Na samym początku – z racji tematu dzisiejszego tekstu – przyznać muszę, że kibicem tenisa jestem w stu procentach przypadkowym, gdyż sport ten oglądam tylko w dwóch przypadkach: a) jest Wimbledon, b) zmieniam kanały i akurat gra Federer. Moje dyletanctwo jednak nie powinno stanowić tutaj problemu, ponieważ nie zamierzam wyrokować w żadnych zasadniczych sprawach. Nie będę ukrywał, przeważnie szybko nudziłem się tenisem niemieszczącym się w tych wydarzeniach (bo Federer to już nie tenisista, to instytucja, to wydarzenie właśnie).

Jeśli o mnie chodzi, to cały turniej nie mógł potoczyć się lepiej. Najpierw odpadł Janowicz, którego nie znoszę i nie lubię oglądać jego gry, następnie wśród kobiet najlepsza okazała się Muguruza, tenisistka zupełnie mi obca, ale która w jakiś sposób w trakcie turnieju zdobyła moją sympatię (a poza tym dobrze jej z oczu patrzy), później pierwszy Wimbledon w historii dla Polaka, no i na deser wybitny Federer.

Nie pamiętam, czy przed finałem debla mężczyzn widziałem choćby jeden mecz z udziałem Łukasza Kubota. Być może kiedyś zdarzyło się, że obejrzałem jakiś jego singlowy pojedynek. Stawiam jednak, że sobotni mecz był moim debiutem w roli kibica 35-latka. Śmierdzi to trochę “kibicem sukcesu”, ale to nieważne. Kubot wygrał, ja miałem dobry humor do końca wieczoru, a do tego podniosłem oglądalność – wszyscy szczęśliwi, nikt nie stracił. Polak szybko zdobył moje serce i dopingowałem go równie mocno jak naszych piłkarzy, Adama Małysza przed laty czy Legię w Lidze Mistrzów. Kubot, jak się dowiedziałem, ma wielki charakter i od lat pracował w pocie czoła na wszystkie swoje sukcesy. Jest więc trochę – że porównam go do piłkarza słynącego z hartu ducha – jak Marcin Wasilewski. Ponadto obaj swoje najważniejsze tytuły zdobyli na brytyjskiej trawie, z tym że Kubot spędził na niej sporo więcej czasu.

Po pierwszym secie bałem się, że to Polak może zawalić ten mecz, lecz później w parze Kubot/Melo, to tenisista z Lubina był lepszą połówką, przynajmniej do takiego wniosku doszedłem, oglądając wszystko swoim amatorskim okiem. Z tego też powodu muszę w tym miejscu podziękować Polakowi. Po pierwsze za to, że jest pierwszym polskim tenisistą, którego darzę szczerą sympatią. Po drugie za tego loba z jednego narożnika kortu w drugi, po którym w geście podziwu moje brwi uniosły na kilkanaście dobrych sekund. Po trzecie za grę fair, czyli przyznanie się do odbicia piłki barkiem i przeprosiny po każdym trafieniu piłką w rywala. Po czwarte wreszcie za ten okrzyk radości, jaki wydobył się z mojego gardła po mistrzowskim punkcie. Doprawdy nigdy nie spodziewałbym się, że ja, wierny jedynie futbolowi, w środku lipca znajdę sportowy powód do krzyku. Tak więc: dziękuję.

Czas jednak na króla tenisa. Cóż… Federer to rasowy koń, najwspanialszy na wybiegu, zupełny oryginał. Pierwszy i prawdopodobnie ostatni tej rasy. Silny, ale rusza się z największą gracją, bezkompromisowy, a jednocześnie dżentelmen, niszczy rywali, ale robi z to z pełną klasą. Patrząc na zachowanie Szwajcara, miałem wrażenie, że nie może przegrać. Koncentrował się wyłącznie na sobie i podejrzewam, że gdyby postawiono mu zamiast siatki wysoki mur, to i tak znalazłby sposób, by zdobyć upragniony tytuł. Federer nie był bezbłędny, ale żaden błąd nie mógł zachwiać jego pewnością siebie, pewnością, którą było widać nawet w telewizji. Sylwetka lekko przygarbiona, krok szeroki i spokojny – wszystko to sprawiało, że Roger wyglądał raczej jak Łysy/Czarny/Siwy z dyskoteki pod Żyrardowem, który chętnie za krzywe spojrzenie da w mordę. No i dawał. Choć może nie za krzywe spojrzenie, a za samo wyjście na kort. Nikt nawet nie próbował oddać. Szwajcar przez turniej szedł jak BGM-109 Tomahawk, więc o stracie seta nie mogło być mowy.

