Wczoraj zrobiliśmy małe podsumowanie finałów konferencji na Wschodzie, teraz przechodzimy na Zachód. W serii tytanów mamy remis 1-1 po tym, jak Houston Rockets odpowiedzieli w meczu numer 2, pewnie wygrywając we własnej hali. Oba spotkania było stosunkowo mało wyrównane, ale w obu mogliśmy zobaczyć różne twarze zarówno Rockets, jak i Warriors. Co wiemy po dwóch pierwszych starciach Finałów Zachodu?

Kevin Durant to drugi najlepszy zawodnik na świecie

Stephen Curry jest fenomalnym strzelcem. James Harden to praktycznie kompletny zawodnik w ofensywie. Russell Westbrook jest maszynką do triple-doubles. Nie znajdziesz lepszego zawodnika na obie strony parkietu niż Kawhi Leonard. Lebron James to Król i cały czas najlepszy koszykarz na naszym globie.

Moim zdaniem Kevin Durant jest zaraz po nim.

Ta seria tylko to potwierdza. KD jest nie do zatrzymania i w obu meczach był kapitalny, nic nie robiąc sobie z obrony rywali. Tak naprawdę to dzięki niemu Wojownicy zwyciężyli w pierwszym spotkaniu, a w drugim to jego postawa była jedynym jasnym punktem Warriors. Możemy sobie przypomnieć, jak dominujący potrafił być Durant, kiedy był jedynym samcem alfa w swojej ekipie (wówczas grając w Oklahomie).

KD ma przede wszystkim warunki fizyczne, które wyróżniają go spośród innych. 210 centymetrów czystego skilla. Dla niego żadnym problemem nie jest wykreowanie sobie pozycji. On po prostu rzuca nad rywalami, bo… może. Bo nikt nie dosięgnie, a bloki na Durancie w tym sezonie policzysz na palcach jednej ręki. Kiedy trzeba, KD weźmie ciężar gry na siebie i wiesz, że dostarczy Ci punkty. Tego samego nie można powiedzieć o Hardenie, Currym, Westbrooku czy Leonardzie. Każdy z nich ma jakieś słabe punkty, które można wyeksponować. Ale nie Durant.

KD jest zawodnikiem kompletnym w ofensywie, ale też daje swoje w obronie. Głosy z początku sezonu, że powinien być kandydatem do statuetki defensora roku, były oczywiście przesadzone, jednak długość Duranta daje mu warunki do blokowania rzutów przy obręczy.

Rockets zmieniają krycie praktycznie przy każdej zasłonie. Aby przeciwstawić się takiej strategii, potrzeba koszykarzy do gry 1 na 1. Nie ma nikogo lepszego w NBA w starciach sam na sam niż Kevin Durant, co potwierdza 75 punktów w dwóch spotkaniach. To na pewno nie jest wymarzony styl gry dla Warriors, ale, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

KD, tęskniliśmy.

Curry smakuje wygląda dobrze (przynajmniej fizycznie)

Tak, wiem, jak dziwnie to wygląda. 34 punkty i 2/13 za trzy w dwóch pierwszych występach w wykonaniu najlepszego strzelca historii to dramat. Czy jest coś, co można pochwalić? Oczywiście.

Pamiętaj, że Steph wrócił po kontuzji kolana i jest trochę zakurzony. Ale ja się o niego nie martwię, jeżeli chodzi o formę rzutową. Trójki prędzej czy później zaczną wpadać i według mnie to będzie to szybciej niż później. Teraz Warriors wracają do Oakland, gdzie Curry czuje się najlepiej. Na swoich koszach i przed własną publicznością powinien się trochę odbudować strzelecko.

Chcę zwrócić uwagę na inną rzecz, a mianowicie na to wspomniane kolano.

Steph wygląda nadspodziewanie dobrze, jeśli weźmiemy pod uwagę jego poruszanie się. Dostaje się pod obręcz z łatwością, mijając rywali – głównie Clinta Capelę – z łatwością. Zapomnijmy o rzutach za trzy, chociaż na chwilę. Zrobiliście to już? Okej. Zatem spójrzmy na pierwsze dwa występy Curry’ego. 13/21 za dwa to bardzo dobra efektywność, tym bardziej, biorąc pod uwagę, że większość z tych koszów były po penetracjach. To jest według mnie ważniejsze niż trójki. Bo niedocenianą umiejętnością Stepha jest jego ciąg na kosz i kończenie akcji w tłoku.

Dołóż do tego 15 asyst i wszystko wygląda… okej? Ale od niego oczekujemy czegoś więcej. Liczymy na magię i czary, do których nas przyzwyczaił przez poprzednich kilka lat.

Spokojnie, rzut wróci. Cieszmy się, że Steph Curry wygląda dobrze fizycznie.

 

Zadaniowcy Rockets zdecydują o wyniku

James Harden i Chris Paul w mniejszym lub większym stopniu będą robili swoje – 50/60 punktów powinni zdobyć we dwóch. Klucz do sukcesu Rockets leży gdzie indziej, co pokazały dwa pierwsze starcia.

