Za nami IV kolejka Premier League. Przez weekend działo się wiele. Fani z niecierpliwością oczekiwali odpowiedzi na kilka pytań czy Liverpool straci pierwszą bramkę w sezonie? Czy Jose Mourinho ocalił swoją posadę w Manchesterze United? A przede wszystkim jak poradził sobie Tottenham w meczu na szczycie na Vicarage Road. Zapraszamy do naszego podsumowania wydarzeń z minionego weekendu na boiskach angielskiej ekstraklasy.

Liverpool bez czystego konta, ale zwycięski

Podopieczni Jurgena Kloppa jechali na King Power Stadium z ciężkim zadaniem do wykonania. Przegrali na tym obiekcie trzy z czterech ostatnich spotkań. Plusem była nieobecność Vardy’ego, który jest katem The Reds. Pierwsza połowa pojedynku wyraźnie układała się po myśli gości. Liverpool realizował gegenpressing w najlepszym możliwym stylu. Przed zmianą stron zdobyli dwie bramki, które dały pewien spokój. Gole zdobywali Mane i Firmino. Warto odnotować kolejny bardzo dobry występ Andrew Robertsona, który zaliczył kolejną asystę. W szatni zawodnicy Jurgena Kloppa poczuli zbyt dużo spokoju. Lisy po zmianie stron ruszyły do ataku. Widać było spory spadek jakości w pressingu drużyny gości. Emocje zwiększyły się po błędzie Alissona, który postanowił sobie po raz kolejny pokiwać, jednak Iheanacho przeczytał jego zamiary. Pierwsze trafienie w swojej karierze na boiskach Premier League zaliczył Rachid Ghezzal. Ostatecznie gospodarzom zabrakło szczęścia, żeby wyrównać, a znakomitą interwencją popisał się Joe Gomez. Można powiedzieć, że uratował swojej drużynie trzy punkty. Liverpool zalicza czwarte zwycięstwo z rzędu i z kompletem zwycięstw znajduje się na szczycie tabeli. Mimo wszystko w tym meczu było widać kilka słabości drużyny Kloppa, szczególnie pierwszy stracony gol, ale najważniejsze jest zwycięstwo.

Sarriball nadal niepokonany

Drugie spotkanie, na które kibice zwracali największą uwagę w sobotnie popołudnie odbyło się na Stamford Bridge. Bournemouth przyjechało do Londynu w dobrych nastrojach po mocnym starcie sezonu, dodatkowo mieli za sobą statystyki, ponieważ z trzech rozegranych meczów w Premier League na tym obiekcie, wygrali dwukrotnie. Przed rokiem aż 3:0. The Blues po trzech kolejnych zwycięstwach chcieli podtrzymać dobrą passę i dokonali tej sztuki. Chelsea po raz kolejny spotkała się z drużyną, która postawiła autobus. Taki scenariusz zaskoczył wielu ekspertów, ponieważ Wisienki są znane z odważnej gry i pierwszy raz widziałem ich grających 11 piłkarzami za linią piłki. Przełamanie nastąpiło dopiero w drugiej połowie, gdy na boisku pojawili się Pedro i Giroud. Dwójka zmienników zrobiła bramkę, która otworzyła mecz. Na 2:0 podwyższył Eden Hazard, któremu asystował Marcos Alonso – cóż za zaskoczenie. Chelsea po czterech spotkaniach ma komplet punktów na koncie. Do tej pory, gdy notowali taki początek sezonu cztery razy zdobywali mistrzostwo, a raz byli drudzy. Jak będzie w tym roku?

City wygrywa, ale nie porywa

Zapowiadając spotkanie tych drużyn można było się spodziewać kolejnego sobotniego spotkania, w którym gospodarze będą dominować, a goście postawią autobus. Kurs na taki scenariusz wynosił 1.01 w moim osobistym rankingu. Sroki przyjechały na Etihad z myślę, żeby nie przegrać, ale już w pierwszym kwadransie straciły bramką po dobrej akcji Sterlinga. Warto odnotować asystę Mendy’ego. Goście odgryźli się po dobrym wyjściu z kontrataku i bramkę zdobył DeAndre Yedlin. Podopieczni Guardioli schodzili na przerwę z wynikiem 1:1. Trzeba przyznać, że mocno się męczyli w tej rywalizacji. W bramce gości show rozgrywał Martin Dubravka. Ostatecznie City zwyciężyło w tym meczu po kapitalnym strzale z dystansu Kyle Walkera – z tej strony go nie znaliśmy. Obywatele nie porwali, spodziewaliśmy się lepszego występu, ale City z dziesięcioma punktami na koncie pozostaje w zasięgu liderów.

