Był to wymarzony debiut, jak to określił po meczu Zion Williamson, choć zabrakło jednego: zwycięstwa. Mimo wszystko fani New Orleans Pelicans z pewnością zapamiętają ten dzień na długo, bo wreszcie mogli zobaczyć w akcji zawodnika, który ma odmienić oblicze ich klubu. I już pierwszy mecz jest tego potwierdzeniem, bo Zion w czwartej kwarcie po prostu przejął to spotkanie i sam zdobył 17 kolejnych punktów swojego zespołu. Na więcej nie pozwolił limit minut…

Z reguły zainteresowanie meczami w Nowym Orleanie nie jest przesadnie duże. Klub wydaje około 30 akredytacji na zwykłe spotkanie w tygodniu. Ale środowy pojedynek między New Orleans Pelicans a San Antonio Spurs zwykły nie był – toteż po akredytację sięgnęło ponad stu dziennikarzy z całego świata, którzy podobnie jak kibice tłumnie zjawili się w Luizjanie, aby zobaczyć debiut Ziona Williamsona w NBA. Debiut długo wyczekiwany i przez kontuzję kolana mocno odłożony w czasie, a na koniec także nieco skrócony, bo numer jeden poprzedniego draftu ze względu na limit minut spędził na parkiecie nieco ponad kwadrans. Wystarczyło jednak, aby pokazać się całemu światu z bardzo dobrej strony. Zaczęło się przeciętnie, było kilka strat i błędów, ale w czwartej kwarcie zobaczyliśmy co tak naprawdę potrafi Zion. Cztery razy trafiał za trzy, świetnie dostawał się pod kosz i zdobywał punkt za punktem. W ciągu kilku minut sam stanowił o ataku Pelicans i niemal odrobił 12-punktowe straty do Spurs.

W tym czasie zdobył 17 ze swoich 22 punktów, ale na więcej nie pozwolił trener oraz sztab medyczny – a szkoda, bo Williamson mógłby jeszcze bardziej pomóc Pelikanom wygrać ten mecz. Dali o tym znać także kibice w hali, którzy najpierw wybuczeli decyzję swojego zespołu, a potem skandowali jeszcze imię Williamsona, próbując wpłynąć w ten sposób na trenera Alvina Gentry’ego. Nie udało się. Gospodarze ostatecznie po zaciętej końcówce nieznacznie ulegli drużynie Spurs, lecz po meczu najwięcej uwagi i tak zebrał debiutant. 19-latek przyznał, że było to dla niego spełnienie marzenie, choć oczywiście zabrakło rzeczy bardzo ważnej: zwycięstwa Pelicans. Nie było też żadnego elektryzującego wsadu, jednak młody skrzydłowy tak czy siak zrobił niemałe show. Mimo tego pewne jest, że Zion jeszcze nieraz poprowadzi ekipę z Nowego Orleanu do wygranej. To dopiero początek, ale takim występem Williamson potwierdził, że może być w NBA kimś naprawdę wielkim.

Najciekawsze informacje z środy w NBA:

  • Nareszcie mogą odetchnąć nieco koszykarze oraz kibice Houston Rockets. Drużyna z Teksasu przerwała w środę serię czterech kolejnych porażek, wygrywając u siebie w pewnym stylu z osłabioną kontuzjami drużyną Denver Nuggets (koniec końców nie zagrali m.in. Jamal Murray i Gary Harris, a w ostatniej chwili wypadł także Michael Porter Jr). Najlepszym strzelcem gospodarzy był Russell Westbrook (28 punktów, 16 zbiórek), a o jedno oczko mniej zanotował James Harden.
  • Chwila oddechu także dla Boston Celtics – w środę łatwo ograli u siebie Memphis Grizzlies i to już drugie z rzędu bardzo wysokie zwycięstwo bostońskiej drużyny. Kolejny bardzo dobry mecz rozegrał Jayson Tatum (23 punkty), a ogółem aż sześciu graczy Celtics zdobyło w tym meczu dziesięć lub więcej oczek.
  • Niespodzianka w Atlancie! Los Angeles Clippers przegrali z jedną z najsłabszych drużyn w lidze, trwoniąc kilkanaście punktów przewagi nad Hawks. Usprawiedliwieniem nie może być absencja Kawhi Leonarda oraz Paula George’a, bo przecież pozostali gracze LAC powinni w tego typu meczach pokazywać swoją wartość – tym bardziej, że w barwach Hawks nie zagrał Trae Young. 33 punkty oraz 16 zbiórek zanotował dla gospodarzy John Collins.
  • Przegraną Clippers bardzo dobrze wykorzystali Utah Jazz, którzy łatwo poradzili sobie z drużyną Golden State Warriors. Tym samym Jazzmani wskoczyli na drugie miejsce w konferencji zachodniej, a równie dobrą wiadomością dla nich była także porażka Nuggets. 23 punkty dla Jazz w zaledwie 22 minuty zdobył Donovan Mitchell, a 22 oczka oraz 15 zbiórek zaliczył Rudy Gobert.
  • Toronto Raptors przerwali serię czterech kolejnych zwycięstw ekipy 76ers i sami wygrali w środę piąty już z rzędu mecz. Tym razem najlepszym strzelcem zespołu był Fred VanVleet (22 oczka), a łącznie sześciu graczy kanadyjskiego zespołu zdobyło w starciu 76ers co najmniej 16 punktów.
  • Spore emocje na Florydzie, gdzie Miami Heat wygrali już 20. w tym sezonie mecz (na 21 rozegranych), pokonując po dogrywce Washington Wizards. Na nic zdały się więc 38 punkty Bradleya Beala.