Oto nadszedł moment wyczekiwany i zarazem odpychany przez wszystkich fanów piłki kopanej – koniec sezonu w najsilniejszych ligach. Z jednej strony czekamy z niecierpliwością, by poznać końcowy układ tabeli, z drugiej marzymy o tym, by ten moment nigdy nie nadszedł, gdyż razem z nim nadejdą trzy miesiące pustki.

Ja jednak przypominam sobie słowa swoich ciotek, które doczekawszy kolejnego Bożego Narodzenia, mówią: “No tak, teraz Sylwester, Wielkanoc, wakacje, Wszystkich Świętych i znowu Wigilia… ale ten czas leci…”. Tak samo, jak one powiem: teraz finały europejskich pucharów, sparingi (Liverpool na przykład od razu po sezonie rozegra mecz towarzyski w Sydney), ostatnie kolejki w słabszych ligach, prezentacje koszulek na następny sezon, start eliminacji do europejskich pucharów, wielkie transfery, towarzyskie puchary i znowu start sezonu… ale ten czas zleci…

Nie wypuszczajmy jednak naszych myśli aż tak bardzo w przód i skierujmy je na chwilę w kierunku tego, co przeszłe, wszak ostatnie kolejki odbyły się ledwie wczoraj. Osobiście najbardziej interesowało mnie zakończenie Premier League, mimo że wiadomo było, iż nie będzie to najdramatyczniejsze z zakończeń. Niestety tylko trzy drużyny walczyły jeszcze o coś więcej niż przyjemne zakończenie sezonu. Manchester City pragnął utrzymać miejsce, Liverpool celował w zachowanie czwartego i marzył o potknięciu City, a Arsenal życzył straty punktów Liverpoolowi.

Arsenal wypędzony z domu

Zacznę od Arsenalu, czyli w tym roku wyjątkowo nie od czwartego miejsca. Kilka tygodni temu pisałem tutaj, że skład Top4 jest już znany i że musiałby nastąpić cud, żeby Arsenal zagrał w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów. Okazało się, że cud był całkiem blisko i Kanonierzy po bardzo dobrej końcówce, mogli do ostatniej kolejki marzyć o czwartym miejscu. Udałoby się pewnie, gdyby sezon trwał jeszcze z dwa tygodnie, bo znając upodobanie Liverpoolu do marnowania najlepszych szans, The Reds pewnie straciliby punkty.

Arsenal po meczu z Evertonem

Jakkolwiek dzięki porażce Arsenalu w walce o Ligę Mistrzów wiemy, że londyńczycy nie są pod opieką jakiegoś potężnego boga pomagającego w zajęciu czwartego miejsca. Być może byli w ciągu ostatnich kilkunastu lat, ale tym razem albo swego boga obrazili, albo ktoś inny złożył hojniejszą ofiarę. Być może Arsenal za bardzo zaufał swemu szczęściu i przez pół sezonu postanowił grać na poziomie środka tabeli, a nie Ligi Mistrzów. To rozsierdziło boga na tyle, że oddał czwartą lokatę Liverpoolowi.

Kolejną, w mojej opinii, złą wiadomością dla fanów Arsenalu jest to, że Arsene Wenger prawdopodobnie przedłuży swój kontrakt. Odnoszę wrażenie, że z nim u sterów Arsenalu nadal nie czeka nic wyjątkowego, chyba że za wyjątkowe można uznać 10-2 w dwumeczu z Bayernem. Chociaż nie, Arsenal nie zagra w Lidze Mistrzów, więc nawet na to nie można liczyć. Wengera często porównuje się z Alexem Fergusonem, ale to zupełnie nietrafione porównanie, ponieważ jedyne, co łączy tych dwóch panów, to długość stażu w jednym klubie. Szkot jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym trenerem w historii futbolu, Francuz natomiast w ciągu dwudziestu jeden lat pracy w wielkim, bogatym klubie zdobył jedynie trzy mistrzostwa kraju i ani razu nie wygrał żadnego europejskiego pucharu. Ferguson nienawidził porażek, Wenger akceptuje je, jeśli tylko winę może zrzucić na kogoś innego. Pierwszy zdobywał mistrzostwo kraju z Gibsonem na środku pomocy i O’Shea na lewej obronie, drugi nie kwalifikuje się do Ligi Mistrzów z Sanchezem, Ozilem, Ramseyem i Kościelnym w składzie. Właścicielom Arsenalu wiele powinno mówić też to, że z wiadomości o przedłużeniu kontraktu z Wengerem, najbardziej ucieszą się kibice największych rywali.

