W ciągu ostatnich dni w angielskiej piłce doszło do sporych zmian. W wyniku głosowania, kluby skróciły okno transferowe o trzy tygodnie. To już oficjalnie koniec ze słynnym 31 sierpnia spędzanym do późnych godzin wieczornych wraz z Jimem Whitem na antenie Sky Sports. Od przyszłego sezonu Deadline Day będzie miał miejsce na dzień przed rozpoczęciem sezonu.

Starczy czasu po Mistrzostwach Świata?

Od  razu dojdzie to poważnego testu tej zmiany. Latem odbędą się Mistrzostwa Świata w Rosji i od czasu zakończenia tej imprezy do końca okienka zostanie około trzech tygodni. Co to w praktyce oznacza? Kluby będą musiały zagrać w rosyjską ruletkę, albo kupić piłkarza przed tą imprezą, ryzykując możliwość poważnej kontuzji albo czekać do samego końca. W ostatnim czasie jest coraz więcej urazów związanych z więzadłami krzyżowymi. Drugą opcją będzie poczekać do zakończenia, stawiając na szali zwiększoną cenę, w przypadku dobrych występów. Premier League wprowadzając taką zmianę bez porozumienia z innymi ligami zakłada sobie pętlę na szyje i być może znajdzie się kat, który wykona egzekucję. Z pewnością władze liczą, że inne kraje pójdą za tą reformą, jednak na ten moment na to się nie zanosi. Rynek transferowy, który już w tym oknie został zaburzony, może stać się jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Angielskie kluby mając noże na gardłach mogą rzucić astronomiczne kwoty, jeśli zarządy z innych europejskich lig zagrają z nimi na zwłokę. Sytuacja odwróci się proporcjonalnie od razu po zamknięciu okna na Wyspach. Zespoły z zagranicznych lig przychodząc po gracza Premier League mogą na starcie usłyszeć 100 milionów, albo nawet nie siadamy do stołu. Swoje żądania będą mogli uargumentować w prosty sposób, nie będziemy mogli już nikogo kupić, więc dajcie nam pieniądze odpowiednie do szkody, jaką otrzymamy wraz z odejściem danego piłkarza.

Zwlekanie z zakupami się skończy

Ta zmiana może być dobra dla kibiców oraz trenerów, ponieważ kluby nie będą przeciągać negocjacji w nieskończoność, a postawią na zaplanowane działania. Do tej pory można było pomyśleć, że niektórzy pracownicy większych zespołów zachowują się jak niezdecydowana kobieta w butiku. Na przykładzie zamieszania w Chelsea z ostatnich dni widać to najlepiej. Micheal Emenalo oraz Marina Granovskaia to osoby odpowiedzialne za dokonywanie ruchów kadrowych w imperium Romana Abramovicha. Nie  trzeba być sympatykiem The Blues, żeby znać całościowy przebieg tego okna. Z ich pracy można napisać godną polecenia komedię, którą najchętniej kupowaliby kibice rywalizujących drużyn, by mieć kolejny argument w odwiecznej walce na forach internetowych. Najbardziej kuriozalna jest sytuacja z poprzednich dni. Nikt nie ukrywa tego, że najważniejszym celem Conte na pozycję wahadłowego występującego po prawej stronie w ostatnich dniach okienka był Alex Oxlade- Chamberlain. Kluby dogadały się odnośnie kwoty, jednak zarząd nie potrafił przekonać piłkarza do transferu. W wyniku takiego obrotu zdarzeń, Żelazna Dama wybrała się po numer dwa. Celem stał się Rafinha, jednak Bayern uciął sprawę bardzo szybko. Ostatecznie po przeliczeniu udało się zakupić dopiero opcję siódmą, licząc całe lato. W dużym stopniu świadczy to o nieudolności ekipy odpowiedzialnej za dokonania rynkowe. Motywacja klubów do szybszych i bardziej zdecydowanych poczynań będzie idealna dla trenerów, bo już przed sezonem dowiedzą się jaką kadrą dysponują i w co mogą celować. Nikt nie będzie musiał żyć w niepewności, czy ostatecznie dostanie graczy, o których prosił. Sytuacja, której doświadczył Conte w pierwszym meczu sezonu nie była godna pozazdrosczenia.

Z niewolnika nie ma pracownika…

Kolejnym plusem jest fakt, że nie doświadczymy już sytuacji bliźniaczo podobnej do obecnego sezonu. Virigil Van Dijk, Danny Drinkwater, Philippe Coutinho, Gylfi Sigurdsson to idealne przykłady, jak złe były obecne przepisy. Większość z nich złożyła tak zwany „transfer request”, czyli prośbę o odejście z klubu. W związku z tym z miejsca zostali przez swoje zespoły oddelegowani, albo do rezerw, albo po prostu za karę nie byli brani na mecze. Liga się rozpoczęła, minęły trzy kolejki, a piłkarzy nadal nie znali swojej przyszłości. Teraz nie będzie miejsca na taką sytuację, ale tylko pod względem transferów między ligowych, ponieważ sytuacja Coutinho będzie mogła się powtórzyć dokładnie za rok i szczerze mówiąc mam wrażenie, że tak będzie. Barcelona nie odpuści tego piłkarza, pasuje do nich idealnie, a skoro raz zawrócili mu w głowie, to sam Cou będzie naciskał na taki ruch. Ciężko ocenić jaką postawę przyjmie Liverpool w przyszłych rozgrywkach, jednak sądzę, że The Reds przygotowywują się transferami Keity czy walką o Lemara, do tego odejścia.

