Polska pokonała Czarnogórę 4:2 i dostała bilet na mundial. Podopieczni Adama Nawałki po raz kolejny udowodnili, że Stadion Narodowy jest dla nich prawdziwą fortecą. W dzisiejszym meczu rozpoczęliśmy z wysokiego C, ale po zmianie stron przeszliśmy drogę z nieba do piekła i z powrotem. Cała trasę przebyliśmy od 78 do 88 minuty, prawdziwy rollercoaster, który zakończył się happy endem.

W całym kraju wyczuwalna była dzisiaj atmosfera wielkiego święta. Po raz kolejny mieliśmy przed sobą bardzo ważne spotkanie, ale nie pozwoliliśmy się pokonać presji. Już w pierwszych minutach wysokim pressingiem osiągnęliśmy przewagę, której efektem była bramka Krzysztofa Mączyńskiego. Cała akcja rozpoczęła się właśnie od piłkarza Legii, który zrobił różnicę w środku pola i dograł do Lewandowskiego. Snajper Bayernu bardzo dobrze rozprowadził akcję do włączającego się Łukasza Piszczka. Cała sytuacja przypominała bramkę zdobytą przeciwko Armenii. Defensor BVB wycofał do Zielińskiego, a ten skiksował, ale o tyle szczęśliwie, że piłka trafiła pod nogi Mąki, a ten nie miał żadnych problemów z pokonaniem bramkarza. Cały stadion eksplodował. Dziesięć minut później było już dwa do zera. Po kolejnej składnej, tym razem bez żadnego przypadku podwyższyliśmy prowadzenie. Akcja w stylu futsalowym Zieliński zagrał na ścianę do Lewandowskiego, ten oddał do Grosickiego.

Druga połowa rozpoczęła się od wyższego pressingu rywala, a Polacy wyglądali na zrelaksowanych. Mam wrażenie, ze nieco zlekceważyli przeciwnika i krótko mówiąc nie wyszli z szatni. Do 78 minuty nic się nie zmieniało, ale po fantastycznej bramce Mugosy, który strzelił przewrotką, na Stadionie Narodowym zawrzało. Po pięciu minutach Czarnogórcy wyrównali, a na trybunach panowała atmosfera niedowierzania. Nikt nie wierzył w to co się dzieje. Piłkarze Adama Nawałki wyglądali na zagubionych i to mogło się skończyć fatalnie. Po chwili nie kto inny jak nasz kapitan, dał nam prowadzenie. Lewnandowski zaryzykował swoją karierę. Poszedł na przebitkę z bramkarzem, który teoretycznie wyjechał na wślizgu z podkulonymi nogami. Siła polskiego snajpera przeważyła. Wszystko w tej kadrze zaczyna się i kończy na Robercie. Dzięki temu trafieniu wyprzedził Cristiano Ronaldo w klasyfikacji najlepszych strzelców, ale Portugalczykowi pozostało do rozegrania jedno spotkanie. Cichym bohaterem tej rywalizacji można wybrać Krzysztofa Mączyńskiego, który wrócił do łask trenera i otrzymał miejsce w pierwszym składzie za Linetty’ego. Popularny Mąka zdobył bramkę, a do tego dołożył bardzo solidny występ. Praktycznie nie tracił piłek, grał pewnie i przekonywując. W końcu nie przypominał gracza z Legii. Tutaj rodzi się bardzo ciekawe pytanie, dlaczego w barwach stołecznego klubu gra tak przeciętnie, a w kadrze ma to coś. Pierwszy z brzegu wniosek jest taki, że w drużynie narodowej gra z dużo lepszymi piłkarzami, ale i tak uważam, że pewien stały poziom zawsze powinien prezentować.

Podsumowując całe eliminacje trzeba przyznać, że byliśmy najlepszym zespołem w naszej grupie. Po meczu z Danią zasiała się lekka nutka niepokoju, ale pokazaliśmy dobrą reakcję. Zaczęliśmy słabo na fali euforii z Euro. Remis z Kazachstanem sprowadził wszystkich na ziemię. Po każdym gorszym wyniku odbijaliśmy się dwa razy mocniej. Ciężko przewidzieć, co może być szczytem naszych możliwości na mundialu, ale wiele będzie zależeć od losowania. Pewne jest, że nie ma co się nastawiać na medal, ale ćwierćfinał byłby spełnieniem marzeń. W każdym bądź razie teraz możemy świętować i cieszyć się z awansu. Ostatni raz ta sztuka udała nam się w 2002 i 2006 roku. W RPA mieliśmy przerwę, ale teraz wracamy do świata wielkiej piłki. Niech ta drużyna dalej się rozwija, a może nam przynieść więcej uśmiechu niż na Euro. Trzeba brać garściami z okresu, w którym mamy Roberta Lewandowskiego na pokładzie. Takiego gracza nie było bardzo dawno i mam wrażenie, że nie będzie przez długi czas. Dopóki gra, mamy szansę konkurować z największymi krajami świata. Chwilo, trwaj!