Pozostają najlepszą drużyną w NBA, a po niedzielnej kolejce są już pewni… udziału w tegorocznej fazie play-off NBA. Milwaukee Bucks jako najszybsza drużyna w historii ligi wywalczyli sobie awans do playoffs! A wszystko to pomimo faktu, że w niedzielę nie grali – skorzystali jednak na porażce Washington Wizards w pojedynku z Chicago Bulls.

Już przed sezonem mieli bić się w wielkim finale o tytuł mistrzów ligi, ale wtedy szyki pokrzyżował im Kawhi Leonard i jego Toronto Raptors. Milwaukee Bucks szybko jednak o sprawie zapomnieli, a może właśnie nie do końca, bo potraktowali ten poprzedni sezon jako dodatkową motywację oraz cenną nauczkę. W trwających rozgrywkach znów dominują więc tak jak poprzednio i w tej chwili legitymują się bilansem 48 zwycięstw i ledwie ośmiu porażek. Jeśli tak dalej pójdzie to Bucks są na dobrej drodze, aby wygrać aż… 70 spotkań! To w historii udało się tylko dwóm zespołom: Chicago Bulls w sezonie 1995/96 (bilans 72-10) oraz Golden State Warriors w sezonie 2015/16 (bilans 73-9). Kozły są od tych drużyn lepsze co najmniej w jednym aspekcie: najszybciej zapewniły sobie awans do fazy play-off.

Choć rozgrywki posezonowe zaczynają się dopiero za 55 dni to jednak w Milwaukee już wiedzą, że ich zespół kolejny rok z rzędu zamelduje się w playoffs. To w dużej mierze zasługa Giannisa Antetokounmpo, który rozgrywa kolejny sezon na poziomie MVP – statuetkę odebrał przecież w zeszłym roku i ma spore szanse, aby otrzymać kolejną. W tej chwili notuje on średnio 30 punktów, trzynaście zbiórek oraz sześć asyst w każdym meczu, a Bucks dominują na tyle, że Greek Freak spędza na parkiecie przeciętnie zaledwie pół godziny. Jest to bardzo dobry testament dla postawy drużyny z Wisconsin w trwających rozgrywkach. Bilans 48-8 to w tej chwili najlepszy wynik w całej lidze – Bucks mają też już całkiem pokaźną przewagę w konferencji wschodniej, będąc o sześć meczów przed Toronto Raptors.

Pozostałe informacje z niedzielnej kolejki meczów w NBA:

  • W najwcześniej rozgrywanym niedzielnym meczu Los Angeles Lakers oraz Boston Celtics dostarczyli nam fantastycznych emocji, jak na klasyczny pojedynek między tymi drużynami przystało. Jayson Tatum został pierwszym graczem Celtics od marca 2001 roku, któremu udało się zaaplikować co najmniej 40 punktów drużynie z Miasta Aniołów, lecz nie uchroniło to Bostończyków przed dwupunktową porażką. Niemal decydujące punkty zdobył w końcówce LeBron James. Nie obyło się jednak bez kontrowersji, bo w końcówce sędziowie podjęli kilka co najmniej dziwnych decyzji.
  • Na porażce Celtics skorzystali Toronto Raptors, którzy w niedzielę po prostu zmiażdżyli swojego rywala i zaliczyli największe w historii klubu zwycięstwo, ogrywając Indiana Pacers różnicą aż 46 punktów! Najlepszym strzelcem kanadyjskiego zespołu z dorobkiem 21 oczek okazał się Pascal Siakam.
  • Trwa znakomita seria Ziona Williamsona, który w ósmym kolejnym meczu zaliczył co najmniej 20 punktów. Tym razem jedynka ubiegłorocznego draftu wykazała się nie tylko na parkiecie (28 punktów, trafiona trójka), ale też ponoć w szatni, bo to Williamson miał zagrzewać swój zespół do walki po tym jak Pelicans przegrywali po 24 minutach z Golden State Warriors. Koniec końców Pelikany odrobiły jednak straty i nadal biją się o fazę play-off w konferencji zachodniej.
  • Szanse podtrzymali także Portland Trail Blazers, którzy w niedzielę ograli Detroit Pistons mimo absencji swojego lidera – Damiana Lillarda. Najlepszy swój mecz od… trzech lat rozegrał Carmelo Anthony, zdobywca 32 oczek. Był to jego pierwszy mecz na co najmniej 30 punktów od lutego 2017 roku. Najlepszym strzelcem meczu był jednak CJ McCollum, który zakończył spotkanie z dorobkiem 41 oczek.