Autor obrazka wyróżniającego: Wiktor Kęska

– W MMA też zdarzają się kontrowersyjne werdykty. Wydaje mi się, że problem jest ten sam – płatnikiem dla wszystkich stron jest organizator. Szkoda, że i w boksie, i w MMA najbardziej cierpią na tym sportowcy -mówi serwisowi Zagranie.com Hubert Kęska, autor książki „Zrozumieć boks”, która została wybrana drugą Sportową Książką Roku 2019.

Kamil Piłaszewicz: Spotykamy się, by pomówić o książce „Zrozumieć boks”. I zastanawiam się teraz, co czuje, a w zasadzie, jakie myśli pojawiają się u odbiorcy twej lektury, który przeczytał 480 stron od deski do deski i w ostatni weekend widział walkę Artura Szpilki i zapadający werdykt.


Hubert Kęska: W Łomży nie odbyło się nic, co jest obce światowi boksu i czego nie można dowiedzieć się z książki „Zrozumieć boks”. Różnica jest jedynie taka, że tu w zupełnie absurdalnej sytuacji odjęto punkt nacierającemu Ukraińcowi, a w „Zrozumieć boks” o tego typu zachowaniach sędziów opowiadają Polacy, którzy nierzadko padają ich ofiarą. Bo to nie kwestia narodowości, nazwiska, ale określonej roli w boksie danego pięściarza. Radczenko to wysokiej klasy journeyman, który na dobrą sprawę mógłby wygrać i ze Szpilką, i z Głowackim, i z Adamem Balskim. Nie wygrał, ponieważ Głowacki to były mistrz świata, Balski – polska nadzieja, a Szpilka – pięściarz wzbudzający u nas największe emocje. Nie wygrał, ponieważ w każdym przypadku walczono w Polsce. Ktoś może powiedzieć, że także dlatego, iż w boksie to organizator płaci sędziom. To na pewno niezdrowa relacja, ale nie szedłbym aż tak daleko. Radczenko nie wygrał ze Szpilką po prostu dlatego, że w boksie jest tak, że zawsze patrzy się przychylniejszym okiem na mistrza i gospodarza. Ja w tej walce kibicowałem Arturowi, którego prywatnie bardzo lubię. Pojedynek wybitnie mu nie wychodził i w pewnym momencie wydawało mi się, że ratuje go tylko nokaut. Kiedy walka się skończyła, policzyłem na szybko, że skoro Artur jest gospodarzem, to przy dobrych wiatrach może wyjść coś w okolicach remisu. Wydawało mi się przy tym, że Szpilka miał na deskach Radczenkę, a taka sytuacja w ogóle nie miała miejsca! To obrazuje jak łatwo ulec emocjom, co może spotkać wszystkich. Obserwatorów, kibiców, którzy ani myślą punktować runda po rundzie. Ale nawet tych, którzy są w pracy i zdecydowanie powinni trzymać nerwy na wodzy. Przypomniała mi się sytuacja, o której opowiedział mi najlepszy polski sędzia boksu – Leszek Jankowiak. Korsyka. Oceniają sędzia punktowy i ringowy. Pierwszy daje remis, drugi przyznaje zwycięstwo gospodarzowi. No i ten, co dał remis pyta się drugiego: „Jak ty mogłeś dać dla tego gospodarza? Przecież on, kurde, nie był lepszy”. Ringowy zmarszczył czoło, spojrzał się na niego i mówi: „Ty słyszałeś tych kibiców za twoimi plecami?”. „No słyszałem”. „A ja ich widziałem…”.

