Pierwsza runda playoffów w NBA była niesamowicie wyrównana i nie brakowało niespodzianek. Nasze apetyty na kolejną fazę zostały rozbudzone i… pewnie wielu z nas czuje teraz wielki zawód, bo żadna z czterech serii nie potrwała dłużej niż 5 meczów i jedynie rywalizacja pomiędzy Boston Celtics a Philadelphią 76ers była zacięta. Finały konferencji rozpoczną się dopiero w niedziele, więc mamy kilka dni przerwy od NBA. Przyszedł czas na podsumowania. Czego dowiedzieliśmy się w trakcie drugiej rundy playoffów?

Lebron James > Toronto Raptors

Są w życiu rzeczy, których teoretycznie możemy być pewni. Na tej liście zazwyczaj znajdują się śmierć i podatki, ale dopisałbym do tego jeszcze fakt, że Toronto Raptors nie dadzą rady w serii z Lebronem Jamesem.

Miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze. Nikt jednak nie przypuszczał, że ta rywalizacja będzie miała taki przebieg. Okej, większość typowała zwycięstwo Raptors (ja nie, nigdy nie stawiam przeciwko Królowi), ale nawet ci typujący awans Cavaliers, nie mogli przewidywać, że wszystko potrwa zaledwie tydzień. A tak też się stało, chociaż…. niewiele zabrakło, aby ta seria miała zupełnie inny przebieg. Gdyby Fred VanVleet trafił trójkę pod koniec regulaminowego czasu gry w meczu numer 1 albo któryś z dwójki DeRozan / Valanciunas umieścili piłkę w koszu przed syreną końcową (a zabrakło niewiele) to… no, właśnie – gdyby. Gdyby babcia miała wąsy to wiadomo. Nie będziemy gdybać. Dinozaury nie były w stanie się podnieść po niewykorzystanej okazji w pierwszym starciu i Cavaliers po prostu dobili leżącego.

Lebron James pokazał, kto rządzi w Toronto. I nie, to nie jesteś Ty, Drake. Były momenty, że James po prostu bawił się Raptors. Serio, spójrz na drugą połowę w spotkaniu numer 2. To podchodziło pod gwałt. James wymyślał sobie niesamowicie trudne rzuty z półdystansu i ot tak je trafiał. To był najprawdopodobniej najlepszy występ Króla pod względem rzutowym w jego karierze.

Ostatecznie Lebron skończył serię z Raptors, notując średnio 34 punkty, 8.3 zbiórki, 11.3 asysty i nie przeszkodził mu nawet fakt, że był nieskuteczny – 16.7% za trzy i 57.6% z linii rzutów wolnych.

On może być jeszcze lepszy, a to przerażająca perspektywa dla reszty ligi.

Klub z Kanady miał najlepszy sezon w historii organizacji, ale na drodze stanął Lebron James. Teraz już wszyscy wiedzą, kto jest Królem na Wschodzie.

W końcu, czyli Chris Paul w finałach konferencji!

Chris Paul skończy karierę jako jeden z najlepszych rozgrywających w historii – co do tego nie ma wątpliwości. Kwestia, na którym miejscu w rankingu. W tego typu zestawieniach liczą się indywidualne osiągnięcia, ale jest też coś ważniejszego, a konkretnie sukcesy drużyn danego gracza. Paul jest w lidze od 2005 roku, jednak nigdy nie dotarł dalej niż półfinały konferencji. Było blisko – choćby pamiętna seria jego Clippers z Houston Rockets w 2015 roku – ale za ,,blisko” nie otrzymuje się awansu.

I w końcu nadszedł ten rok. Nadszedł ten sezon, w którym CP3 zrobił krok do przodu i zagra po raz pierwszy w finałach konferencji. Taki był powód przyjścia do Rockets i jak widać, wszystko poszło zgodnie z planem.

Paul bardzo chciał przeskoczyć tę górkę, z każdym meczem w serii z Utah Jazz grając coraz lepiej. Eksplozja nastąpiła w spotkaniu numer 5, gdzie 33-letni rozgrywający kompletnie zdominował czwartą kwartę. CP3 był nie do zatrzymania, zdobywając ostatecznie 41 oczek (8/10 za trzy). Paul praktycznie w pojedynkę zapewnił Rockets zwycięstwo. To właśnie dlatego Houston tak zależało, żeby pozyskać drugą gwiazdę do duetu z Jamesem Hardenem. Teraz Rakiety mają dwa ,,działa”, które mogą razić w najważniejszych momentach.

Chris, gratulujemy i liczymy na więcej.

