Gdy w 2014 roku Jan Błachowicz podpisywał kontrakt z najlepszą organizacją MMA na świecie wszyscy fani cieszyli się. W końcu jakiś zawodnik urwał się z kontraktu z KSW i spróbuje podbić UFC. Umowa na tamten czas była zaskoczeniem, ponieważ „Cieszyński Książę” potrzebował operacji rekonstrukcji więzadła krzyżowego. Jednocześnie wiedział, że gdy marzenia pukają do drzwi, musi je otworzyć i kroczyć pewnym krokiem.

Wspomniana kontuzja opóźniła w czasie debiut polskiego półciężkiego dla organizacji Dana White’a. Przerwa między ostatnią walką dla KSW a pierwszą dla UFC wyniosła półtora roku. Fani polskiego MMA pamiętają jak w przeszłości Mamed Chalidow prosił na wizji o możliwość podboju amerykańskiego rynku. Jednak negocjacje zniechęciły Czeczena do przenosin i wolał zostać w federacji, która go stworzyła. Jest to podejście które trzeba szanować. Aczkolwiek jako kibic jestem wielce rozczarowany, że nigdy nie poznaliśmy prawdziwego potencjału sportowca trenującego w Olsztynie. Nie podjął ryzyka, bo tak można nazwać wtedy decyzje przenosin do większej organizacji. Na początek nie miałby większych pieniędzy niż w Polsce. Jego nazwisko nie było tak znane za oceanem, a obecni sponsorzy także nie byli przekonani do potencjalnego podboju amerykańskiego rynku. Martin Lewandowski i Maciej Kawulski mogą mówić, że starają się zapewnić jak najlepszych rywali dla Mameda Chalidowa. Jednak nie są w stanie sprowadzić dla niego „niedostępnych” zawodników z TOP5 czy nawet TOP10. Wielki talent, jakim niewątpliwie dysponuje Czeczen, nigdy nie zostanie prawdziwie przetestowany. Jan Błachowicz miał inne podejście. Jego przygoda ze sportami walkami to chęć bycia numerem jeden i spełniania swoich marzeń sportowych. Był w stanie przyjąć mniej atrakcyjną ofertę finansową, żeby czuć się spełnionym w życiu. Warto zaznaczyć, że dzisiaj pensja Polaka jest już większa niż w czasie jego początków w UFC. Zatem odwołując się do „naszego” Czeczena, gdyby prezentował styl walki w USA taki jak w Polsce, ekonomicznie z pewnością by nie stracił.

View this post on Instagram

A post shared by Jan Blachowicz (@janblachowicz) on

Wracając do kariery Jana Błachowicza w UFC, trzeba przyznać, że zaczęła się bardzo obiecująco. Walcząc na terenie rywala kopnięcie na wątrobę przeciwnika dało mu zwycięstwo nad Ilirem Latifim. Warto zaznaczyć, że Szwed aktualnie jest w rankingu na 10. pozycji. „Cieszyński Książę” rozbudził apetyty polskich kibiców niemiłosiernie. Nie bojąc się wyzwań, chciał coraz lepszych przeciwników. Sama organizacja musiała widzieć potencjał w bohaterze artykułu, ponieważ oferowane pojedynki to były prawdziwe wyzwania. Niestety, dwie następne walki to porażki. Najpierw w Polsce z Jimi Manuwą, a potem na amerykańskiej ziemi z Corey Andersonem. Jednak każdy, kto wie, na co stać zawodnika reprezentującego S4 Fight Club ma świadomość, że to nie były występy, jakich oczekiwałby sam zainteresowany. Jego dyspozycja mogła być lepsza. Kiedy wielu ekspertów już skreślało Janka mówiąc, że to dla niego za wysokie progi, sam był świadom, że cały czas stać go na więcej. Trzeba przyznać, że w tych dwóch pojedynkach wyglądał jak cień samego siebie, nie potrafił uruchomić się i pójść do przodu ze swoim arsenałem. Najprawdopodobniej była to kwestia psychiki. Nowa sytuacja, gdzie tak naprawdę wygrana stawiałaby naszego rodaka w prostej drodze po bycie pretendentem do pasa. Prezentowany styl był zbyt pasywny. Jimi Manuwa, który aktualnie jest blisko walki o pas na swojej drodze w wygranych pojedynkach, niszczył wszystkich rywali, niejednokrotnie nokautując ich w sposób brutalny. Na swoim koncie ma zapisaną tylko jedną decyzję jako sposób skończenia. To był właśnie bój z Janem Błachowiczem.

