Minnesota Timberwolves od lat są jedną z najgorszych drużyn w NBA, która na przestrzeni ostatnich kilkunastu sezonów tylko raz awansowała do fazy play-off. W tym sezonie tego wyczynu nie uda się powtórzyć – kilka dni temu włodarze Wilków zadecydowały więc, że czas na zmiany. W sobotę kibice Wolves mieli okazję po raz pierwszy przekonać się o tym jak ma wyglądać nowa era w Minneapolis. I co by nie mówić, było sporo fajerwerków.

Kibice w Minnesocie mogli być w sobotę sporymi pesymistami. Powodów było sporo. Po pierwsze, ich zespół przegrał trzynaście kolejnych spotkań i nie potrafił wygrać od 9 stycznia. Porażka w sobotę oznaczałaby ponad miesiąc czasu bez zwycięstwa! Po drugie, debiutu nie doczekał się jeszcze D’Angelo Russell, czyli najgłośniejsze nazwisko jakie w ostatnich dniach trafiło do klubu z mroźnego stanu. I wreszcie po trzecie, do Target Center przyjechała ekipa Los Angeles Lakers, w barwach której mecz od pierwszej minuty rozpoczęli Paul George oraz Kawhi Leonard. Mało kto spodziewał się więc, że Wilki w sobotę będą w stanie przerwać serię trzynastu kolejnych porażek. Jak się jednak okazało, Wolves w doskonałym stylu rozpoczęli nową erę i zagrali chyba najlepszy mecz w całym sezonie, wygrywając 142-115 po genialnej grze we wszystkich czterech kwartach.

To był istny deszcz trójek – Wilki aż 26 razy trafiły zza łuku, co jest rekordem klubu oraz wyrównaniem drugiego najlepszego wyniku w historii całej ligi! Przodował przede wszystkim Malik Beasley, czyli świeżo pozyskany swingman z Denver Nuggets, który w swoim debiucie w barwach Wolves siedem razy trafił za trzy i do 23 oczek dołożył dziesięć zbiórek oraz cztery asysty. Świetnie spisał się również pierwszoroczniak Jordan McLaughlin, dla którego był to pierwszy występ od pierwszej minuty w karierze: rozgrywający zdobył 24 punkty oraz rozdał jedenaście asyst i nie popełnił przy tym ani jednej straty! Z kolei tylko jednej asysty zabrakło, aby triple-double zapisał na konto Karl-Anthony Towns (22 punkty, trzynaście zbiórek, dziewięć asyst). Był to więc chyba najlepszy możliwy start zupełnie nowego rozdania w Minnesocie.

Warto przypomnieć, że Wilki zrobiły przed czwartkowym trade deadline trzy transfery i wymieniły niemal połowę składu. Każdy nowy gracz chciał więc w sobotę pokazać się z jak najlepszej strony, dzięki czemu Wolves chcieli po prostu bardziej niż Clippers. W szatni jest sporo nowej, dobrej energii, a to z pewnością przełożyło się na znakomity występ zespołu na parkiecie. Nic więc dziwnego, że wściekły po meczu był m.in. trener Doc Rivers, który wprost stwierdził, że gra Clippers była koszmarna. Pytanie na ile jest to efekt nowego, świeżego powiewu w Minneapolis i jak długo taki stan rzeczy się utrzyma. Powrót do gry Russella z pewnością powinien pomóc, choć Wolves po ostatniej fatalnej serii w tej chwili nie mają już żadnych szans na awans do fazy play-off. Pozostaje więc budować dobrą chemię i szykować się do przyszłego sezonu, stawiając na dalszy rozwój filarów zespołów.

Pozostałe ciekawe informacje z sobotniej nocy w NBA:

  • Żadnego problemu nie mieli Milwaukee Bucks, by wygrać kolejne spotkanie – tym razem na Florydzie przeciwko Orlando Magic. Kozły już do przerwy miały kilkanaście punktów przewagi, a przodowali jak zwykle Giannis Antetokounmpo (18 punktów, 18 zbiórek, dziewięć asyst) oraz Khris Middleton (21 punktów, 13 zbiórek).
  • Problemów nie mają też ostatnio Toronto Raptors, którzy przyzwyczaili się już do wygrania mimo absencji swoich gwiazd. W sobotę przeciwko Brooklyn Nets nie zagrał Kyle Lowry, lecz mimo to Raptors wytrwali i ograli Nets jednym punktem, notując tym samym czternaste kolejne zwycięstwo. Kanadyjczycy śrubują tym samym rekord klubu.
  • Całkiem udany debiut w barwach swojego nowego zespołu zaliczył były Wilk – Andrew Wiggins. Skrzydłowy w pierwszym meczu w koszulce Golden State Warriors zdobył 24 punkty i miał pięć przechwytów, lecz nie wystarczyło to, aby pokonać u siebie Los Angeles Lakers.