– Sądzę, że kiedy nadchodzi czas walki, to nie ma znaczenia, kto jest który w rankingach, czy jakie ma tam doświadczenie, bo statystyki nie biorą udziału w pojedynku. Bardziej liczy się to, jak się ktoś przygotował, jaką ma taktykę, jak ją zrealizował, a nawet predyspozycja dnia – mówi serwisowi Zagranie.com Adrian Zieliński, który wystąpi w co-main evencie gali FEN 29, która odbędzie się w Amfiteatrze w Ostródzie.


Kamil Piłaszewicz: Jako, że na 22 sierpnia jest planowana gala FEN 29 w Ostródzie, to pierwsze pytanie nie może być inne, niż: jak z formą u Adriana Zielińskiego?

Adrian Zieliński: – Do walki zostały niecałe trzy tygodnie i według mnie forma jest optymalna. Teraz zostało ją tylko podtrzymywać udając się na ostatnie treningi, sparingi. Ale jestem w pełni gotowy!

Jak wyglądały przygotowania do pojedynku z Danilo Belluardo?

– Były standardowe. Najpierw otrzymałem informację, że gala w Ostródzie odbędzie się w czerwcu, później – z wiadomych przyczyn – została przesunięta na sierpień. Ale trenowałem w klubie, a gdy wszystko było pozamykane, to postawiłem na treningi na świeżym powietrzu, więc sądzę, że dobrze wykorzystałem zarówno okres przygotowawczy, jak i tą izolację społeczeństwa.

A o ile zmienił się sposób przygotowań do walki przez pandemię Covid-19?

– Praktycznie w ogóle. Tak jak wspominałem, do gali przygotowywałem się w klubie, a gdy wszystko było pozamykane, to też umiałem znaleźć alternatywę.

Odnośnie samego zamieszania z wirusem, patrząc na to, jak w ostatnich dniach regularnie przybywa po ponad pięćset przypadków zakażeń, pojawia się obawa, że gala zostanie przeniesiona lub odwołana?

– Nie biorę tego nawet pod uwagę. Nie chcę o tym myśleć, bo miałem mieć walkę pod koniec marca, a dwa tygodnie przed galą wszystko zostało odwołane i trzy miesiące przygotowań poszły w… Wiadomo gdzie. Forma została, ale strategie pod konkretnego przeciwnika… Jak mówię, staram się o tym nie myśleć, bo przykładowo u nas na plaży miejskiej w Olsztynie wystarczy upalny dzień i są tłumy i jakoś nie zamykają tego miejsca. W ogóle to sądzę, że więcej osób umiera na zwykłą grypę, tj. na jej powikłania, jeżeli odpowiednio się nie leczy. Uważam, że wirus jest, ale ten temat został za bardzo rozdmuchany przez media. Znam rodzinę, u której testy potwierdziły obecność tego wirusa, jedna osoba była nawet podłączona pod respirator, ale… Pamiętam jak miałem katar, kaszel i to zaniedbałem, to później się nabawiłem zapalenia gardła i obu uszu. Także sądzę, że ten Covid-19 jest, ale nie jest wcale tak straszny, jak kreują go media.

fot. Adrian Zieliński/Facebook
fot. Adrian Zieliński/Facebook

Jest Pan zwolennikiem organizowania wydarzeń sportowych z publicznością w dobie pandemii?

– Tak, zdecydowanie tak. Jak mówiłem, mnie się wydaje, że temat został za bardzo rozdmuchany. Są groźniejsze choroby. Sądzę, że więcej osób umiera przez nowotwory, cukrzyce itp., niż na ten cały wirus. Gdyby codziennie podawano w mediach, że tego dnia umarły cztery osoby na grypę, a tego pięć, a tego sześć, to wtedy też by można było sztucznie wywołać panikę, a jednak się tego nie robi. Uważam, że więcej osób popełniło samobójstwa przez ten lookdown gospodarki, niż zmarło przez koronawirusa. Spójrz, że ci co umierają na ten Covid, to mają tam zazwyczaj z trzy, cztery inne choroby, te tzw. współistniejące. A o ilu przypadkach słyszałeś, że ktoś zmarł na samego koronawirusa? Przykładowo u nas gość się zabił na motorze, a w aktach wpisali mu, że zmarł na Covid-19, także ten… (śmiech)

Wracając do przeciwnika, to ma mniej walk na koncie. I tak się zastanawiam, czy to doświadczenie będzie czynnikiem decydującym o Pana zwycięstwie?

– To prawda, ale sądzę, że kiedy nadchodzi czas walki, to nie ma znaczenia, kto jest który w rankingach, czy jakie tam ma doświadczenie, bo statystyki nie biorą udziału w pojedynku. Bardziej liczy się to, jak się ktoś przygotował, jaką ma taktykę, jak ją zrealizował, a nawet predyspozycja dnia. Być może ma więcej walk amatorskich albo przeszedł z innej dyscypliny do MMA, bo ja na przykład zanim pojawiłem się w świecie zawodowego MMA, to miałem stoczonych czterdzieści walk w Muay Thai (tj. boksie tajskim – przyp. red.), także sądzę, że rekord nie walczy w oktagonie.

Danilo Belluardo bił się na dwóch galach UFC, dość szybko przegrał oba pojedynki, po czym zniknął ze świata MMA i teraz powraca na event FEN-u w Ostródzie. Analizował Pan te starcia, czy raczej „spodziewa się niespodziewanego”?

