FIFA może zdarzyć się tak, że dwie lub więcej drużyn zdobyło tyle samo bramek. Wówczas tworzy się tzw. „małą tabelę”, w której bierze się pod uwagę jedynie wyniki pomiędzy zainteresowanymi drużynami. Na początku decydują punkty, następnie różnica bramek, a potem liczba goli strzelonych.

W związku z tym zapowiadało nam się bardzo ciekawe popołudnie. Pierwsza połowa pojedynku Niemców z Koreą nie była widowiskiem, które zapierało dech w piersiach. Piłkarze Loewa mieli przewagę w posiadaniu piłki, ale niewiele z tego wynikało. Koreańczycy groźnie kontrowali, ale do przerwy nic się nie zmieniło. Po zmianie stron było o wiele ciekawiej, boiskowe wydarzenia determinował wynik równolegle rozgrywanego spotkania pomiędzy Szwecją i Meksykiem. Mistrzowie Świata musieli ruszyć do ataku. Oblężenie Koreańskiej bramki było coraz mocniejsze, jednak nadal brakowało kropki nad i. Sytuacje marnował między innymi Mats Hummels. Mimo upływającego czasu wszyscy spodziewali się bramki dla Die Mannschaft. Nic z tego, Koreańczycy zdobyli bramkę przy wydatnej pomocy Toniego Kroosa, który przypadkiem obsłużył przeciwnika. Zbawcy z meczu ze Szwecją winić nie można, bo był to czysty przypadek. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale VAR wyprostował całą sytuację. Ten gol był gwoździem do trumny, Niemcy rzucili się do ataku całą drużyną – dosłownie. Manuel Neuer szarżował na skrzydle, ale stracił piłkę, Heung Min-Son otrzymał podanie przez całe boisko i na pełnym gazie dogonił piłkę ustalając wynik rywalizacji na 2:0. Żegnamy Niemców po fazie grupowej .Wydaje mi się, że podobnie jak w przypadku naszej drużyny zawiodło przede wszystkim przygotowanie fizyczne. Niemcy byli wolni, brakowało agresji i polotu – główną sensację mundialu już poznaliśmy.

Manuel Neuer po meczu nie owijał w bawełnę:

Brakowało nam zaangażowania i nawet w przypadku awansu odpadlibyśmy w kolejnej fazie. Brak awansu jest w pełni zasłużony, nie graliśmy dobrze w żadnym z meczów, to nie były Niemcy jakie zna każdy. To co pokazaliśmy było żałosne.

Potop szwedzki silniejszy niż meksykańska fala

Druga rywalizacja stała na wysokim poziomie od samego początku. Pierwszą groźną sytuację w meczu stworzyli sobie Szwedzi, przy wydatnej pomocy arbitra. Ochoa złapał piłkę na liniii, a sędzia Pitana podyktował rzut wolny, z którego Forsberg o mały włos nie zdobył gola. Meksykanie próbowali się odgryzać, ale finezyjny strzał Carlosa Veli minimalnie minął słupek. W pierwszej połowie największe zagrożenie ze strony piłkarzy Trzech Koron płynęło ze stałych fragmentów, ale na przerwę w grupie F wszystkie zespoły schodziły bez zdobytej bramki. Status quo zachowany. Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia. Po kiksie Claessona do piłki dopadł Augustinsson i nie miał problemów z pokonaniem Ochoi. W takim przypadku Niemcy byli poza turniejem, ale jednocześnie Meksykanie balansowali na krawędzi. Jakby tego było mało w 62. minucie Szwedzi otrzymali zasłużony rzut karny, który bez problemów, pewnym strzałem zamienił na gola Granqvist. 2:0 i jedna bramka dla Niemców oznaczała eliminację Meksyku. Dzieła zniszczenia dokonał w 74. minucie Alvarez,który zdobył samobója. Kluczowy wniosek po tym meczu jest taki, że Szwecja bez Ibry to naprawdę mocna drużyna i widać, że walczą jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Druga sprawa dotyczy reprezentacji Meksyku, ponieważ raczej nie da się zagrać na tym turnieju drugiego tak słabego spotkania – tak gwoli pocieszenia. Szwecja kończy grupę na pierwszym miejscu, natomiast Meksyk na drugim. Któż by pomyślał przed rozpoczęciem mistrzostw świata.