Młode wilki podbijają NBA

Rzadko zdarza się, żeby debiutanci odgrywają istotną rolę w playoffach. Powód na to zjawisko jest kilka. Po pierwsze, zawodnicy z wybrani najwyższymi pickami trafiają z reguły do słabych drużyn, bo taka jest formuła draftu. Po drugie, rookies to nadal młodzi chłopcy (19, 20, 21-letni), którzy dopiero wchodzą w świat wielkiej koszykówki. W NCAA rozgrywa się około 40 spotkań, co przy intensywności NBA jest praktycznie niczym. Są jednak wyjątki od tej reguły.

Jayson Tatum, Donovan Mitchell i Ben Simmons byli (lub są) czołowymi postaciami swoich ekip w tegorocznych playoffach. Oni nie wyglądali na pierwszoroczniaków – to już teraz gracze dojrzali, którzy są w stanie wziąć drużynę na swoje barki.

Najgorzej z tej trójki wypadł Simmons, chociaż słowo najgorzej nie do końca oddaje jego dyspozycję. W pierwszej rundzie zdominował Miami Heat, a w drugiej po prostu nie był w stanie poradzić sobie z najlepszą defensywą w NBA. Australijczyk to wielki talent, który jeżeli doda rzut z dytansu, może być w perspektywi kilku lat nie do zatrzymania.

Z kolei Mitchell miał momenty, w których wyglądał jak przyszła gwiazda ligi. To on był najlepszym zawodnikiem Utah Jazz, a ci Jazz pokonali w pierwszej rundzie OKC Thunder. Mitchell w 12 występach w tegorocznych playoffach tylko dwa razy (!!!) zanotował mniej niż 20 punktów. Jako 21-latek. Wow.

Tatum jako jedyny z tej trójki cały czas walczy o mistrzostwo NBA. Jego postawa to coś, czego nie spodziewali się nawet najbardziej zagorzali fani Boston Celtics. Tatum ma dopiero 20 lat, a już teraz stał się koszykarzem praktycznie kompletnym, w serii przeciwko 76ers zdobywając średnio 23.6 punktu.

Co ciekawe, Donovan Mitchell i Jayson Tatum zanotowali historyczne playoffy.

Tatum ma jeszcze szansę wskoczyć na pierwszą pozycję. Czy to zrobi? Przekonamy się za niedługo. Wiesz, kim jest ten Lew Alcindor? To nazwisko może Ci nie mówić zbyt dużo, ale Kareem Abdul Jabbar, to już chyba tak.

Jedno jest pewne – przed młodymi wilkami stoi świetna kariera i fani Utah Jazz, Boston Celtics i Philadelphii 76ers na pewno są niesamowicie podekscytowani przyszłością.

Zgodnie z planem, ale… nie do końca

Gdybyś w październiku został zapytany, które drużyny spotkają się finałach konferencji, to co byś odpowiedział? Nie wiem jak Ty, ale moja czwórka brzmiałaby następująco: Cleveland Cavaliers, Boston Celtics, Golden State Warriors i Houston Rockets. Wygląda znajomo? Na pewno, bo to cztery zespoły, które awansowały do tej fazy rozgrywek. Co ciekawe, na Zachodzie wszystko poszło zgodnie z planem (może poza małą zadyszką Warriors pod koniec sezonu regularnego), o tyle w Konferencji Wschodniej nic było tak, jak miało być.

Celtics na początku rozgrywek stracili Gordona Haywarda, a w marcu do grona kontuzjowanych dołączył Kyrie Irving. 17-krotni mistrzowie NBA najpierw nie mieli awansować do playoffów, a później praktycznie nikt nie dawał im szans na pokonanie Milwaukee Bucks i Philadelphii 76ers. I co? I Celtics po raz kolejny pokazali serce i są w finałach konferencji po raz drugi z rzędu.

Sprawa z Cavaliers jest równie ciekawa. Wszystko zaczęło się od odejścia Kyriego Irvinga. Wtedy jeszcze wydawało się, że przyjście Isaiaha Thomasa załata dziurę po Irvingu, ale tak się nie stało. Thomas nigdy nie był zdrowy i był cieniem samego siebie. Cavaliers wymienili połowę składu, ale pozyskani gracze nie odgrywają teraz praktycznie żadnej roli. Olbrzymią rolę odgrywa za to Lebron James, który wszedł na fantastyczny poziom. Cavs byli o krok od odpadnięcia w pierwszej rundzie, a teraz muszą wygrać 4 mecze i po raz czwarty z rzędu zagrają w wielkim finale. Nikt już nie pamięta, że w trakcie fazy zasadniczej ten zespół miał fatalną defensywę.

Na koniec dnia wszystko jest tak, jak przypuszczano jeszcze w październiku. Sposób się nie liczy – przecież cel uświęca środki, prawda?