fot. Michał “Piwo” Piwowarski/Facebook

– Jestem przyzwyczajony do tego, by dążyć do wygranej, w jak najbardziej widowiskowy sposób, a jeśli ktoś uważa, że będę faworytem, czy underdogiem w danym starciu, to niech tak uważa – mówi serwisowi Zagranie.com Michał Piwowarski, który wystąpi już na najbliższej gali FEN 34.

Kamil Piłaszewicz: Już za kilka dni odbędzie się gala FEN 34, więc jakbyś podsumował okres przygotowawczy?

Michał Piwowarski: Jest bardzo dobrze, wszystko idzie po mojej myśli. Schodzę z obciążeń i czekam na walkę. W sumie chciałbym ją już stoczyć, bo w ostatnim czasie co rusz miałem jakieś przygotowania, walki i  wypatruję odpoczynku, który przyjdzie po FEN-ie.

Właśnie w jaki sposób odpoczywa Michał Piwowarski przed występami na galach?

– Tak, że zamiast dwóch jednostek treningowych robię jedną. Ciężko mi tak nie przychodzić, nic nie robić. Poza tym dużo czasu spędzam z dziećmi. Jak są obozy przygotowawcze, to dużo czasu mi wtedy ucieka, a jednak głowa też musi czasem odpocząć.

Jesteśmy w momencie, kiedy zaczynają już docierać do Ciebie emocje związane z samym wydarzeniem?

– Czy ja wiem… Wiadomo, że emocje przed walką zawsze jakieś są, bo kibice oczekują jak najlepszego występu; a im wyżej się jest, tym fani oczekują bardziej spektakularnych wyników. Natomiast dobrze czuję się przed kamerami. Może nie taki lęk, ale niepokój związany z tym, że się wyjdzie do klatki i nie wiadomo, jak się skończy, zawsze jest, ale jest to raczej uczucie pozytywnie napędzające do działania.

Odnośnie gali FEN 34, to jest to wydarzenie dokładnie to, na którym chciałeś wystąpić?

– Zgadza się. Zaczynałem na mniejszych galach, głównie w Szczecinie. Później udało się wziąć udział w dwóch walkach na Babilonie, a teraz jest FEN. Także jestem bardzo zadowolony, bo realizuję się w tym, co od zawsze chciałem robić. Chciałbym kiedyś zawalczyć na KSW, ale żeby to się stało, to muszę pokonać jeszcze długą drogę. Jeśli, by się udało odnieść kilka triumfów na najbliższych walkach na FEN-ie, to na pewno zacząłbym drążyć temat kontraktu z KSW. Jednak na ten moment potwierdzam, że walczenie dla Fight Exclusive Night jest spełnieniem marzeń.

Też jesteś zdania, że idealnym terminem stoczenia walki jest późna wiosna, wczesne lato, by najcieplejszy okres w roku poświęcić na odpoczynek?

– Nie mam zdania na ten temat, bo jakoś nie przywiązuję uwagi do takich szczegółów. Jeżeli jest na horyzoncie jakiś pojedynek, to go biorę i tyle. Jeśli jest okazja rywalizować w formule MMA, to okej, a jeśli w zawodach grapplingowych, to też super. Patrzę na to, w jakiej formule jest walka i z kim, a nie o jakiej porze.

fot. Michał “Piwo” Piwowarski/Facebook

Wracając do tematów związanych z galą, to Twoim rywalem będzie Kacper Miklasz. Co możesz o nim powiedzieć?

– Młody, gniewny, trochę furiat w pozytywnym znaczeniu. W tej walce na pewno to ja mam więcej do stracenia. Umówmy się, że jeśli zwyciężę, to większość, jak nie wszyscy powiedzą, że tak miało być. Natomiast jeżeli bym przegrał, to od razu będę srogo krytykowany. Z danych na papierze wynika, że jestem dużo lepszy, ale to jest walka MMA, więc nigdy nie można nikogo lekceważyć. Jak mówię, to jest starcie z cyklu tych, za którymi za bardzo nie przepadam, ale federacja chciała zestawić bardziej doświadczonego z młodym, więc ją robimy. Kacper dostał dużą szansę pokazania się, ale udowodnię, że nie znalazłem się bez przyczyny w tym miejscu, w którym jestem. Jeśli mógłbym coś chcieć w przyszłości, to chciałbym dostawać rywali o podobnym doświadczeniu.