Mecz numer 1: 9/24 z gry, 4/14 za trzy, 26 punktów, Rockets -13

Mecz numer 2: 22/33, 12/18 za trzy, 60 punktów, Rockets +22

Co to za statystyki? To łączna zdobycz trzech graczy: Erica Gordona, PJ Tuckera i Trevora Arizy. Łatwo zauważyć, że to od nich zależy wynik. W pierwszym spotkaniu ta trójka zdobyła 26 puntów, a Houston przegrało -13. W drugim zdobyli o 36 punktów więcej i z -13 zrobiło się +22, co daje…35 punktów różnicy.

Widzisz zależność?

Nie spodziewam się, że w Oakland to się utrzyma. Warriors zagrali naprawdę fatalnie, oddając, zwłaszcza Tuckerowi, dużo otwartych trójek. Gordon trafiał trudne rzuty, do czego akurat on jest zdolny. Wątpliwe jednak, aby we dwójkę złożyli się po raz kolejny na 11 na 15 za trzy.

Rockets wyszli tak, jakby od tego zależało ich życie, bo tak de facto było. W przypadku porażki mogliby już wywiesić białą flagę, jadąc na wyjazd przy stracie dwóch zwycięstw. Teraz mamy remis.

Czy zadaniowcy mogą jeszcze raz tak wypalić? Jasne.

Czy to zrobią? Zobaczymy już w niedziele.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

Nasza percepcja jest taka, że Golden State Warriors to najlepsza drużyna, jeżeli chodzi o shooting za trzy. Taki tok myślenia nie jest daleki od prawdy – Warriors byli na pierwszym miejscu w sezonie regularnym pod względem skuteczności trójek, jednak dopiero na 15. w oddanych.

Spójrzmy na skład. Poza trójką elitarnych strzelców (Curry, Thompson, Durant), brakuje zawodników grożących rzutem zza łuku. Z koszykarzy w rotacji Kerra tylko Nick Young trafia 1.5 trójki w meczu przy przyzwoitej skuteczności 37%. Reszta? Draymond Green 30.1%, Andre Iguodala 28.2%.

I tutaj dochodzimy do pewnego paradoksu. Bo nie wiadomo dlaczego, w składzie Wojowników znajdziemy aż 7 centrów/zawodników podkoszowych niegrożących rzutem: Kevon Looney, Javale McGee, Shaun Livingston, David West, Jordan Bell, Zaza Pachulia, Damian Jones. Po co? Jaki ma sens? Co poeta miał na myśli?

W przerwie międzysezonowej Bob Myers będzie musiał poczynić kroki, aby ulepszyć ławkę rezerwowych. Pierwsza piątka jest świetna, ale w tym momencie zmiennicy nie są w stanie wnieść praktycznie nic po atakowanej stronie parkietu. W przypadku, gdy – dajmy na to – Curry lub Thompson mają zły dzień strzelecko, Warriors nie mają skąd czerpać punktów. No, chyba że Javale McGee zacznie nagle trafiać za trzy, lecz w to nie wierzymy. Te braki wychodzą szczególnie w serii z Rockets. Mike D’Antoni ma do dyspozycji rezerwowych, którzy mogą się nagle odpalić i zdobywać seryjnie punkty – patrz Eric Gordon i Gerald Green.

Na koniec dnia to może nie mieć znaczenia, ale… jeżeli seria zrobi się wyrównana i zaczną decydować detale, to kto wie…

Switchowanie przyszłością NBA

Kiedyś, taktyka zmiany krycia pomiędzy graczami była uznawana za złą i miała świadczyć o słabości obrony. Ta seria wydaje się tego zaprzeczeniem, bo Rockets i Warriors chyba biją rekord NBA w switchach w każdym spotkaniu. Obie drużyny zmieniają krycie praktycznie na każdej zasłonie.

I to jest przyszłość NBA. Dlatego też kluby poszukują atletycznych skrzydłowych. Spójrz na Boston Celtics i ich skład. Teraz, Twój podkoszowy ma być kimś więcej niż obrońcą obręczy. Musi być w stanie obronić niższego zawodnika w akcji 1 na 1. Ciekawe, jak ta tendecja wpłynie na ocenę młodych zawodników przy okazji nadchodzącego draftu.

Mnie się ta zmiana podoba, gdyż dzięki temu koszykarze stają się bardziej wszechstronni. Teraz już nie wystarczy, że środkowy będzie czekał pod koszem. Teraz taki center musi wychodzić wysoko na obwód, aby gryć niższych i szybszych graczy.

Za kilka lat taktyka zmiany krycia może być już powszechna wszędzie. Zobaczymy. Na razie to Golden State Warriors i Houston Rockets switchują na potęgę. Zwróć na to uwagę w następnym meczu. To teorerycznie brzmi łatwo, ale wymaga świetnej komunikacji i zgrania zespołów.