Ta ostatnia niedziela… ale spokojnie, nie rozstaniemy się, tylko wejdziemy w nowy rok. Spotkania startują już o 21:30. Ja mam dla Was analizy na dwa z nich. Jakie? Sprawdźmy.

Odbierz bonusy powitalne przygotowane specjalnie dla czytelników Zagranie i wykorzystaj je do obstawiania NBA!

Kod rejestracyjny: 1250

 

 Los Angeles Lakers – Sacramento Kings (3:30)

Przyjście Lonzo Balla do Los Angeles Lakers było wydarzeniem, o którym mówiło się dużo przed draftem w 2017 roku. Ball i Lakers byli sobie przeznaczeni: zawodnik przez postać jego ojca, który stał się hitem internetu. Lakers, bo są Lakers.  

W czasach gry na parkietach NCAA Lozno był nie dość, że świetnym podającym, to eksplozywnym graczem przy obręczy, który jeszcze trafiał za trzy. Połączenie idealne? W teorii tak i jeśli przeniósłby to na zawodowe parkiety, byłby koszykarzem na miarę drugiego numeru draftu. Ale jak na razie tego nie widać. 

Tylko 31.1% celnych rzutów za trzy, 47.0% skuteczności z wolnych w karierze i 9.8 punktów to nie są cyferki, które podniecają. Ball miał być drugim Magiciem Johnsonem, a jest… no, właśnie, kim? Na pewno nie wygląda jak zawodnik, na którym mógłbyś budować organizację. Jest tam jednak zalążek bardzo dobrego koszykarza, tylko że nie na miarę drugiego picku w naborze.  

Lonzo to już teraz świetny podający i z piłką w rękach potrafi zrobić dużo, a najlepiej czuje się w kontrataku. Kreowanie gry w ataku pozycyjnym jest trudniejsze ze względu na zacieśnienie środka. Rozwojowi Balla paradoksalnie przeszkadza obecność LeBrona Jamesa w składzie Lakers. Król to zawodnik, który dowodzi całej ofensywie i to na nim opiera się wszystko. W takiej sytuacji traci Lonzo, bo bez piłki nie jest tak efektywny, jak z nią. Jego umiejętności rzutu po chwycie pozostawiają wiele do życzenia. Jeśli mu wpada, to super. Problem jest taki, że zazwyczaj tak nie jest.  

LeBron James pozostaje poza grą ze względu na kłopoty z pachwiną. A na tym korzysta Lonzo Ball, co zresztą pokazał w dwóch ostatnich występach. 

Średnia 21-latka w sezonie 2018/19 to 9.2 punktów, ale dwa ostatnie mecze to praktycznie podwojenie tej zdobyczy. Ball wykorzystał nieobecność Króla, zdobywając łącznie 39 punktów przeciwko Sacramento Kings i Los Angeles Clippers. 

Pojedynek z Kings stał pod znakiem rywalizacji z innym graczem wybranym w drafcie 2017, De’Aaronem Foxem. Górą w spotkaniu byli Królowie po kapitalnym rzucie Bogdana Bogdanovicia, ale Ball wygrał w bezpośrednim starciu z Foxem, kończąc z 22 punktami, dziewięcioma zbiórkami i asystami. Jego rywal? 15 punktów i tylko sześć celnych na 20 oddanych rzutów. To był kolejny pokaz świetnej defensywy w wykonaniu Lonzo. Następnym przeciwnikiem byli Clippers i przeciwko nim 21-letni rozgrywający zanotował 19 punktów, grając aż 43 minuty.  

Dobrym prognostykiem na kolejne mecze jest skuteczność za trzy Balla, 7/14. Jeśli nadal będzie trafiał zza łuku, to nie mamy co się martwić o jego cyferki.  

Dzisiaj czeka na nas powtórka z rozrywki i Jeziorowcy po raz drugi zmierzą się z Sacramento Kings. Lonzo Ball kilka dni temu wygrał rywalizację z De’Aaronem Foxem. Dlaczego ma nie zrobić tego po raz drugi?  

Zapowiada nam się ofensywne starcie. Z jednej strony mamy Los Angeles na własnym parkiecie, którzy bez LeBrona Jamesa grają zupełnie inną koszykówkę. Z drugiej są Sacramento Kings, czyli zespół z najszybszym tempem w lidze. Taki scenariusz sprzyja zdobywaniu punktów przez Lonzo Balla.

Miami Heat – Sacramento Kings (00:00)

Miami Heat to drużyna bez gwiazd i pewnej górki nie jest w stanie przeskoczyć. Goran Dragic miał być tym graczem, ale Słoweniec ciągle zmaga się z jakimiś kontuzjami. Dragic opuści najbliższe dwa miesiące z powodu kontuzji kolana. W meczu z Cavaliers boisko już po ośmiu minutach opuścił James Johnson i jego obecność na parkiecie przeciwko Minnesocie Timberwolves jest mało prawdopodobna. Coraz bliżej powrotu jest Dion Waiters, ale w jego przypadku Heat nie będą się spieszyć.  

Brak kilku nazwisk w układance złożonej z wielu zawodników na podobnym poziomie nie jest aż takim problemem jak w zespole opartym na jednej, dwóch gwiazdach. Żary mają bilans 7-3 w ostatnich 10 występach i jednym z tych szeregowych pracowników, który za to odpowiada, jest Justise Winslow. 

Winslow został wybrany z numerem 10 w drafcie 2015 przez Miami Heat, ale Danny Ainge (GM Boston Celtics) bardzo chciał mieć go u siebie. Tak bardzo, że podobno zaoferował za niego aż cztery pierwszorundowe wybory w drafcie, w tym jeden od Brooklyn Nets. Zdaniem jednego z najlepszych generalnych menedżerów Winslow ma olbrzymi potencjał. Średnie kariery na poziomie 8 punktów, 5 zbiórek i 3.6 asyst tego jakoś specjalnie tego nie potwierdzają, jednak w obecnym sezonie 22-latek z Houston powoli wchodzi na poziom, na którym miał się znaleźć.  

11.6 punktów to nie jest jakiś wielki wynik, ale Justise gra lepiej. W jego przypadku szwankował rzut za trzy i w tym aspekcie widać znaczną poprawę. Winslow oddaje średnio 3.6 prób zza łuku, trafiając 37.5% z nich. Nieźle. Wszystkie inne elementy rzemiosła koszykarskiego są. Skrzydłowy w Heat jest idealnie dopasowany do nowoczesnej koszykówki i dzięki swoim warunkom fizycznym może być wystawiany nawet na pozycji środkowego. 

Ostatnie trzy występy Winslowa to prawdziwa eksplozja: 

  • 22 punkty przeciwko Orlando Magic 
  • 21 punktów przeciwko Toronto Raptors 
  • 24 punkty przeciwko Cleveland Cavaliers 

Szansę, którą dostaje od Erica Spoelstry, wykorzystuje w 100%. Wygląda na to, że Justise Winslow razem z Joshem Richardsonem będą stanowić o przyszłości Miami Heat przez kolejne lata. Mi wystarczy jednak, że Winslow zagra dobrze w dzisiejszym spotkaniu. Na tyle dobrze, żeby przekroczyć linię wystawioną przez bukmacherów. forBET Zakłady Bukmacherskie proponuje 13.5 punktów i over po kursie 1.83 to w tych oczach świetna propozycja.