Po sromotnej klęsce w wyjazdowym meczu z Danią, Biało-Czerwoni zrehabilitowali się na własnym stadionie, pokonując Kazachstan 3:0. W spotkaniach takich jak dzisiejsze starcie na PGE Narodowym najbardziej liczą się trzy punkty, a styl gry schodzi na dalszy plan. Nasi reprezentanci cel osiągnęli, jednak postawa Polaków długimi fragmentami pozostawiała wiele do życzenia. Czego dowiedzieliśmy się obserwując dzisiejszy występ Reprezentacji Polski?

Różnica jakości była widoczna

Kazachstan nie jest potęgą piłkarską, o czym wiadomo nie od dziś – nasi rywale zajmują 105 miejsce w rankingu FIFA i dopiero 28 lokatę w klubowej klasyfikacji UEFA, a ich ostatnie cztery spotkania eliminacyjne skończyły się porażkami. Różnica pomiędzy wyszkoleniem Kazachów a jakością sportową Duńczyków, od których Biało-Czerwoni otrzymali niedawno surową lekcję, jest kolosalna. Podobnie jak w zeszłorocznym meczu w Astanie, podopieczni trenera Borodyuka wyszli w ustawieniu 1-3-5-2, skupiając się przede wszystkim na defensywie. W jedenastce Kazachów brakowało Bauyrzhana Islamkhana, który w pierwszym meczu dał się we znaki naszym obrońcom. Przeciwnicy Orłów Nawałki pokazali jednak ambicję, nieustępliwość i duże zaangażowanie, które wystarczyły, by sprawić naszym reprezentantom spore problemy. Niestety, należy podkreślić, że Biało-Czerwoni wygrali ten mecz jedynie dzięki wyższym umiejętnościom indywidualnym, a nie znacznie lepszej postawie niż w meczu z Danią.

Kopenhaskie demony powróciły… na kwadrans

Mimo jednobramkowego prowadzenia tuż po przerwie serca polskich kibiców zamarły. Goście przypuścili szturm na naszą bramkę, a przez pierwsze 15-20 minut sytuacja na boisku bardzo przypominała wydarzenia, które fani mieli świeżo w pamięci po meczu z Duńczykami. Polacy dali sobie narzucić chaotyczny styl gry rywali, którzy dużo lepiej radzili sobie w akcjach opartych na długich piłkach, przebitkach i indywidualnych rajdach. Zapędy rywali ostudził dopiero gol Kamila Glika, który skutecznie „zabił mecz”. Trzeba jednak przyznać, że statystyka strzałów celnych, w której po stronie Kazachów widnieje zaledwie jedno uderzenie jest bardzo myląca, a goście mieli kilka niezłych sytuacji bramkowych.

Rezerwowi wykorzystali szansę

Do Adama Nawałki przylgnęła opinia trenera, który konsekwentnie stawia na „swoich ludzi”, nie zrażając się słabszymi występami i dając im szansę rehabilitacji. Po blamażu w Kopenhadze nawet tak cierpliwy selekcjoner jak Nawałka wprowadził do składu kilka rotacji. Miejsce Jędrzejczyka, Linettego i Błaszczykowskiego w podstawowej jedenastce zajęli Rybus, Milik oraz Makuszewski, a ustawienie Biało-Czerwonych przekształciło się z 1-4-3-3 w 1-4-4-1-1. Owocem współpracy graczy, którzy dostali szansę od selekcjonera była bramka na 1:0, którą zdobył Milik po asyście Makuszewskiego. Występ wszystkich trzech należy ocenić pozytywnie. Makuszewski, dla którego był to dopiero drugi występ w narodowych barwach był pewny siebie, aktywny, a rywale często musieli uciekać się do fauli, by go zatrzymać. Często zmieniał stronę i sporo biegał, co musiało kosztować go sporo sił, gdyż po przerwie wyraźnie przygasł. Milik mimo kilku zmarnowanych sytuacji zdobył gola i dobrze współpracował z Lewandowskim, zaś Rybus prezentował się znacznie lepiej niż Jędrzejczyk, którego „Rybka” zastąpił na lewej obronie.

Środek pola znów nie oczarował

Krzysztof Mączyński i Piotr Zieliński ponownie nie należeli do wyróżniających się postaci Reprezentacji Polski. Zwłaszcza ten pierwszy zaliczył kiepski występ – zdarzały mu się błędne decyzje, nie najlepiej prezentował się w obronie i spowalniał akcje. Zieliński mimo asysty również nie zachwycił swoją postawą, a wiele z posyłanych przez niego prostopadłych piłek i strzałów zatrzymywało się już na nogach najbliższego przeciwnika. Zdecydowanie więcej dobrego w ofensywie Polaków działo się po akcjach oskrzydlających. Na konto dwóch pomocników można zapisać też zbyt głębokie ustawienie przy atakach rywali, którzy dzięki ich biernej postawie mieli sporo szans na uderzenia z 20 metrów od bramki Fabiańskiego. Na szczęście żadne z nich nie znalazło drogi do siatki Polaków.

Sędzia zwrócił gola Lewandowskiemu

Sposób prowadzenia meczu przez łotewski tercet arbitrów był absolutnie kuriozalny. Zaczęło się od serii chamskich fauli Kazachów na naszych zawodnikach, po których prowadzący spotkanie sędzia Treimanis bardzo oszczędnie dysponował kartkami. Gdyby podliczyć wszystkie przewinienia obrońców gości i ukarać je adekwatnie do przepisów gry w piłkę nożną, Kazachowie na pewno nie dokończyliby tego spotkania w komplecie. Następnie sędzia nie uznał kontrowersyjnej bramki dla przyjezdnych na 1:1. Sytuacja była sporna i akurat z tej decyzji arbiter zapewne się obroni. Tego, co stało się przy bramce-widmo Lewandowskiego z rzutu wolnego, nie da się jednak w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć. Chociaż piłka wylądowała dobre pół metra za linią bramkową Kazachów, gol nie został uznany. Biało-Czerwoni nie dali się jednak zdeprymować i po kilku minutach za sprawą główki Kamila Glika podwyższyli na 2:0. W końcówce łotewski arbiter ponownie dał próbkę swojego kunsztu, dyktując rzut karny dla Polski. Pan Treimanis nabrał się na teatralny pad Lewandowskiego, a (nie)sprawiedliwość z 11 metrów wymierzył sam poszkodowany.