Odwieczny problem – kontuzje

Po stronie minusów tej zmiany można poruszyć kwestię kontuzji. Przykładowo spójrzmy przez pryzmat sytuacji, gdzie najlepszy piłkarz, obojętnie którego zespołu w lidze zrywa więzadła w pierwszej kolejce. Do tej pory wyciągano zapasową gotówkę i można było sobie poradzić. Teraz będzie zupełnie inaczej i kluby będą sięgać po wychowanków. Nie będzie innego wyjścia i taka zagrywka teoretycznie może wyjść angielskiej piłce na dobre, jednak w krótkiej perspektywie składy będą osłabione, gdyż wychowanek nigdy z miejsca nie zastąpi czołowego gracza pierwszego składu.

Sprzedawać nadal można

Co ciekawe skrócenie okienka dotyczy tylko i wyłącznie transferów do Premier League. Dopóki w innych krajach terminy nie zostaną zmienione będzie można sprzedawać graczy bez żadnych problemów. Mały zarys tej sytuacji mogliśmy zobaczyć już teraz. Deadline Day w Anglii miał miejsce 31 sierpnia, natomiast w Hiszpanii dzień później. Ostatecznie Barcelonie nie udało się skusić Coutinho, a Atletico nie dogadało się z Chelsea w sprawie Costy i może to być przesłanie, jak będzie wyglądało okno w przyszłym sezonie. Angielskie zespoły skompletują kadry przed rozpoczęciem rozgrywek i wątpię, by były chętne oddawać swoich kluczowych graczy, a tym bardziej nie mając już opcji zakupu zmiennika. Dlatego jest nadzieja, że przedstawiciele wszystkich czołowych lig ustawią nowy, wspólny termin, który oszczędzi kibicom trzech tygodni czytania bzdur i plotek transferowych w różnych mediach społecznościowych.

Sytuacja mniejszych klubów

Mniejsze kluby w Premier League są o tyle uprzywilejowane, że nie muszą obawiać się bogatych kupców z zagranicy, dlatego że w Anglii nie istnieje nakaz umieszczania w kontraktach klauzul odejścia. Jak powszechnie wiadomo taki przymus występuje w La Liga i wiele zespołów się na to skarży, ponieważ po prostu kluby bogatsi przychodzą i biorą kogo i kiedy chcą. Zarząd w takiej sytuacji nie ma nic do gadania, jednak na Wyspach coś takiego nie występuje, dlatego przykładowo Swansea nie musi się obawiać, że pewnego słonecznego dnia, przyjedzie delegacja z Madrytu i zabierze ze sobą Fabiańskiego, nikomu o tym nie mówiąc. Postronne osoby nie rozumiały tego  terminu, aż do tego lata, kiedy właśnie w taki sposób Neymar opuścił  Camp Nou. Pewne jest, że gdyby nie miał takiego zapisu w kontrakcie, Barcelona nie zgodziłaby się na jego odejście, a co za tym idzie, nie otworzyłaby się ogromna lawina cenowa. Transakcja Brazylijczyka pociągnęła za sobą rewolucję, w obliczu której cena za byłego piłkarza Barcelony wygląda na normalną. Przed rokiem była podobna sytuacją z Pogbą, Francuz trafił do ekipy Mourinho za 105 mln, pierwszy oficjalny  transfer powyżej 100 baniek. Miało to swoje odbicie na rynku, jednak w tym roku przebito wszelkie oczekiwania, a zakup byłego gracza Juventusu, wygląda obecnie na promocję, jak na karpia w Lidlu.

Zmiana terminu okienka ma swoje plusy i minusy, ale ostatecznie sądzę, że jest to bardzo dobra decyzja. Owszem liga sporo ryzykuje, ale jeśli inne do niej dołączą to okaże się, że Premier League była prekursorem dobrej zmiany. Kadry zespołów powinny być skompletowane przed rozpoczęciem sezonu, żeby nie dochodziło do przedziwnych sytuacji, gdzie dany piłkarz w trzeciej kolejce mierzy się przykładowo z Bournemouth, a później zmienia klub i znowu trafia na tą ekipę. Co więcej prawdopodobnie pozytywnie wpłynie to na samych graczy, którzy od początku rozgrywek skończą myśleć o odejściu, a zajmą się graniem i respektowaniem swoich kontraktów, gdyż w ostatnim czasie coraz częściej mam wrażenie, że zawodnicy w ogóle nie respektują podpisanych umów.