Wprawdzie jeden ze znanych polityków zwykł mawiać, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy, a jego bon mot ma pokrycie również w świecie futbolu, ale na jednej trzeciej dystansu do mety najsilniejszych europejskich lig już wyraźnie widać faworytów większości z nich. Na kogo warto stawiać, by w maju móc cieszyć się zastrzykiem gotówki z zakładów długoterminowych?

LaLiga

W sierpniu niewielu ekspertów przewidywało, że już na tak wczesnym etapie sezonu Barcelona wypracuje sobie nad Realem Madryt ośmiopunktową przewagę, a Królewscy dadzą się pobić Gironie czy Betisowi Sewilla. Obecnie to jednak Los Blancos muszą oglądać plecy odwiecznych rywali, a pogubione przez podopiecznych Zinedine’a Zidene’a punkty wydają się przekreślać ich szanse. Co więcej, Barca w przeciwieństwie do stołecznej ekipy nie traci punktów ze słabeuszami – jedyne cztery oczka zgubiła dotąd w rywalizacji z Valencią i Atletico. Obserwując grę Królewskich, wydaje się że to właśnie Nietoperze i Los Colchoneros będą ich bezpośrednimi rywalami w tym sezonie. Bez formy jest zdecydowana większość piłkarzy Realu. Dające nadzieję kibicom Los Blancos wyjątki stanowią Isco, Asensio i Casemiro. Co gorsza dla nich, na Blaugranę negatywnie nie wpłynęła ani utrata Neymara, ani plaga kontuzji, która spadła na Camp Nou, ani zmiana trenera. Ta akurat wyszła Dumie Katalonii na dobre – Ernesto Valverde tchnął w gwiazdy Barcy nowego ducha i sprawił, że jego podopieczni znów dominują. W czołówce bardzo pewnie czuje się również Valencia, która w miarę trwania sezonu powinna jednak zacząć gubić punkty. Los Ches zapewne stoczą batalię o trzecie miejsce z Atletico i Sevillą, w której zdecydowanie najmniejsze szanse ma ta ostatnia. Kolejne w tabeli Villarreal i Sociedad raczej nie dysponują kadrami, które pozwalałyby im z nadzieją patrzeć w górę tabeli.

Premier League

Zmagania na Wyspach miały być w tym sezonie wyrównane jak nigdy wcześniej. Fakt, rywalizacja o drugie miejsce wciąż jest zaciekła, jednak Manchester City ewidentnie odjechał konkurentom. Podopieczni Pepa Guardioli zaliczyli najlepszy start w historii Premier League, mają praktycznie dwie jedenastki zdolne do gry na najwyższym poziomie i trudno winić Manchester United czy Chelsea, że nie potrafią dotrzymać kroku Obywatelom. Główni pretendenci do wicemistrzostwa kraju tracą do City odpowiednio: osiem i 11 punktów. To, że gracze z błękitnej części Manchesteru wygrywają nawet w meczach, w których ewidentnie gra im się trudno (jak na przykład w starciu z Huddersfield) musi dodatkowo deprymować ich rywali. Kolejna trójka, czyli Arsenal, Liverpool i Tottenham (trudno spodziewać się, by Burnley utrzymało się przed Kogutami) to zespoły absolutnie nieobliczalne i trudno wyrokować, który z nich zajmie najwyższą lokatę. W Anglii pojęcie „wielkiej czwórki” już dawno przestało być aktualne, a w tym sezonie oderwana od ligowego peletonu grupa najprawdopodobniej będzie liczyła sześciu członków. Istotnym czynnikiem mogą okazać się kontuzje, a przełomowym momentem rywalizacji świąteczny maraton, na który jak co roku ostrzą sobie zęby sympatycy angielskiego futbolu. Nie bez znaczenia będzie również to, jak długo każdy z czterech uczestników Champions League będzie musiał godzić rywalizację na dwóch frontach.

Bundesliga

Jak co sezon faworytem rozgrywek był Bayern i trzeba przyznać, że na tym etapie rozgrywek wciąż nim pozostaje. Bynajmniej nie ze względu na topową formę i efektowny styl gry, ale na słabość swoich konkurentów. Borussia Dortmund, wymieniana jako jeden z najpoważniejszych rywali Bayernu w rywalizacji o mistrzowską paterę, po serii sześciu meczów bez zwycięstwa osunęła się na odległe piąte miejsce w tabeli, a posada chwalonego na początku sezonu Petera Bosza obecnie wisi na włosku. Schalke i Borussia Moenchengladbach nie wydają się realnymi pretendami do rywalizacji o najwyższe cele. Obecnie najpoważniejszym konkurentem dla FCB jest RB Lipsk, który po 13 kolejkach traci do obrońców tytułu tylko trzy punkty. Wydaje się jednak, że poziom sportowy zawodników Bayernu pozwoli im bez większych problemów obronić mistrzostwo. Nawet kryzys z początku sezonu nie był w stanie zepchnąć Die Roten na dłużej z fotela lidera. Pod wodzą nowego trenera, Juppa Heynckesa, Duma Bawarii wprawdzie nie zachwyca, ale i tak legitymuje się najskuteczniejszą ofensywą i najszczelniejszą defensywą w lidze. Mówiąc krótko – Bawarczycy mimo słabszego sezonu po prostu nie mają z kim przegrać na krajowym podwórku. Walka o miejsca w Lidze Mistrzów zapowiada się natomiast bardzo ciekawie, a o miejsca 2-4 może do końca walczyć nawet sześć zespołów.

Serie A

Liga włoska, w której hegemonia Juve trwa jeszcze dłużej niż dominacja Bayernu w Niemczech nareszcie nabrała rumieńców. Faworyzowana Stara Dama zajmuje obecnie dopiero trzecie miejsce, a nad nią w tabeli znajdują się solidny i wyrachowany Inter oraz prezentujące spektakularny futbol Napoli. Za plecami Bianconerich czai się natomiast z trzypunktową stratą Roma. Warto również wspomnieć o piątym Lazio i sklasyfikowanej o „oczko” niżej Sampdorii, które wyprzedzają zbudowany za setki milionów euro Milan. Rossoneri pozbyli się właśnie Vincenzo Montelli, jednak trudno oczekiwać, by pod wodzą nowego trenera zdołali dołączyć do ligowej czołówki. Mimo kiepskiego stylu i kilku kosztownych wpadek (m.in. porażka z Sampdorią i remis z Atalantą), faworytem do scudetto pozostaje Juventus. W poprzednich sezonach gracze ze stolicy Piemontu odrabiali już znacznie wyższe straty, a o prawdziwym zagrożeniu będzie można mówić dopiero, gdy sytuacja nie poprawi się w granicach 25-30 kolejki. Na 1/3 dystansu najpoważniejszym rywalem dla Starej Damy wydaje się Napoli. Gracze spod Wezuwiusza grają ofensywną piłkę, jednak jednocześnie tracą najmniej bramek w lidze (wspólnie z Romą) i jak dotąd nie dali się pokonać w lidze. Żadnej porażki nie odniósł także Inter, jednak to prawdopodobnie oni jako pierwsi odpadną z walki o mistrzostwo. Nerazzurrim brakuje jeszcze kilku graczy klasy Mauro Icardiego, by na poważnie myśleć o scudetto.