Takie powroty nie zdarzają się zbyt często. Miami Heat odrobili sześć punktów straty, jakie mieli jeszcze na minutę przed końcem wtorkowego starcia z Atlanta Hawks. Wtedy to Trae Young – młody rozgrywający klubu z Georgii – gestem pokazał, że ten mecz jest już skończony. Jak jednak pokazali Heat, nie wolno ich w żadnym razie lekceważyć, tym bardziej, że minuta to w NBA bardzo dużo czasu. Nic więc dziwnego, że gdy Heat zdołali doprowadzić do dogrywki to z Hawks uleciało całe powietrze.

Wiele wskazywało na to, że Miami Heat we wtorek poniosą pierwszą w tym sezonie porażkę na własnym parkiecie w hali American Airlines Arena. Na minutę przed końcem spotkania przewaga Atlanta Hawks urosła do sześciu punktów, a Trae Young myślał, że mecz jest już skończony. Wygrana na Florydzie byłaby dla Jastrzębi bardzo dobrym momentem, jednym z najlepszych w ostatnich tygodniach – wszak Hawks sporo w tym sezonie przegrywają, przez co humory w zespole są nie najlepsze. Po tym co stało się w końcówce meczu w Miami są już zapewne dużo, dużo gorsze:

  • celna trójka Duncana Robinsona,
  • celna trójka Jimmy’ego Butlera na dogrywkę,
  • szesnaście kolejnych punktów Heat w dogrywce bez odpowiedzi rywala.

Tak to mniej więcej wyglądało, a kibice Heat zobaczyli jak ich zespół nie tylko w znakomitym stylu przedłuża mecz o dodatkowe pięć minut, ale potem także po prostu dominuje na całego. Ogółem gospodarze zdobyli więc aż 22 punkty z rzędu, a dogrywkę wygrali 18-4 i cały mecz 135-121. Ogromna w tym zasługa przede wszystkim czterech zawodników, z których każdy zasługuje na ogromne słowa uznania. Po pierwsze Jimmy Butler, który co prawda jako jedyny z tej czwórki nie zdobył 30 punktów (!), ale do 20 oczek dołożył rekordowe w karierze osiemnaście zbiórek oraz dziesięć asyst. Po drugie Bam Adebayo, także z triple-double: 30 punktów (rekord kariery), jedenaście zbiórek oraz jedenaście asyst (także rekord). To pierwszy przypadek w historii Heat, by dwóch graczy zaliczyło triple-double w jednym meczu.

Jakby tego było mało, Adebayo był jednym z trzech graczy Heat z dorobkiem co najmniej 30 punktów – pozostała dwójka to Kendrick Nunn (36 oczek) oraz Duncan Robinson (34 punkty). Ten ostatni wyrównał także rekord organizacji z Florydy pod względem liczby trafień za trzy w jednym meczu (dziesięć). Ogółem cała trójka zdobyła więc wspólnie dokładnie sto punktów i to drugie takie trio w historii Heat – wcześniej udało się to oczywiście za czasów Big Three, a więc gdy w barwach Miami grali LeBron James, Dwyane Wade oraz Chris Bosh. Teraz ich nie ma, ale kibice Heat tak czy siak mogą być bardzo zadowoleni z występów swojej drużyny, która pozostaje niepokonana na własnym parkiecie (bilans 11-0) i jest w tej chwili trzecią siłą w konferencji wschodniej, zaraz za plecami Boston Celtics oraz Milwaukee Bucks.

Garść pozostałych informacji z wtorkowej nocy w NBA:

  • Kolejny znakomity występ Davisa Bertansa, który jest ostatnio jak w transie i trafia za trzy niemal jak Stephen Curry. We wtorek osiem razy ukłuł Charlotte Hornets, zdobywając aż 32 punkty, lecz nie uchroniło to Washington Wizards przed porażką.
  • Tylko jedno zwycięstwo w ostatnich pięciu meczach zaliczyli koszykarze Denver Nuggets, którzy we wtorek nie zostali pierwszą drużyną ze zwycięstwem w Filadelfii – tam cały czas górują 76ers. Wtorkowa wiktoria była już ich trzynastą kolejną na własnym parkiecie i jest to w tej chwili najlepszy w lidze bilans we własnej hali. 22 punkty oraz dziesięć zebranych piłek i sześć asyst w starciu z Nikolą Jokiciem (15 oczek, siedem zbiórek i jedenaście asyst) zaliczył Joel Embiid.
  • Trwa fatalna seria New York Knicks (to już dziesięć kolejnych porażek), z której we wtorek skorzystali zawodnicy Portland Trail Blazers. Drużyna z Oregonu sama ma ostatnio sporo problemów, więc łatwe zwycięstwo to z pewnością coś, co może podbudować morale. Znów słabiutki występ zaliczył co prawda CJ McCollum, ale tym razem znakomicie spisał się m.in. Damian Lillard, który osiem razy trafił za trzy i zakończył zmagania z dorobkiem 31 oczek.