– Zdecydowanie nie można mnie nazwać sezonowcem! (śmiech) Moja rodzina od kilku pokoleń chodzi na żużel… Chyba mamy to we krwi. Rola kibica bardzo mi się podoba, uwielbiam ten klimat, doping, atmosferę – mówi serwisowi Zagranie.com Adrian Bednarek, który regularnie przełamuje stereotypy mówiące, że kibice sportowi nie potrafią pisać dobrych książek.

Zapraszamy do rozmowy z Adrianem Bednarkiem, autorem serii książek „Inspiracja” i wielkim fanem żużla! 🙂

Kamil Piłaszewicz: Skoro nadszedł czas rozmowy z autorem „Inspiracji”, to zapytam wprost: naprawdę to miłość jest najczęstszą inspiracją dla zbrodni?

Adrian Bednarek: – Aż takich wnikliwych statystyk nie prowadzę, ale na pewno miłość znajduje się w „topce” zbrodniczych motywów obok pieniędzy, czy zemsty.

Pytam dlatego, że będąc po lekturze nie do końca wiem, czy powinienem szukać partnerki, zwłaszcza gdy jest piękną przedstawicielką rodu z wyższych sfer… (śmiech)

– Zakładam, że mało dziewczyn ma taką przeszłość i rodzinkę jak Luiza Ostrowska, więc warto ryzykować… (śmiech)

Swoją drogą, to dzięki poznaniu Luizy wiem jedno: jeśli już podrywać dziewczynę, to na pewno nie na pogrzebie… (śmiech)

-Czemu? Każde warunki są dobre, żeby poznać dziewczynę. Pogrzeb nie stanowi tu żadnego wyjątku! (śmiech)

Ale odnośnie poznawania dziewczyn, to gdzieś podświadomie w „Inspiracji” chciał Pan przemycić informację typu: „Jak coś, to jest Tinder, Sympatia i inne portale, a nie imprezy typu pogrzeb”?

– Zdecydowanie nie chciałem przemycać tego typu informacji. Ja akurat jestem z pokolenia, które nie miało Tindera ani Sympatii, co najwyżej czaty, więc radziliśmy sobie „klasycznymi” metodami. Stąd pewnie moje przekonanie, że chłopak może poznać dziewczynę w każdych warunkach. Oskarowi akurat trafił się pogrzeb. Tak bywa…

fot. Adrian Bednarek/Facebook
fot. Adrian Bednarek/Facebook

Bycie pisarzem w Polsce to opłacalne przedsięwzięcie? I nie pytam wcale o zarobki.

– Są pisarze, którzy na pewno powiedzą, że jest to opłacalna fucha i to bardzo… (śmiech) Ja na razie, aż tak tej opłacalności nie odczuwam, choć pomiędzy debiutem a obecną sytuacją na pewno jest spora różnica. Najważniejsze jest to, że mogę żyć z pasją i że znalazłem Wydawcę, który widzi we mnie potencjał i cały czas chce inwestować w mój rozwój. Myślę, że opłacalność przyjdzie z czasem.

A odnośnie pieniędzy, bo dżentelmeni o nich nie rozmawiają, ale zgodził się Pan na rozmowę ze mną… Kazik Staszewski powiedział kiedyś w wywiadzie, cytuję: „Autor najlepiej tworzy, gdy jest głodny”. Adrian Bednarek podziela to stanowisko?

– Kazik Staszewski może spojrzeć na swoją pracę twórczą z obu stron. Ja ciągle jeszcze tej „sytości” nie odczułem, więc wypowiedzieć się będę mógł, gdy dane mi będzie najeść się bestsellerem. (śmiech) Póki co cały czas jestem głodny i cały czas świetnie mi się pisze.

Swoją drogą, to jakie czynniki zadecydowały o tym, że Adrian Bednarek został pisarzem?

– Czynników jest kilka. Przede wszystkim pisanie stanowiło pewnego rodzaju ucieczkę od normalnej pracy. Choć ta ciągle sprawia mi satysfakcję, tak jednak czułem, że czegoś mi brakuje. Chciałem żyć zgodnie z pasją, a od wczesnego dzieciństwa uwielbiam mroczne historie i w głowie siedzi jeszcze sporo pomysłów. W końcu powiedziałem sobie: „jak nie spróbujesz, będziesz żałował”. Spróbowałem i wpadłem w ciąg. Moim pisarskim problemem jest to, że po każdej napisanej książce próbuję sobie udowodnić, że napiszę następną jeszcze lepszą.

Przywołując słowa jednego z bohaterów „Inspiracji”, to gdy powiedział Pan swoim bliskim, że zostanie pisarzem, to też spotkał się ze sformułowaniem: „Jesteśmy rodziną, bez względu na głupstwa, które popełniamy”? (śmiech)

-Haha, nie! Kiedy powiedziałem mojej żonie, że chcę zostać pisarzem, to dostałem od niej pełne wsparcie. Sprawa bezcenna, zwłaszcza w czasach, gdy przychodziły różne kryzysy. Także żona od początku we mnie wierzy, rodzice również. Nikt (chyba) nie zakładał, że mój pisarski plan to głupstwo.