Według mnie wynik walki Artura to kontrowersyjny, nieco gospodarski werdykt. Ale nie skandal. Skandalem był werdykt w walce Zegan-Grigorian. Niemcy o tym wiedzieli i na czas ogłaszania werdyktu wyłączyli sygnał. W Niemczech, we Włoszech gospodarskie werdykty są na porządku dziennym. Nie mówię tu o walce Zegana, bo to było złodziejstwo, ale pamiętam radość Mariusza Wacha, kiedy okazało się, że pokonał Erkana Tepera. On w życiu się nie spodziewał, że da się wygrać w Niemczech na punkty! Ale oczywiście żadnych emocji, żadnego prawa zwyczajowego nie usprawiedliwia to, że w walce Michała Cieślaka jedna runda trwała dwie, a druga trzy i pół minuty. Że kilku zawodników zostało przed walką otrutych, że Robert Złotkowski trafił rywala mocnym ciosem, a sędzia zdyskwalifikował go za rzekome uderzenie głową, że menadżer Briana Nielsena zaproponował Przemysławowi Salecie premię za przegranie walki, że promotorzy wręczali przyjezdnym po kilkaset dolarów, żeby ci siedzieli cicho. To są prawdziwe patologie trapiące boks, który zdaniem wielu jest bardziej biznesem niż sportem. W walce Szpilki skandalem można nazwać jedynie to, że sędzia być może uratował Artura przed trzecim nokdaunem, nieoczekiwanie przerywając walkę i odejmując punkt Radczence w 9 rundzie. Być może uratował, bo co by było, nie wiemy. Na hali nie słyszałem przeraźliwych gwizdów, dopiero później wszystko się wylało.


Nie chcę, by ta rozmowa miała charakter konfliktu na linii ja – Artur Szpilka, gdzie Ty byś był pośrednikiem między nami; ale z jednej strony słyszę, że osoby ze świata boksu chcą, by ta dyscyplina stała na równi, a może i przed MMA, a tymczasem widz na trybunach, czy przed telewizorem widzi taki pojedynek i werdykt na korzyść reprezentanta Polski.

W MMA też zdarzają się kontrowersyjne werdykty. Pamiętam walkę Pudzianowski-James Thompson, starcie „Jurasa” z Sokoudjou. I wydaje mi się, że problem jest ten sam – płatnikiem dla wszystkich stron jest federacja. Szkoda, że i w przypadku boksu i MMA, najbardziej cierpią na tym wszystkim sportowcy. Zwłaszcza popularni. Szpilka podniósł się dwukrotnie z desek i w końcówce stoczył heroiczny bój. „Juras” wrócił do klatki na wyraźne życzenie kibiców. Mógł wybrać jakiekolwiek rywala, wyjść do odśpiewanego przez 60 tys. widzów „Snu o Warszawie”, zaliczyć piękną wiktorię i opowiadać o tym wnukom. A postanowił spróbować sił z byłym pogromcą swojego szwagra Jana Błachowicza. Kiedy – nie oszukujmy się – nawet gdy Juras był w absolutnym sztosie, był znacznie słabszym zawodnikiem od Janka. „Afrykański morderca” zgotował piekło w klatce najpierw Błachowiczowi, później Jurkowskiemu. „Juras” był bity przez całą drugą rundę, ale wstał, otrzepał się i bardzo wyraźnie wygrał trzecie starcie, prezentując spore umiejętności bokserskie. I co? Kiedy kilka dni później miał z dziewczyną wypadek na motorze, ktoś napisał, że karma wraca. No kurwa…

Apropos MMA, to zastanawiam się, czy w kategorii występu kabaretowego, tudzież satyrycznego jednak „lepszego show” nie dał Israel Adesanya z Yoelem Romero na gali UFC248, które odbyło się w ostatni weekend w T-Mobile Arenie w Las Vegas w stanie Nevada?

Całkowita przeciwwaga do mistrzowskiej walki Joanny Jędrzejczyk. Asia walczyła w tym starciu o wszystko, ponieważ wielu kibiców zaczął irytować jej mocny styl bycia. Pokazała jednak, że jest tak wspaniałym sportowcem, że może w zasadzie powiedzieć wszystko. Tak jak Stephen King, który przed galą Oscarów napisał, że zróżnicowanie rasowe czy kulturowe nominowanych twórców nie jest istotne – powinna się liczyć jedynie jakoś tekstów kultury, które tworzą. Uważam, że jeżeli chodzi o sport, „JJ” tworzy kulturę najwyższych lotów.

