To był znakomity luty w wykonaniu Russella Westbrooka, który zaliczył jeden z najlepszych miesiąców w swojej karierze. Zakończył go we wspaniałym stylu, zdobywając aż 41 punktów w wygranym przez Houston Rockets pojedynku z Boston Celtics. Było to niezwykle emocjonujące starcie, które rozstrzygnęło się dopiero po dogrywce.

41 oczek, 16/27 trafień z gry i znakomite zakończenie jednego z najbardziej produktywnych miesiąców w karierze Russella Westbrooka w NBA. Właśnie dla takich występów Houston Rockets ściągnęli latem ubiegłego roku rozgrywającego, który dołączył do Jamesa Hardena i stworzył duet MVPs – wszak obaj zawodnicy wygrywali w ostatnich latach statuetkę dla najlepszego gracza sezonu regularnego. W sobotę w Bostonie to Harden miał sporo problemów z defensywą Boston Celtics, która od początku meczu skupiała się na tym, aby powstrzymać Brodacza. Bardzo dobrze wykorzystał to więc Westbrook, który w obliczu kłopotów kolegi wziął sprawy w swoje ręce. Jak potem mówili zawodnicy Celtics, drużyna zbyt mocno skupiła się na powstrzymaniu Hardena i trochę zapomniała, że przecież w barwach ekipy z Houston biega jeszcze jeden MVP. To już kolejny znakomity miesiąc w wykonaniu Westbrooka, który od początku nowego roku kalendarzowego gra jak z nut.

W styczniu zdobywał średnio 32.5 punktów, trafiając ponad 52 procent swoich rzutów. W lutym jeszcze poprawił te wyniki, notując średnio 33.4 oczka w każdym meczu przy prawie 55-procentowej skuteczności prób z gry. Pod tym względem był to jego najlepszy miesiąc w całej 12-letniej karierze. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Westbrook ograniczył rzuty za trzy punkty – przeciwko Celtics w sobotę tylko dwie próby z jego 27 rzutów to były właśnie trójki. Zdecydowaną większość jego gry stanowią więc wejścia pod kosz, co umożliwia mu także niskie ustawienie Rockets zapewniające właściwy spacing, który otwiera drogę do obręczy. Nic więc dziwnego, że w Houston są dziś bardzo zadowoleni z Westbrooka i sami przypominają, że przecież to były MVP sezonu regularnego. Harden z kolei dodaje, że przecież były zawodnik Oklahoma City Thunder gra w barwach Rockets dopiero pierwszy sezon. Potrzeba było więc czasu, ale Westbrook nareszcie stał się jakby idealnym dopełnieniem Brodacza. Dzięki tej dwójce Rakiety wygrały już sześć kolejnych meczów.

Garść innych informacji z soboty w NBA:

  • Kolejny bardzo dobry występ pod nieobecność Damiana Lillarda zaliczył w sobotę CJ McCollum, który zdobył 35 oczek w pojedynku z Atlanta Hawks, ale nie wystarczyło to do zwycięstwa Portland Trail Blazers. Wciąż przedłuża się absencja Lillarda, który nie zagra także w poniedziałek, przez co maleją szanse Blazers na skuteczny atak ósmego miejsca w konferencji zachodniej.
  • Spora niespodzianka w Memphis, gdzie tamtejsi Grizzlies po serii porażek tym razem okazali się lepsi od… Los Angeles Lakers, czyli numeru jeden na Zachodzie. Przeciętnie zagrali LeBron James czy Anthony Davis, podczas gdy fantastyczne zawody zaliczyli m.in. Jonas Valanciunas (22 punkty, 20 zbiórek) czy Ja Morant (27 oczek, 14 asyst). Tego drugiego sam LeBron po meczu nazwał „niezwykle wyjątkowym”. Dzięki wygranej Grizzlies mogą na chwilę odetchnąć – to bowiem oni zajmują w tym momencie ósme miejsce w konferencji zachodniej, o które toczy się chyba największa bitwa w całej lidze.
  • Golden State Warriors mieli w sobotę do dyspozycji zaledwie ośmiu zawodników i ani jednego zdrowego rozgrywającego, lecz mimo to ograli na wyjeździe Phoenix Suns. 25 oczek dla zwycięzców zdobył pierwszoroczniak Eric Paschall. Na niedzielne spotkanie z Washington Wizards do gry wrócić miał Stephen Curry, ale data jego powrotu została jednak przesunięta o kilka dni.