Kacper nie ma bogatego rekordu w profesjonalnym MMA, więc podejmowałeś się wraz z trenerami tematu analizowania jego poprzedniego starcia?

– Tak, mamy przygotowaną analizę. Sądzimy, że jego ruchy są w miarę czytelne. W MMA ma jeden pojedynek, ale też się bił wcześniej, więc nie można mu czegoś ujmować. Na pewno jest stójkowiczem. Jeżeli miałbym oceniać jego zapasy i umiejętności parterowe, to myślę, że niebieski, czy purpurowy pas najlepiej by je opisywał.

Z racji, iż masz większe doświadczenie, w oczach większości kibiców jesteś faworytem. Jak podoba Ci się ta rola?

– Również nie przykładam do tego jakiejś wielkiej wagi. Jeśli już, to lepiej mi się walczy wtedy, kiedy jestem underdogiem, bo wolę, by mało osób pokładało nadzieje i wtedy zaskoczyć. Być może nie za bardzo umiem się tak bukmachersko bawić swoimi pojedynkami, ale wolę skupić się na efektach. Jestem przyzwyczajony do tego, by dążyć do wygranej, w jak najbardziej widowiskowy sposób, a jeśli ktoś uważa, że będę faworytem, czy underdogiem w danym starciu, to niech tak uważa. Dla mnie nie ma znaczenia, czy rywal nazywa się Miklasz, czy jakoś inaczej. Po prostu muszę wyjść, pokazać się z jak najlepszej strony i tyle.

Zgodzisz się z opiniami komentujących i kursami bukmacherskimi, że jeśli ktoś chciałby kreślić czyjeś nazwisko na kuponie, to powinien w ciemno zaznaczać Twoje?

– Hah! (śmiech) Jakbym obstawiał swoje walki, to też bym siebie zaznaczał na kuponie! (śmiech) Natomiast tak poważniej, mówiąc, to patrząc na moje najbliższe zestawienie, to na dziesięć walk powinienem wygrać dziewięć, ale zawsze trzeba założyć jakieś ryzyko porażki. Też nie chcę ujmować czegoś Kacprowi, bo nie wiem, jaki progres zrobił przez ostatni czas. Nie lubię być zawodnikiem z typu tych, którzy się napinają w Internecie i mówią różne bzdurne rzeczy. Wolę, kiedy to umiejętności decydują o czyimś zwycięstwie. W teorii to moje zwycięstwo wydaje się pewniejsze, ale też nie przesadzajmy. Może jestem starszy od Kacpra, ale obaj jesteśmy sportowcami z krwi i kości i nie ma co na siłę budować jakichś napięć. Szanuję go i chcę z nim walczyć, a jak ktoś chce obstawiać moje nazwisko, to co ja Ci mam powiedzieć…? (śmiech) Spodziewam się, że mój pojedynek nie wyjdzie za pierwszą rundę.

fot. Michał “Piwo” Piwowarski/Facebook

Być może jeszcze jakiś konkretny rodzaj skończenia pojedynku? Nie, żebym Cię pytał o game plan… (śmiech)

– Może przez poddanie! (śmiech) W sumie tego rodzaju skończeń walk mam najwięcej, więc może to warto obstawiać. Na miejscu hazardzisty postawiłbym na poddanie, a czy to będzie noga, ręka, czy duszenie, to już wiesz… Jak ktoś lubi tak się bawić, to niech sobie przypuszcza, ale ja skupiam się na tym, że to jest walka MMA i tu naprawdę wszystko się może zdarzyć.

