Przed tą kolejką Premier League wiadomo było, że wciąż aż cztery drużyny zagrożone są udziałem w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Chelsea i Tottenham niestety nie zdołały uciec przed tym przykrym obowiązkiem i miejsce w europejskiej elicie zapewniły sobie dużo wcześniej.

Przed grą we wtorkowe i środowe wieczory uciec próbują Arsenal, Manchester City, Manchester United oraz Liverpool. Pierwsze trzy zrealizowały swe cele i solidarnie potraciły punkty. Ekipy z Manchesteru swoje mecze zremisowały, natomiast Arsenal wolał nie ryzykować i po prostu przegrał derby Londynu, dla pewności nie starając się nawet zagrozić bramce Hugo Llorisa. Po takich wynikach cała presja spadła na drużynę Jurgena Kloppa. Zdawało się, że Liverpool zrobi wszystko, by stracić punkty. Bo jeśli Czerwone Diabły pełnią w tym sezonie rolę zaangażowanych socjalistów (wszystkim dają po równo, przeważnie po jednym punkcie), to The Reds tradycyjnie już bawią w Robina Hooda i to, co najlepszym wyrwą w walce, najsłabszym oddadzą od ręki.

W 35. kolejce liverpoolczycy jechali na mecz z Watfordem, więc zdawało się, że Szerszenie otrzymają od swych gości pięknie zapakowane trzy punkty. The Reds zgodnie z przewidywaniami przejęli tak zwaną “kontrolę” nad spotkaniem. Tak zwaną, bo kontrolują praktycznie każdy mecz, a jednak zespoły jak Swansea czy Crystal Palace potrafiły mimo tej kontroli ich pokonać. Szanse Liverpoolu na stracenie punktów wzrosły w 13. minucie, gdy to z kontuzją boisko opuścił Philippe Coutinho. Pięć minut później Watford stracił Britosa.

Wydawało się, że i Liverpool nie zamierza rezygnować z wyścigu żółwi o pierwszą czwórkę i zgotuje nam na Vicarage Road spektakularne 0-0. Niestety, dwóch podopiecznych Kloppa musiało nie słuchać uważnie w czasie odprawy przedmeczowej. Najpierw Adam Lallana potężnym uderzeniem zza pola karnego trafił w poprzeczkę, a później Emre Can przez chwilę najwyraźniej uważał, że stał się Wayne’em Rooneyem i złożył się do przewrotki. Żeby było jeszcze dziwniej – trafił w okienko. Zresztą asystę przy bramce zaliczył Lucas, więc od początku pachniało cudem.

 

Później swoich sił próbowali jeszcze Origi i Sturridge, ale za każdym razem górą był Heurelho Gomes. Na ułamek sekundy nadzieje liverpoolczyków na stratę punktów odżyły w ostatnich chwilach spotkania, gdy Sebastian Prodl trafił w poprzeczkę bramki Simona Mignolet’a. Niestety, piłka nie wpadła do siatki i tym oto sposobem mamy w końcu drużynę, która znalazła się końcu grupy uciekającej przed Ligą Mistrzów, a na trzecim miejscu tabeli Premier League. Liverpool ma w tym momencie rozegrane jedno spotkanie więcej niż obie ekipy z Manchesteru i odpowiednio trzy punkty przewagi nad City i cztery nad United. The Reds mają też przed sobą teoretycznie najłatwiejszy terminarz. Teoretycznie, bo dla Liverpoolu trudne jest łatwe, a łatwe trudne. Tym bardziej teraz, gdy nie wiadomo co z Coutinho, Mane nie zagra do końca sezonu, a o Hendersonie chyba wszyscy już na Anfield zapomnieli.

Gdy spogląda się na jakikolwiek zespół z czwórki walczącej wciąż o Ligę Mistrzów, zdaje się, że żaden z nich nie zasłużył na miejsce w najważniejszych europejskich rozgrywkach. Jakkolwiek dwa z nich muszą tam zagrać. A może się zdarzyć, że zagrają nawet trzy (czyli razem pięć), jeśli Manchester United nie zajmie przynajmniej czwartego miejsca w lidze, a zwycięży w Lidze Europy.

Arsenal rozgrywa najsłabszy sezon od kilkunastu lat, Manchester United nie oszczędza nikogo i w każdym meczu wyrywa jeden punkt, nie więcej i nie mniej. City natomiast grają w kratkę i niezłe serie przeplatają licznymi wpadkami. Liverpool w końcu zagrał bardzo dobrą pierwszą połowę sezonu (przez kilka kolejek był nawet liderem) i po fatalnym okresie noworocznym zdołał wrócić do w miarę regularnego punktowania. Być może mimo wszystko to właśnie piłkarze Kloppa najbardziej z tej czwórki zasłużyli na miejsce w TOP4.

Założyć należy oczywiście z prawdopodobieństwem sięgającym pewności, że każdy z tych zespołów jeszcze jakieś punkty do końca zdoła zgubić. Choćby dlatego, że Arsenal zmierzy się z United.

Cokolwiek by się jednak stało, drużyny, które nie zakwalifikują się do Ligi Mistrzów, będą mogły to osiągnięcie zawdzięczać jedynie sobie samym. O Liverpoolu mówi się (a powtarzają to nawet ich fani), że są największymi frajerami w Europie. Być może potwierdzą to i w tym sezonie, jeśli stracą miejsce czwórce. Jak na razie jednak to właśnie oni mają największe szanse na kwalifikację do elity. Jak zatem nazwać pozostałą trójkę?