Liverpool bez wpadki

Przed ostatnią kolejką wydawało się, że wszystko jest przygotowane pod kolejne spektakularne wykolejenie się The Reds. Rzecz jasna nie było raczej szans na przebicie poślizgnięcia się Stevena Gerrarda, ale wciąż mogło być ciekawie. Liverpool można ująć w kilku słowach, które usłyszałem od znajomego kibica tego klubu: “Nie oszukujmy się, nikogo nie zdziwi, jeśli nie wygramy z Middlesbrough”. Pierwsza połowa była naprawdę słaba w wykonaniu The Reds i było widać, że presja rośnie z każdą minutą, co pokazała nawet reakcja Jurgena Kloppa po pierwszej bramce. Ostatecznie jednak wszystko skończyło się po myśli liverpoolczyków.

Jurgen Klopp w czasie meczu z Boro

Był to też pierwszy pełny sezon Kloppa za sterami Liverpoolu. Jak go ocenić? Plan minimum został zrealizowany, a początek sezonu w wykonaniu jego piłkarzy był naprawdę fantastyczny i nawet pojawiały się głosy, że The Reds są poważnym kandydatem do zdobycia mistrzostwa. Później jednak nadszedł długi moment fatalnej gry i trzeba było skupić się na czwartym miejscu. Trzeba też pamiętać, że Niemiec prowadził Liverpool przez większą część poprzedniego sezonu, więc miał już trzy okienka transferowe, aby poprawić swój skład.

Pierwsza jedenastka The Reds prezentuje się bardzo dobrze. Simon Mignolet po wygraniu rywalizacji z Kariusem spisuje się bez zarzutów i dawno nie popełnił żadnego wielkiego błędu. Matip to jeden z najlepszych transferów w całej Premier League, zaliczył świetny sezon i do tego dobrze kontrolował Lovrena. Środek pomocy również wyglądał imponująco, lecz ucierpiał pod nieobecność Hendersona. Ofensywa złożona z Mane, Coutinho i Firmino sprawiała najlepsze wrażenie, ale wiele traciła w czasie absencji Senegalczyka. Tutaj pojawia się główny zarzut do Jurgena Kloppa – nie skompletował odpowiedniej ławki rezerwowych. Lucas, Moreno, wiecznie nieobecny Sturridge czy przeciętny Origi to nie są zawodnicy, którzy mogą wzmocnić drużynę grającą o mistrzostwo Anglii.

Mimo to pierwszy pełny sezon Kloppa można ocenić jako dobry. A zdobycie 76 punktów robi jeszcze większe wrażenie, gdy spojrzy się na wyniki jego poprzedników:

Rafael Benitez: 58 pkt, 5 miejsce,

Kenny Dalglish: 52 pkt, 8 miejsce,

Brendan Rodgers: 61 pkt, 7 miejsce,

Jurgen Klopp: 76 pkt, 4 miejsce.

Jeśli Klopp poprawi ten wynik, jego Liverpool będzie poważnym kandydatem do mistrzostwa. Pamiętajmy, że Liverpool w tym sezonie nie przegrał żadnego spotkania z zespołem z Top6, tak więc musi jedynie zacząć punktować w meczach z tymi teoretycznie słabszymi.

Nie tak kiepski Manchester City

The Citizens rozegrali wyśmienite spotkanie z będącym już na wakacjach Watfordem i przypieczętowali swoje trzecie miejsce. Fanów City pewnie równie mocno cieszy to, jak wygląda współpraca Gabriela Jesusa z Sergio Aguero. W niedziele wyglądali, jakby grali ze sobą od urodzenia.

Piłkarze Manchesteru City po bramce

Przez cały sezon miałem wrażenie, że i Manchester City i sam Pep Guardiola są krytykowani za często i za mocno. Klopp po osiemnastu miesiącach pracy zdobywa czwarte miejsce i jest chwalony, Guardiola po niecałym roku jest krytykowany za trzecie. Oczywiście Hiszpan miał do dyspozycji lepszych zawodników i dołączał do Premier League jako być może najlepszy trener świata, ale trzecie miejsce to wciąż dobry wynik. Wszak jego vis a vis, Jose Mourinho rozgrywa fatalny ligowy sezon i ratuje go tylko finał Ligi Europy.

City potrzebują większej regularności w grze, bo kilka bardzo dobrych meczów potrafili zepsuć głupią porażką, która zwykle dawała początek słabszej serii. Guardiola dokona zapewne kilku poważnych wzmocnień, przepracuje odpowiednio okres przygotowawczy i obudzi cały potencjał swojej drużyny. Jest po prostu zbyt ambitny, by pozwolić uciec szansie na mistrzostwo w kolejnej europejskiej lidze.

Zresztą w przyszłym sezonie obudzić będzie musiał się także Mourinho, Wenger będzie chciał pokazać, że piąte miejsce to jednorazowy wypadek przy pracy, Klopp spojrzy wyżej niż czwarta lokata, Conte spróbuje obronić tytuł, a Pochettino potwierdzić słowa Fergusona, który twierdzi, że Argentyńczyk to najlepszy trener w lidze.

Jak co roku – zapowiada się wyśmienity sezon.