A skoro już jesteśmy przy haśle „autor”, to niektórzy aktorzy twierdzą, że najgorszą rzeczą w filmie, serialu jest zagranie bycia aktorem, np. na planie. A u Pana główny bohater pisze opowiadania kryminalne… I tu pojawia się pytanie, czy „Inspiracja” jest odpowiedzią dla wspomnianych artystów w stylu: „Złej baletnicy przeszkadza rąbek w spódnicy”?

– Zanim zacząłem pisać trylogię z Oskarem, zdążyłem stworzyć, licząc wydane, czekające na publikacje i te których nigdy nie będę chciał opublikować, około dwudziestu powieści. Od dawna chodził mi po głowie bohater, który pisze opowiadania lub powieści. W końcu uznałem, że jestem na to gotowy. Ja każdą powieść traktuję jak wyzwanie i przygodę. A „Inspiracja” to jedna z książek przy których w trakcie pisania bawiłem się najlepiej.

Będąc po lekturze, tak się zastanawiam: Adrian Bednarek również wybrał się na jakiś pogrzeb, zanim usiadł do pisania książki?

– Nie, nie potrzebowałem wycieczki na pogrzeb, żeby złapać inspirację. (śmiech) Pokręcona wyobraźnia w zupełności mi wystarcza.

 A może siedział Pan na trybunach na jakimś meczu żużlowym i stwierdził: „A, napiszę sobie taką książkę”?

– Na meczach zwykle myślę tylko o tym co dzieje się w ich trakcie, odrywam się od pisarskiej rzeczywistości. Pomysł narodził się, podczas jednej z luźnych rozmów z żoną. Potem dojrzał, rozwinął się i ostatecznie zmienił w książkę.

Nawiązuje do tej konkretnej dyscypliny nieprzypadkowo, gdyż dokonując researchu dowiedziałem się, że jest Pan sympatykiem Włókniarza Częstochowa. I nawiązując do tematu sprzed kilku pytań: dlaczego nie został Pan jednym z ich reprezentantów?

– O tak, jestem zapalonym kibicem. Na Włókniarz chodzę już od 26 lat. Zaliczyłem mnóstwo meczów domowych, wyjazdowych, wiele imprez rangi światowej. Żużel to taka moja religia. W pewnym sensie jestem jednym z reprezentantów Włókniarza, bo kibice, tak jak zawodnicy świadczą o sile drużyny.

Sezonowcem oczywiście Pana nazwać nie można, ale czytając, że pańska rodzina kibicuje tej drużynie praktycznie od jej powstania, nie umiem pozbyć się myśli o tym, dlaczego wybór padł na „odgrywanie” roli kibica, a nie np. zawodnika, rzecznika prasowego etc.?

– Zdecydowanie nie można mnie nazwać sezonowcem! (śmiech) Dokładnie, moja rodzina od kilku pokoleń chodzi na żużel… Chyba mamy to we krwi. Rola kibica bardzo mi się podoba, uwielbiam ten klimat, doping, atmosferę. Do jazdy na żużlu nigdy mnie nie ciągnęło. Kilka razy jeździłem na motocyklu, prawie zawsze kończyło się to dzwonem… (śmiech) Do dziennikarstwa również nigdy nie czułem pociągu. Najlepiej czuję się na trybunach zdzierając gardło.

Jeszcze w zeszłorocznych wywiadach mówił Pan, że chciałby, by syn kultywował rodzinne tradycje. Tak więc zapytam, nieco przewrotnie, chciałby Pan, by potomek również został pisarzem?

– Chciałbym żeby syn robił w życiu to co sprawia mu przyjemność. Uważam, że ważne jest szukanie siebie, niekoniecznie patrząc przez pryzmat tego czym zajmuje się rodzic. Ale jeśli podobałoby mu się pisanie, to czemu nie. A na to, że będzie kultywował naszą żużlową tradycję, bardzo liczę. Jednak to trzeba samemu poczuć. Przedsmak już ma, bo dwa razy był na stadionie jeszcze jako dwu i trzylatek.

I na koniec, tak odnośnie następnego pokolenia, Katarzyna Bonda wyznała mi, iż czytała fragmenty „Motywu ukrytego” dla swojej córki. Podobnie Pan robił tworząc „Inspirację”?

– Nie wyobrażam sobie czytania moich książek czteroletniemu chłopcu… (śmiech) Zdecydowanie wolę czytać synowi Batmana, Pidżamersów czy NinjaGo. Na mroczniejsze klimaty przyjdzie czas.

fot. Adrian Bednarek/Facebook
fot. Adrian Bednarek/Facebook