Brazylijska samba gra dalej

Po niespodziankach w grupie F nie można było być niczego pewnym w rywalizacji Brazylii z Serbią. Spotkały się dwa mocne zespoły, a stawką pojedynku był awans do dalszej fazy. Canarinhos przede wszystkim mieli nadzieję na przyklepanie pierwszego miejsca, ale musieli uważać, gdyż ekipa Krstajića miała sporo jakości na boisku. Szczególne wrażenie mógł robić środek pola i pojedynki duetów Casemiro&Paulinho vs Matić i Milinković-Savić. Początek meczu to obustronne badanie potencjału, ale geniusz Coutinho otworzył nam tą rywalizację. Dobre zgranie zawodników Barcelony wykorzystał Paulinho, który pokonał Stojkovića. W grze Brazylii przede wszystkim było widać solidność w defensywie. Nawet kontuzja Marcelo nie była w stanie pokrzyżować planów ekipy Tite. Po zmianie stron byliśmy świadkami naporu Serbów. Piłkarze Krstajića rzucili się do brazylijskich gardeł, jednak nie byli w stanie postawić kropki nad i. Mimo wszystko była to największa próba umiejętności defensywnych Kanarków na tym turnieju. Co prawda, Szwajcaria zdobyła gola, jednak nie zagrażała aż tak mocno bramce Alissona. Gwóźdź do serbskiej trumny wbił Thiago Silva, który wykorzystał dogranie Neymara z rzutu rożnego, Do końca meczu wynik nie uległ zmianie, ale trzeba przyznać, że byliśmy świadkami bardzo ciekawej rywalizacji. Ciekawostką z tego meczu może być statystyka dryblingów, ponieważ sam Neymar (9) miał więcej wygranych pojedynków jeden na jeden niż cała reprezentacja Serbii (8). Canarinhos zgodnie z oczekiwaniami wygrali grupę E, a w 1/8 finału ich rywalem będzie nieobliczalna drużyna Meksyku – zapowiada się meczycho przez wielkie M.

Mecz bez kalkulacji

Na ostatnią rywalizację przenosimy się do Niżnego Nowogrodu, gdzie zmierzyły się reprezentację Szwajcarii oraz Kostaryki. Los Ticos do tej pory nie zdobyli gola na mundialu, więc ich celem w meczu o honor było trafienie do siatki i wywalczenie jakiegokolwiek punktu. Szwajcaria przystępowała do tej rywalizacji spokojna, mogła pożegnać się z mundialem tylko w przypadku wygranej Serbii oraz własnej porażki. Podopieczni Vladimira Petkovića wykorzystali błąd przeciwnika w wyprowadzeniu piłki i w 31. minucie wyszli na prowadzenie po golu Dzemailiego. Na odpowiedź Kostaryki trzeba było czekać do drugiej połowy. Po dobrym dośrodkowaniu Campbella do siatki z rzutu rożnego trafił Waston. Trzeba przyznać, że nie był to nudny mecz, a emocji nie brakowało do samego końca. W 88. minucie do siatki trafił Josip Drmić, ale nawet to nie załamało Los Ticos. Kostaryka odpowiedziała w doliczonym czasie gry. Rzut karny Bryana Ruiza odbił się od poprzeczki, ale z pomocą przyszedł Sommer, który plecami wrzucił sobie futbolówkę do siatki. W ten sposób kończymy zmagania w grupie E. Brazylia i Szwajcaria grają dalej, a Serbia i Kostaryka wracają do domu. Podopieczni Petkovića zmierzą się w 1/8 finału ze Szwecją.