Debata o tym, kto jest lepszym koszykarzem – LeBron James czy Michael Jordan – trwa w najlepsze i jest powodem wielu kontrowersji. MJ karierę zakończył już dawno temu, ale LeBron wciąż gra, a bijąc kolejne rekordy Jordana z pewnością będzie dokładał argumentów swoim zwolennikom. W piątek przeskoczył legendę Chicago Bulls na liście graczy z największą liczbą trafionych rzutów w historii NBA.

To był bardzo dobry mecz Los Angeles Lakers, którzy stoczyli kolejny już w tym sezonie bój z Dallas Mavericks i po raz drugi wygrali w Teksasie. Sfrustrowany był Luka Doncić, z parkietu wyrzucony został trener Rick Carlisle, a w dobrych humorach byli tylko i wyłącznie koszykarze Lakers. Pod nieobecność Anthony’ego Davisa drugie skrzypce do LeBrona Jamesa zagrał Kyle Kuzma (26 punktów), choć to oczywiście LBJ odegrał w piątek rolę pierwszoplanową i zaliczył swój pierwszy w karierze występ na 35 punktów oraz 15 zbiórek w meczu sezonu regularnego (LBJ ma bowiem sześć takich spotkań w fazie play-off). Dzięki trafieniu w trzeciej kwarcie wyprzedził także Michaela Jordana na liście zawodników z największą ilością trafień:

  1. Kareem Abdul-Jabbar — 15,837
  2. Karl Malone — 13,528
  3. Wilt Chamberlain — 12,681
  4. LeBron James — 12,197
  5. Michael Jordan — 12,192

Ale sam LeBron nie zamierza popadać w samozachwyt – wręcz przeciwnie, po meczu bardzo mocno podkreślał jak wielki to zaszczyt być w zestawieniu z tak wielkimi graczami i legendami NBA. Przypomniał także, że jego kariera jest niemal jak maraton oraz dodał, że on sam nie zamierza mówić o osiągnięciach swojej kariery, gdyż jest to coś, co będzie mówiło samo za siebie. Warto dodać, że w tej chwili LeBron ma już nie tylko więcej punktów na koncie niż Jordan, ale także trafień. Dodatkowo jego Lakers są w tej chwili numerem jeden w konferencji zachodniej, legitymując się najlepszym na Zachodzie bilansem 31 zwycięstw oraz siedmiu tylko porażek. W sobotnim starciu z Oklaoma City Thunder kolejna okazja dla 35-latka, by osiągnąć kamień milowy: brakuje mu tylko trzech asyst, by przeskoczyć Isiaha Thomasa na ósme miejsce na liście najlepszych podających w historii ligi.

Pozostałe informacje z piątkowej nocy w NBA:

  • Trwa dobry okres Washington Wizards, którzy nawet bez kontuzjowanego Bradleya Beala potrafią ostatnio wygrywać mecze – w piątek pokonali u siebie Atlanta Hawks, a 29 punktów miał Jordan McRae.
  • Serię siedmiu kolejnych porażek przerwali zawodnicy Brooklyn Nets, którzy dość zaskakująco ograli koszykarzy Miami Heat i to pomimo 33-punktowego występu Jimmy’ego Butlera. Dla drużyny z Brooklynu aż sześciu zawodników zdobyło dziesięć lub więcej oczek, a przodował oczywiście Spencer Dinwiddie, który prócz 26 punktów miał na koncie także czternaście asyst.
  • Memphis Grizzlies w bardzo ważnym dla siebie pojedynku ograli San Antonio Spurs i wskoczyli na miejsce teksańskiego klubu w tabeli konferencji zachodniej. Są teraz na ósmym miejscu na Zachodzie, a do tego mogą ekscytować się znakomitym występem pierwszoroczniaka Ja Moranta: 22 punkty oraz czternaście asyst.
  • Czy jest w tej chwili w lidze zespół w lepszej formie niż Utah Jazz? Zespół z Salt Lake City właśnie wygrał ósmy mecz z rzędu (jest to najdłuższa seria w NBA), a z ostatnich 14 pojedynków aż 13 razy wychodził zwycięsko. Jazzmani jeszcze nie przegrali odkąd Jordan Clarkson dołączył do ich drużyny. W piątek bez większych problemów ograli Charlotte Hornets, a wspomniany Clarkson był najlepszym strzelcem Jazz, zdobywając 20 oczek z ławki.
  • Dobre wiadomości dla New Orleans Pelicans: coraz bliżej powrotu jest Zion Williamson, a w piątek przed meczem Pels w Nowym Jorku ukazało się wideo, na którym widać podniebne akrobacje jedynki ubiegłorocznego draftu. Kilka godzin później Pelikany ograły Knicks, a 28 punktów zaliczył Brandon Ingram.