Książka zrozumieć boks

Zdjęcie: Wiktor Kęska


Wracając do meritum wywiadu, z opisu twojej książki odbiorca dowiaduje się, że przez ostatnie lata poszukiwałeś prawdy o boksie. Rzeczywiście można o takiej mówić?

Prawda jest zaklęta w całym tym sporcie. Uderzenie drugiego człowieka wymaga wielkiej odwagi, przygotowanie się do walki – niesamowitego poświęcenia, a okiełznanie sukcesu lub porażki niezwykle silnej woli. W boksie w zasadzie nie da się nie przyjąć ciosu, tak jak w życiu. W boksie raz na jakiś czas się upadnie. Czy lepiej zaliczyć nokdaun na sparingu, czy podczas gali? Przecież to jest czysto egzystencjonalne pytanie!


W opisie zawierasz informację, że w twojej książce znajdują się historie ludzi polskiego boksu, więc nie sposób nie zapytać, czym się kierowałeś przy wyborze bohaterów lektury?

Tym, że mistrzowie są zawsze w mniejszości – w boksie i w życiu. Gdybym zdecydował się przedstawić jedynie historie polskich mistrzów świata, Europy, pretendentów do tytułów, książka byłaby stanowić dla czytelników wspaniałą mobilizację, krzepić wiecznie żywą nadzieję, że kiedyś będzie lepiej albo przynajmniej przynieść satysfakcję tym, którzy znajdują ulgę w stwierdzeniu „dawniej to było…”. Ale taki obraz boksu byłby co najwyżej szkicem. Byłby niepełny.

Kibice przychodząc na gale patrzą przede wszystkim na swoich pięściarzy. Widzą, że X zaliczył efektowny debiut, Y zdobył cenne doświadczenie, a Z jest już gotowy na podbój co najmniej europejskich ringów. Tymczasem wypełnienie płótna stanowią pięściarze, których nasi pupile pokonują, na których budują rekordy. Ramę obrazu zaś organizatorzy, promotorzy, trenerzy i sędziowie. Kiedy czytam, że polski talent wygrał ledwo, ledwo z budowlańcem, dał się zaskoczyć bankierowi, radnemu, czy pielęgniarzowi, myślę, że to jedynie szukanie sensacji. Tak przedstawiający sprawę dziennikarze muszą przecież wiedzieć, że ten boksujący glazurnik, górnik, czy monter okien to znacznie prawdziwszy obraz tego sportu niż pięściarz, którzy skupia się wyłącznie na treningu i dostaje od promotora miesięczną pensję.


„Ja się już wypisałem, więc nie ma mowy o powstaniu drugiej części” – mówił Kuba Wojewódzki po napisaniu autobiografii. Podobnie może powiedzieć Hubert Kęska po stworzeniu „Zrozumieć boks”?

Ja się na pewno nie wypisałem, ale dzięki tej książce zamknąłem w życiu pewien rozdział. Tak miałem przy każdej z poprzednich. „Spowiedź świecka” to rozmowy z osobami powszechnie znanymi, „zwykliNIEZWYKLI” – wywiady z ludźmi, których zwykle nie pytamy, co słychać. A „Zrozumieć boks” to podsumowanie mojej obecności blisko gal i pięściarzy. Bardzo chętnie porozmawiam z Andrzejem Dudą, jeśli będę miał czas z przyjemnością zamienię kilka słów z panią na poczcie, ale już nie odczuwam palącej potrzeby, aby w takich sytuacjach wyciągać dyktafon. I tak samo jest z boksem. Teraz byłem na gali w Łomży, ale nie przeprowadziłem tam żadnego wywiadu. Co nie oznacza, że nie wykorzystam kiedyś pewnych obserwacji, wspomnień. Na dziś nie myślę jednak o obszernym reportażu, bardziej o napisaniu czyjejś biografii. Miałem propozycję wydania drugiej części „Zrozumieć boks” z historiami boksujących kobiet, padł pomysł „Zrozumieć boks: Mistrzowie”, „Zrozumieć boks: Przyszli Mistrzowie” – gdzie mógłbym umieścić rozmowy np. z synem Grzegorza Proksy, braćmi Maćka Sulęckiego. Obserwowanie jak toczy się ich życie, jak zmienia ich punkt widzenia, a przede wszystkim jak marzenia i plany mają się do rzeczywistości byłoby z pewnością fascynujące. Z przyjemnością przyklasnę każdej z tych koncepcji, choć niekoniecznie jako autor.


