Przed rokiem był MVP sezonu regularnego, ale jak na razie w trwających rozgrywkach jego wyczyny przyćmiewają inni jak choćby Luka Doncić. Nic więc dziwnego, że Giannis Antetokounmpo chce przypomnieć wszystkim, że to cały czas on jest jednym z najlepszych zawodników na świecie. W czwartek wykręcił niesamowite triple-double, przechodząc przy okazji do historii Milwaukee Bucks.

Choć Giannis nic nikomu nie musi już udowadniać to jednak to w czwartek znów był na ustach wszystkich. W wygranym przez Bucks starciu 137-129 z zespołem Portland Trail Blazers zdobył aż 24 punkty oraz 19 zbiórek, a do tego dołożył także 15 asyst, czym ustanowił swój rekord kariery. To właśnie z powodu tego pod ogromnym wrażeniem był Mike Budenholzer, trener Bucks, który wprost stwierdził, że czwartkowy mecz był jednym z najlepszych w karierze Giannisa właśnie z punktu widzenia kreowania gry. Przy okazji grecki skrzydłowy przeszedł do historii klubu z Milwaukee i jako pierwszy gracz w dziejach zaliczył mecz na co najmniej 20 punktów, 15 zebranych piłek oraz 15 asyst. Jest to drugie triple-double dla Giannisa w trwających rozgrywkach.

Warto dodać, że Grek w tym sezonie to już nie tylko ogromna siła pod koszem oraz jeden z najlepiej zbierających graczy w lidze, ale też właśnie coraz lepszy kreator gry. W tym momencie jego średnia asyst wynosząca w zaokrągleniu siedem na mecz byłaby najlepszym wynikiem w karierze. Nic więc dziwnego, że to co Giannis zrobił w czwartek w lidze zdarza się niezwykle rzadko: takie cyferki jak grecki skrzydłowy przeciwko Blazers w historii NBA potrafili jeszcze wykręcić tylko Wilt Chamberlain, Oscar Robertson oraz Larry Bird. Bucks tymczasem wygrali już po raz szósty z rzędu, a w ostatnich dziesięciu meczach aż dziewięć razy schodzili z parkietu jako zwycięzcy. Tak dobra forma spowodowała, że po czwartkowej wygranej udało im się przeskoczyć w tabeli konferencji wschodniej zespół Boston Celtics – Kozły mają teraz tyle samo przegranych (trzy), lecz o jedno zwycięstwo więcej niż Celtowie.

Znów pokonani z parkietu schodzili za to Trail Blazers, którzy przegrali już trzecie z rzędu spotkanie. Znów musieli sobie radzić bez Damiana Lillarda, a nieco lepiej wypadł tym razem Carmelo Anthony, który zdobył 18 punktów, lecz spudłował dziewięć z 15 swoich prób z gry (trafił jednak trzy z pięciu rzutów zza łuku). Do swojego dorobku dołożył jeszcze siedem zbiórek i cztery asysty. Najlepszym strzelcem Blazers pod nieobecność Lillarda był CJ McCollum, który do 37 oczek dołożył także dziesięć asyst. Drużyna ze stanu Oregon jest w tej chwili jedną z najgorszych w całej lidze i z bilansem ledwie pięciu wygranych oraz jedenastu już porażek wyprzedza w tabeli konferencji zachodniej tylko Golden State Warriors. Dame ma nadzieję, że uda mu się wrócić do gry już na kolejne starcie swojego zespołu.

Kilka innych informacji z poprzedniej nocy w NBA:

  • Trzecia z rzędu porażka Phoenix Suns, jednej z największych rewelacji ligi na początku sezonu. Słońca tym razem uległy drużynie New Orleans Pelicans, którą do wygranej poprowadzili Brandon Ingram, Jrue Holiday i JJ Reddick – cała trójka zdobyła w tym spotkaniu 23 lub więcej punktów, a w szczególności Ingram odegrał bardzo ważną rolę dla Pels, w zasadzie przejmując to spotkanie w samej końcówce. Suns znów musieli sobie radzić bez Ricky’ego Rubio, co pokazuje jak ważny jest to dla nich gracz. Odpoczywał także Aron Baynes.
  • Poważne ciosy dla Orlando Magic, którzy w jednym meczu stracili dwójkę swoich podstawowych zawodników. Z gry wypadli bowiem Nikola Vucević oraz Aaron Gordon – obaj skręcili kostkę, a wczoraj w nocy dowiedzieliśmy się, ile mogą pauzować. Przerwa serbskiego gracza potrwa około cztery tygodnie, a Gordon pozostanie poza grą przynajmniej przez kilka spotkań.
  • Jak się okazało, w środę w wieku 95 lat zmarł Wataru „Wat” Misaka, postać-legenda w NBA. Misaka był pierwszym graczem w lidze pochodzenia japońskiego, a na dodatek jako pierwszy złamał bariery koloru i został pierwszym niebiałym zawodnikiem. Rozgrywający i legenda Utah był więc prawdziwym pionierem koszykówki.