– Nie analizowałem tych walk, gdyż nie lubię robić czegoś takiego. Od takich rzeczy mam swój sztab szkoleniowy, a ja mam za każdym razem to samo zadanie: wejść do klatki i narzucić swój styl gry, przekuć plany w realizację. Przygotowuję się przekrojowo, staram się kłaść nacisk i na parter, i na zapasy, i na stójkę, bo uważam, że to jest ważniejsze, niż rozwinięcie się w czymś jednym i olanie reszty. On zniknął po tych galach UFC i nie wiemy, co robił, ale zamiast o tym rozmyślać, to staram się przygotować w taki sposób, by wiedzieć jak odpowiedzieć na to, co zaprezentuje w dniu walki. Sądzę, że akcja – reakcja jest najlepszą metodą walki.

W którym elemencie walki Belluardo może być groźniejszy od Pana?

– Mnie się wydaje, że po pierwszej wymianie ciosów będzie dążył do sprowadzenia. Dlatego też jestem mocno przygotowany na obrony, zapaśniczo, bo większość moich walk wygląda w podobny sposób, czyli po pierwszych ciosach rywale mają dosyć stójki… Ale jestem przygotowany na wszystko. Możemy się bić w stójce, możemy zmierzyć się zapaśniczo, w parterze, także jak mówię: bardziej koncentruję się na swoich mocnych stronach, niż na tym, co przeciwnik na mnie szykuje.

Gdy zamyka Pan oczy, to wymarzonym scenariuszem na najbliższy pojedynek jest…

– Na pewno efektowny nokaut w pierwszej rundzie! (śmiech) Ale to jest walka w formule MMA, więc w ogóle nie myślę w taki sposób. Sądzę, że każdy zawodnik powiedziałby teraz to samo, także może dodam, że chciałbym dać efektowną walkę. Chciałbym, by to właśnie mój pojedynek ludzie oglądali na stojąco i uznali, że to właśnie była walka wieczoru, żeby o tym mówili nawet po gali; a może jakiś bonus od federacji, by wtedy wpadł… (śmiech)

Zakładając, że w najbliższym starciu odnosi Pan sukces, następnym celem jest rewanżowa walka z Danielem Rutkowskim?

– Tak, taki jest plan i mój i obu federacji, ale nie chciałbym wybiegać aż tak myślami, ponieważ dla mnie najważniejsza jest ta walka, która odbędzie się w Ostródzie. Po niej przyjdzie czas na analizowanie, bo przyznaję, że mimo, iż się zobowiązałem do tej walki, to osiągnięcie teraz limitu wagi piórkowej jest dla mnie trudnym wyzwaniem. Także nie chcę tak wszystkiego planować, bo może – odpukać w niemalowane – znowu wszystko zamkną i wszystkie plany znowu trzeba będzie wyrzucić… do kosza.

Ale będziemy mogli oglądać Pana dalej w FEN-ie, czy są plany by zmienić organizację?

– Wszystko zależy od tego, jak się potoczy ta walka i jakie decyzje podejmiemy z tym rewanżem. A co później… Zobaczymy, bo można gadać i gadać, a potem wszystko może przybrać nieoczekiwany obrót, także skupmy się na razie na starciu z Danilo.

I tak już na koniec chciałbym odnieść się do słów Pawła Kowalika z audycji „Jurasówki”, gdzie powiedział: „Zagraniczni zawodnicy chcą bić się w Polsce, bo tu są te magiczne oprawy, przedstawienia, prezentacje zawodników”. Miał Pan okazję walczyć w różnych federacjach, nie tylko w Polsce, więc zapytam w ten sposób: ile prawdy kryje się w słowach jednego z największych polskich menedżerów MMA?

– Na pewno Paweł ma dużo racji, chociaż nie każdy lubi takie oprawy. Dla mnie są w porządku, ale bardziej patrzę na przeciwników, na stawki jakie są w danych federacjach, czy gala będzie transmitowana w telewizji. Zanim przeszedłem do FEN-u, to osiem walk stoczyłem dla federacji ACB, teraz ACA i tam panowała zasada: „Let’s show more fight”, czyli oprawa była bardzo mocno okrojona, a pojedynki w każdej kategorii wagowej były i są na światowym poziomie. Sądzę, że wszystko zależy od tego, kto co lubi. Jednym będą się te otwarcia podobać, a drudzy będą tylko czekać kiedy znowu ktoś będzie walczył. I FEN doskonale łączy oba te aspekty. A czy te oprawy, otwarcia są czynnikiem decydującym, dla którego zawodnicy z zagranicy chcą się bić u nas w kraju? Nie sądzę, bo mamy naprawdę dobre, wypłacalne federacje, a także zawodników na bardzo wysokim poziomie.

I tak już naprawdę kończąc, ostatnie pytanie brzmi: kiedyś twierdzono, że MMA to nie sport, że to jakaś dzicz itd., a teraz pojedynki w tej formule możemy oglądać m.in. w Amfiteatrach… Patrząc na różne dyscypliny, to która rozwinęła się porównywalnie szybko w ostatnich latach? I czy jakaś może zagrażać dla MMA?

– Nie, dla MMA nic nie jest w stanie zagrozić. Teraz coraz bardziej popularne zaczęły stawać się walki na gołe pięści i nawet w Polsce jest już kilka federacji organizujących wydarzenia tego typu. Obejrzałem sobie niektóre gale, ale nie wiem, czy bym się zdecydował wziąć udział… Chyba, że zaoferowane pieniądze byłyby naprawdę bardzo wysokie. Ale wracając, to MMA nie ma teraz konkurencji.

fot. Adrian Zieliński/Facebook
fot. Adrian Zieliński/Facebook