Choć to twoja trzecia książka, to z mych informacji wynika, że liczebnik o nazwie „drugi”, a w zasadzie „druga” lepiej ci się kojarzy. Dlaczego?

Nie wiem, czy lepiej, ale mam wyjątkową słabość do drugiej z napisanych przez siebie książek. „zwykliNIEZWYKLI” to unikalne połączenie mojej podróży po kraju w poszukiwaniu człowieka z kreską wyjątkowej Joanny Tomczak. Asia nie znając twarzy bohaterów, wykreowała ich wizerunek jedynie na podstawie moich rozmów. Czy w przepełnionym kompleksami, botoksem i kokainą świecie jesteśmy jeszcze w stanie spojrzeć jedynie na to, co kryje się pod maską?


„Mnie nie odbiła palma. To nie była nawet do końca woda sodowa… Raczej taki stan, że ze wszystkim sobie dam radę; że nie ma trudności, że ja wszystko ogarnę, we wszystkim zagram” – mówił w wywiadach Cezary Pazura, gdy pytali go o popularność w latach ‘90 XX wieku. Identyfikujesz się z tymi słowami po sukcesie swej ostatniej lektury?

Tak, bo ja zwykle tak o sobie myślę. Chyba, że akurat mam zjazd i głupio mi wyjść do sklepu po bułki. To uczucie zna chyba każdy, kto choć na moment poczuł się królem świata albo przynajmniej panem własnego losu. Wiesz, ile prób wykonał Thomas Edison, zanim wynalazł żarówkę? Jedenaście tysięcy. Wiesz, że Richard Nixon miał przygotowaną mowę na wypadek, gdyby Neil Armstrong nigdy nie wrócił z Księżyca? Szczęśliwie wrócił, ale to wszystko znaki, że jednak częściej nam nie wychodzi. A co jak mi coś nie wyjdzie? Zwykle to nie wchodzi w grę, bo nie dopuszczam do niepowodzenia. Oczywiście podświadomie. Jeśli dany projekt nie rozwija się tak, jakbym chciał, to albo poświęcam się mu w pełni i wtedy finalnie wszystko kończy się triumfalnym gestem. Albo – jak temat nie jara mnie tak, że mógłbym oddać życie swoje i kilku przyszłych pokoleń – odpuszczam. I wtedy na poziomie świadomości czuję, że tamto mi się znudziło, a w sumie i tak mam fajniejsze pomysły. To doskonały mechanizm obronny!


„Ciągle we wszystkim byłem drugi. Na 1500 metrów drugi, z polskiego drugi, w nogę drugi, z zielnika drugi…” – cytując słowa Cezarego Pazury z „Nic śmiesznego” można powiedzieć, że „klątwa drugiego” dopadła również ciebie?

Dlaczego drugiego? Ja nawet w kebabie proszę o plakietkę z numerem jeden!