Na następny pojedynek dostał najłatwiejszy test z dotychczasowych. Miała to być walka na odbudowanie, po rywalizacji z przeciwnikami notowanymi w rankingu. Polak wyglądał znowu jak przed laty – bardzo dobrze. Można było zauważyć parę mankamentów, jednak wydaje się, że sam pobyt w klatce znowu sprawiał wielką radość polskiemu półciężkiemu. Czując się pewnie na macie, dopisał wygraną na swoje konto. Po raz ostatni był w oktagonie we wrześniu. Trzeci raz opuszczał pole walki pod banderą UFC w roli przegranego. Tym razem w zupełnie innym nastroju. Przeciwnikiem był Alexander Gustafsson.  Szwed ma już nazwisko w sportach walki, będąc najbliżej detronizacji jednego z najlepszych walczących w historii, Jona Jonesa. Sam występ można ocenić na plus. W stójce Jan Błachowicz nawet stwarzał sobie przewagę, jednak doświadczenie i zapasy „Maulera” wzięły górę.

https://www.youtube.com/watch?v=fsJ3r5Cg-MI

Aktualnie były mistrz KSW legitymuje się w UFC bilansem 2-3. Nie wygląda najlepiej, jednak gdy się temu bliżej przyjrzeć, nie ma powodów do wstydu. Porażki były ponoszone z zawodnikami, którzy aktualnie plasują się w rankingach na 2., 4. i 7. miejscu. Nie licząc naszych dwóch dziewczyn, Joanny Jędrzejczyk oraz Karoliny Kowalkiewicz, nikt z Polski nie miał nigdy okazji mierzyć się z taką czołówką światowego MMA. Przy dwóch porażkach Janek Błachowicz nie pokazał swojego pełnego potencjału, a w walce z Gustafssonem nie miał powodów do wstydu. Nie można go jeszcze skreślać, jego sen cały czas trwa.

W sobotę „Cieszyński Książę” stanie w oktagonie po raz kolejny. Tym razem przeciwnikiem będzie Patrick Cummins. Amerykanin nie ma najlepszego okresu w karierze bowiem na ostatnie cztery pojedynki zwycięsko wyszedł tylko z jednego. W oficjalnym rankingu UFC obaj są klasyfikowani na 12. pozycji. Będzie to prawdziwy test dla Polaka, ponieważ wyjdzie do klatki z rywalem, który aktualnie znajduje się na podobnym poziomie sportowym. Wydaje się, że presja powinna być duża. Prędzej mógł, teraz można stwierdzić, że musi, chcąc przebić się do TOP10. Jeżeli mu się nie uda, może utknąć w okolicach TOP15 UFC i pozostanie mu po prostu dawać emocjonujące walki dla kibiców. Natomiast zwyciężając, zapuka do najlepszej dziesiątki. Kategoria wagowa do 93 kilogramów jest aktualnie jedną z gorzej obstawionych. W związku z tym uważam, że realne jest przebicie się jeszcze wyżej do najlepszej piątki. Taki prestiż dałby naszemu wojownikowi kolejne marzenia na wyciągnięcie ręki. Jakkolwiek przygoda Polaka się nie skończy, będzie mógł powiedzieć, że próbował i doświadczył walki z czołówką mieszanych sportów walki. Miał swoje marzenie, zrealizował je, teraz może być tylko lepiej.