Tegoroczny Wimbledon był pierwszym tenisowym turniejem, w czasie którego zdarzało mi się tak układać plan dnia, żeby móc obejrzeć mecz. Robiłem to oczywiście tylko dla Federera. Uważam, iż jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że możemy oglądać grę Szwajcara w czasie rzeczywistym. To człowiek, o którym dzieciom opowiadać będą ludzie nawet tacy jak ja – oglądający tenis równie często co Kabareton, czyli prawie wcale. Roger Federer jest bowiem niczym Michael Jordan, niczym Maradona ze skutecznością Messiego. Roger Federer jest nawet kimś więcej, choćby dlatego, że chyba nie ma miejsca na Ziemi, gdzie większość ludzi go nie szanuje. To szwajcarski James Bond, nawet gdy da się pojmać wrogowi (czyt. odpadnie z turnieju), to koniec końców i tak jest górą. Praktycznie każda jego misja zakończyła się sukcesem. Pobił rekord Samprasa w liczbie zdobytych Wielkich Szlemów (dziś ma ich o 5 więcej. Wyobraźcie sobie swoją drogą, co musi czuć Nadal, który jako dziecko zapewne marzył o pobiciu rekordów Amerykanina, a dziś, gdy tego dokonał, wciąż jest drugi), najwięcej razy w historii wygrał na kortach Wimbledonu, zarówno pod względem tytułów, jak i samych meczów, zdobył nawet to przeklęte Roland Garros, gdzie króluje Nadal. Do tego dochodzą jeszcze dziesiątki innych rekordów i osiągnięć.

Pisał niegdyś Tomasz Mann: “Najistotniejszym i naturalnym prawem człowieka jest jego doskonalenie się”. Czyż nie z tego głównie prawa korzysta Federer? Pamiętam, jak kilka lat temu oglądając mecz Szwajcara, z wielką uwagą przysłuchiwałem się komentatorom. Przekonywali oni bowiem, że niestety zbliża się jego koniec, że wieku nie można oszukać i że to naturalna kolej rzeczy. Przypominam to dziś nie dlatego, by pastwić się nad komentatorami, którzy się pomylili, a po to, by pokazać wielkość szwajcarskiego mistrza. Wyobraźcie sobie: jesteście najlepszym tenisistą w historii, macie szczęśliwą rodzinę, miliony na kontach, szacunek całego świata i 32-34 lata na karku; wielkie sukcesy, zdaje się, odeszły na zawsze. Co robicie? Możecie spróbować wrócić na szczyt, ale ryzyko jest takie, że jeśli się nie uda, to na złotej karierze pojawi się rysa. Możecie też odejść w pełni chwały i bez zbędnego ryzyka. Co zrobił Federer? Nie tylko nie zakończył kariery, lecz także w pewnym sensie zaczął ją od nowa, a to wszystko z dodatkowym ryzykiem. Zmiana trenera, zmiana rakiety na większą (krok, na jaki nie odważył się Sampras), zrezygnowanie z walki o pierwsze miejsce w rankingu oraz odpuszczenie wielu turniejów i przede wszystkim powrót do gry po kontuzji. Wielki powrót. Wynagrodzony kolejnymi dwoma Wielkimi Szlemami.

Zaryzykuję stwierdzenie, że taki jak Szwajcar szybko się nie znajdzie. Sądzę bowiem, że jak w piłce Messi i Ronaldo, tak w tenisie Federer i Nadal to efekt niesamowitego połączenia talentu, charakteru i ciężkiej pracy z rozwojem medycyny, fizjoterapii i technologii. Wskazali drogę, lecz musi upłynąć trochę czasu, zanim inni skorzystają ze spuścizny tych fenomenalnych atletów.

W każdym razie żaden z nich nie kończy kariery, a Roger jest w takim wieku, że już nic nie musi, on tylko może. A jak wiemy – może więcej niż ktokolwiek.