No dobra, już więcej nie będzie uników. Wiem, że dwa pytania wstecz wcale nie chodziło ci o „zwykłychNIEZWYKŁYCH”. Drugie miejsce w plebiscycie na Sportową Książkę Roku, prawda? No i co ja mam teraz powiedzieć, skoro przedtem szpanowałem w towarzystwie, że drugi jest dla mnie zawsze pierwszym przegranym? Dobra, pójdźmy na kompromis. Wprawdzie nie jestem wygrany, ale za to w głosowaniu czytelników przegoniliśmy wszystkie książki o piłce, górach i wszystkie największego wydawnictwa sportowego w kraju (które swoją drogą uwielbiam!). Co też pokazuje jak silne potrafi być środowisko ludzi boksu, jeżeli w danej sprawie czuje i myśli tak samo. Niestety to rzadko kiedy się zdarza. No, chyba że w przypadku takich negatywnych spraw jak łokieć Breidisa w Rydze, czy kontrowersje w walce Szpilki. W pierwszym wypadku determinacja ludzi polskiego boksu doprowadziła do pierwotnej decyzji o wstrzymaniu finału WBSS z udziałem Łotysza i nakazu jego natychmiastowym rewanżu z Krzysztofem Głowackim. Teraz bukmacherzy zwracają kasę (dbając oczywiście przede wszystkim o własny pijar), a nawet zwycięzca walki chce jej unieważnienia!

Ale „Zrozumieć boks” to stanowczo książka nie tylko dla zagorzałych fanów szermierki na pięści. Nawet bardziej dla ich matek, dziewczyn, sąsiadów, przyjaciół, którzy nie rozumieją, jak można tak podniecać się laniem po mordach.


„Bo mistrzowie są zawsze w mniejszości” – przyznaję, że ujęło mnie to zdanie. Tylko zastanawiam się, jak odbiorca może je zinterpretować, tzn. czy w haśle „mistrz” opisujesz tych, którzy mają tytuły, pasy, czy nim jest tak naprawdę każdy bokser, który przekracza liny i staje naprzeciw swojego przeciwnika?

Miałem na myśli tytuły, ale można pod to podciągnąć także pojęcie metaforyczne.

W ostatnich latach dwukrotnie przyjechał do Polski Kassim Ouma. Gość w młodości dokonywał czystek etnicznych na przeciwnych plemionach, a później został mistrzem świata w boksie. I nawet jeżeli dzisiaj zachowuje się jak wariat, to uważam, że boks dał mu drugie życie. Moim zdaniem boks zdecydowanie więcej istnień uratował niż zabrał. Jednocześnie jednak ciężko znaleźć w nim takich mistrzów od początku do końca. Skoro na większości pięściarzy buduje się rekord, to nie brakuje takich, którzy kończąc karierę nie mają większego zabezpieczenia finansowego. Mają za to nadszarpnięte zdrowie i świadomość, że boks to nadal coś, co w sumie robią najlepiej. Ale boks już ich nie kocha i nawet, jeśli dostają licencje, to zawsze będzie to już igranie ze śmiercią. Widziałeś jak dziś wygląda Danny Williams? Facet pokonał Tysona, a dzisiaj sprzedaje rekord, nazwisko, ma napady lęku, boi się, że między linami zginie, ale wciąż boksuje, bo chce zapłacić za studia córki. Bardzo wielu byłych zawodników popada w nałogi. Dlaczego? Bo to sport indywidualny, aż do ostatnich dni. Sport, w którym towarzyszy ci wiele osób, ale ostatecznie to twoje zdrowie i wiesz, że na ringu pozostaniesz sam. Sport, gdzie jedna walka może zapewnić ci wieczną chwałę lub strącić cię w otchłań historii. I ciężko nie zgodzić mi się z tezą, jaką stawia Piotr Witwicki w „Petardzie”. Jeżeli nawet taki mistrz jak Muhammad Ali, największy z największych, kończy karierę okładany bezlitośnie przez byłego sparingpartnera, to chyba w boksie naprawdę ciężko o zwycięzców.

Ale mimo że walka Artura kosztowała mnie więcej nerwów niż jakikolwiek egzamin na prawie, mimo że coraz częściej patrzę na boks z perspektywy znokautowanego, a nie nokautującego; nadal czekam na kolejne weekendy z boksem. Dlaczego? Bo czuję, że boks to nadal najpiękniejsza forma okiełznania ludzkich instynktów. Bo nadal wydaje mi się, że w tych prostych, podbródkowych i sierpach jest ukryta prawda o nas i o świecie. Bo to jest boks, czyli sport, którego magię można tylko próbować zrozumieć.

Hubert Kęska wśród książek

Zdjęcie: Wiktor Kęska