58 spotkań – tyle trwała przerwa Stephena Curry’ego od koszykówki. Był to efekt bolesnego złamania ręki, do jakiego doszło jeszcze pod koniec października, a więc zaraz na starcie sezonu. Curry w środę wrócił wreszcie do gry i sam mówił, że ekscytacja była u niego tak wielka, jak gdyby przeżywał pierwszy dzień w szkole. Jego solidny występ nie uchronił jednak Golden State Warriors przed kolejną porażką w trwających rozgrywkach.

W tym momencie w San Francisco nastroje nie są najlepsze – drużyna, która od lat grała w finałach NBA i zdobyła trzy mistrzostwa ligi w tym sezonie nie zamelduje się nawet w fazie play-off. Co więc pozostało fanom Golden State Warriors? Ekscytacja sezonem regularnym i możliwość oglądania w akcji Stephena Curry’ego, który w środę po bardzo długiej przerwie wreszcie powrócił do gry. Jak zwykle efektowny, choć w pierwszym meczu po powrocie nie do końca efektywny. Tak można podsumować występ 31-latka, który zakończył zmagania z dorobkiem 23 punktów, siedmiu asyst oraz siedmiu zbiórek. Dwukrotny MVP sezonu regularnego trafił jednak tylko sześć z szesnastu rzutów, w tym trzy z dwunastu trójek. Curry spędził na parkiecie tylko 27 minut, a na dodatek trener Steve Kerr często zdejmował zawodnika, zgodnie z zaleceniami sztabu lekarskiego. Ale nawet mimo tych trudnych warunków szkoleniowiec Warriors był zadowolony z tego, jak poradził sobie Curry – Kerr podkreślił przede wszystkim, że Wojownicy to zupełnie inna drużyna w momencie, w którym 31-latek pojawia się na parkiecie.

Sam zainteresowany także był zadowolony ze swojego występu, choć Curry przyznał, że przez te krótkie zmiany nie był w stanie złapać swojego optymalnego rytmu. Przy okazji zauważył także, że znalazł się w zupełnie nowej dla siebie sytuacji – obok niego nie zagrał ani Draymond Green (problemy z kolanem), ani też Klay Thompson (rehabilitacja po zerwaniu więzadła w kolanie), a zamiast nich całkiem sporo nowych twarzy. Wśród nich m.in. Andrew Wiggins, na którego Wojownicy postawili jeszcze przed tegorocznym trade deadline i ściągnęli z Minnesota Timberwolves, który po meczu jak niemal każdy rozpływał się na samą myśl o grze obok Curry’ego. Wpływ gracza na zespół wykracza jednak daleko poza parkiet – im bliżej było jego powrotu, tym większa ekscytacja obejmowała wszystkich pracowników drużyny pomimo kolejnych porażek zespołu. Swoją radość z powrotu Stepha do gry wyraził również LeBron James na twitterze:

NBA z pewnością jest dużo ciekawszą ligą wtedy, kiedy Curry rzeczywiście niemal co wieczór wybiega na parkiet. W trwających rozgrywkach nie ma już szans na to, aby sezon Warriors został przedłużony, natomiast kolejne tygodnie to dla drużyny z San Francisco dobry czas, aby rozpocząć przygotowania pod następne rozgrywki. Nie pomagają kontuzje kluczowych zawodników (w środę przeciwko Raptors prócz Greena i Thompsona nie zagrał też Kevon Looney), ale Wojownicy krok po kroku powinni być coraz zdrowsi. Powrót kogoś takiego jak Curry z pewnością poprawił wszystkim nastroje, natomiast o wiele lepsze humory mogą mieć koszykarze Toronto Raptors. Mistrzowie NBA z ubiegłego roku już teraz zapewnili sobie awans do fazy play-off. To siódmy kolejny sezon z awansem do playoffs dla kanadyjskiego zespołu, choć przed startem tego sezonu byli i tacy, którzy nie widzieli Raptors nawet w najlepszej ósemce konferencji wschodniej.

Pozostałe informacje ze środy w NBA:

  • Dopiero rzut Jamala Murraya w ostatnich sekundach meczu rozstrzygnął zwycięzcę pojedynku między Denver Nuggets a Charlotte Hornets. Był to kolejny mocno nierówny występ zawodników z Kolorado. Próbę na zwycięstwo, która dałaby Hornets sporo radości, spudłował Terry Rozier.
  • Niespodzianka w Sacramento – dobrze spisująca się ostatnio drużyna Kings uległa u siebie koszykarzom Philadelphia 76ers, dla których to pierwsze zwycięstwo na wyjeździe od… połowy stycznia. 28 punktów oraz 14 zbiórek zapisał na konto Tobias Harris, który przejął dowodzenie w Filadelfii pod nieobecność Bena Simmonsa oraz Joela Embiida.
  • Troszeczkę zawiedzeni mogą czuć się kibice, którzy liczyli na wielki pojedynek między Los Angeles Clippers i Houston Rockets. Ostatecznie skończyło się na dość łatwej wygranej Clippers, których do zwycięstwa poprowadził Kawhi Leonard, zdobywca 25 oczek. Zawiódł przede wszystkim James Harden, który spudłował aż 13 z 17 swoich prób z gry, w tym wszystkie osiem rzutów za trzy.