Starciem na FEN 34 będziesz debiutował w tej organizacji, więc jak doszło do tego, że zamieniłeś Babilon na federację, na której czele stoi Paweł Jóźwiak?

– Mój menedżer zajmuje się wszelkimi kwestiami już stricte związanymi z kontraktami. Z tego, co wiem, to osoby decyzyjne z FEN-u zgłosiły się do niego i powiedzieli, że może nie tyle jest potrzeba na moje nazwisko na ich karcie, ile że bardzo chętnie, by mnie zobaczyli u siebie. Sądzę, że takich propozycji się po prostu nie odrzuca, bo Fight Exclusive Night jest nad Babilonem. Też fajne jest to, że obecna umowa nie jest jakaś ściśle wiążąca. Dzięki temu pozwala pozostawać wolniejszym zawodnikiem i podejmować się walk w różnych federacji.

Dlaczego to właśnie z nimi zdecydowałeś się podpisać kontrakt?

– Dlatego, że można bardzo dobrze się wypromować u nich, jeżeli ma się walki na wysokim poziomie. Sądzę, że najlepiej o FEN-ie świadczy to, że jeżeli u nich się pokażesz z jak najlepszej strony, to są tzw. trampoliną, z której możesz wysoko się wybić. Poza tym fajnie jest podpisać kontrakt z drugą federacją MMA w Polsce. Jeżeli chodzi o wygląd gal, to sądzę, że FEN jest nawet na równi z KSW.

Jeśli mielibyśmy tak rzeczowo potraktować podpisaną umowę, to walki dla FEN-u są przedsionkiem w Twoim przypadku do KSW, UFC, czy jeszcze z innej strony powinniśmy spojrzeć?

– Jestem skromny, więc przyznam, że nie myślę nawet o UFC i tym podobnych federacjach. Najbardziej chciałbym zawalczyć na KSW, ale wiadomo, że szczęściu i umiejętnościom też czasem pomagają różne składowe. Doskonałym tego przykładem jest Samociuk, który akurat dostał propozycję, wygrał, dostanie kolejne szanse, a w takich naturalnych okolicznościach, to wątpię, by bił się w KSW. Dlatego uważam, że naprawdę wszystko jest możliwe, jeżeli tylko się w to wierzy i robi swoje.

fot. Michał “Piwo” Piwowarski/Facebook

I na koniec odnieśmy się jeszcze do tego, że w końcu będą kibice na trybunach. Jak odbierasz komunikat federacji?

– Fajnie, na pewno w końcu będzie atmosfera. Natomiast z mojej perspektywy nie ma to jakiegoś wielkiego znaczenie. To nie tak, że nie doceniam tych ludzi, którzy przychodzą na gale, ale skupiam się wyłącznie na robocie do wykonania. Jeżeli są kibice, to okay, ale jeśli nie ma, to też nie mam problemu z dostosowaniem się do innych warunków. Trzeba się bić i tyle.

Też sądzisz, że już od teraz będziemy wracać do czasów sprzed pandemii, jeśli chodzi o wypełnianie hal na wydarzenia sportowe np. takie, jak gale FEN-u?

– Myślę, że tak. Sądzę, że widać już, że wszystko zaczyna się powoli normalizować.

Skoro zawalczysz pod koniec maja, to ile razy jeszcze w tym roku chciałbyś wystąpić?

– Raz albo dwa, bo też chciałbym trochę odpocząć. Przede wszystkim teraz po FEN 34 chciałbym złapać trochę oddechu, bo chciałbym w końcu poświęcić czas rodzinie. Jak się przygotowuję, to mnóstwo czasu ucieka, który byłby poświęcany dzieciakom. Widzę, że czasami sport ogranicza mi kontakt z najbliższymi do absolutnego minimum. Oczywiste jest, że walczę również dla nich, ale czasami też trzeba odpocząć, by nie sfiksować.

Zaloguj się aby dodawać komentarze