Obrona Arsenalu to żart, atak daje radę!

Kanonierzy przystępowali do spotkania w stolicy Walii po wygranej nad West Hamem i dwóch porażkach z Chelsea i Manchesterem City. Podopieczni Unaia Emery’ego rozpoczęli to spotkanie po bramce Mustafiego. Trzeba odnotować, że mieli bardzo dobrze opracowane stałe fragmenty gry. Już wcześniej dobry schemat rozegrali dwójkowo Lacazette i Ramsey, ale na posterunku był Etheridge. Po raz kolejny kibice Kanonierów mogli dostać palpitacji serca, gdy Petr Cech brał się za rozgrywanie piłki nogami. Harry Arter dostał od niego prezent, jednak nie potrafił z niego skorzystać. Cardiff popełniało do tego mnóstwo błędów indywidualnych, dlatego wielkim zaskoczeniem była pierwsza bramka w sezonie zdobyta przed przerwą przez Camarasę. Wcześniej w trzech meczach podopieczni Neila Warnocka nie potrafili strzelić gola przeciwko Bournemouth, Newcastle i Huddersfield. Jak widać, Arsenal był łatwiejszym wyzwaniem, ponieważ po zmianie stron dokonali tego nawet po raz drugi. Kanonierzy wygrali to spotkanie 3:2, trzeba odnotować bardzo dobry występ Lacazette’a, który z pewnością dał trenerowi do myślenia przed kolejnymi spotkaniami. Emery ma przed sobą sporo pracy, szczególnie nad obroną. W ataku wygląda to obiecująco, ale defensywa to mówiąc krótko mem. Petr Cech co tydzień praktycznie gwarantuje rywalom bramkę, kiedyś zaczną to wykorzystywać, bo na razie ma sporo farta.

Szerszenie użądliły Koguty na Vicarage Road

Wszyscy fani Premier League z niecierpliwością czekali na to spotkania. Na Vicarage Road zmierzyły się dwa zespoły z kompletem punktów przed IV kolejką. Było pewne, że ktoś po tym meczu nie będzie mógł się pochwalić bilansem czterech wygranych. Wszystko wskazywało na to, że będzie to Watford. Pierwsza połowa tego spotkania to dobry środek nasenny. Nie działo się praktycznie nic, więc kto nie oglądał, ten nic nie stracił. Po zmianie stron odzyskali prawdziwe angielskie tempo. Przełomowym wydarzeniem była samobójcza bramka Doucoure, przy której udział miał znowu Lucas Moura. Szerszenie po tym trafieniu rzuciły się na swojego przeciwnika. Koguty nie były na to gotowe, najpierw dostali sygnał ostrzegawczy, gdy w poprzeczkę własnej bramki trafił Toby Alderweireld. Kilka minut później doprowadzili do remisu po bramce Deeney’a. Kolejną asystę przy tym golu zaliczył Holebas. Siedem minut później i kolejne trafienie gospodarzy ze stałego fragmentu gry. Tym razem do siatki tracił Cathcart, a asystentem po raz kolejny Holebas. Podopieczni Javiego Gracii wyraźnie odżyli po fatalnej końcówce poprzedniego sezonu. Można powiedzieć, że zrealizowali już ¼ planu utrzymanie. W kampanii 2017/2018 również zaczęli dobrze, więc zobaczymy, gdzie skończą w tym roku. Koguty straciły dystans do czołówki i teraz dzieli ich od Liverpoolu, Chelsea i Watford różnica trzech punktów.

Jose Mourinho lepszy w starciu z „Ginger Mourinho”

Przed meczem Manchesteru United z Burnley na Turf Moor, mogliśmy przeczytać wiele doniesień. Jedne mówiły, że w przypadku przegranej The Special One traci pracę, a drugie informowały o zaufaniu do Portugalczyka, zapewne związanym ze sporym odszkodowaniem, które jest zapisane w kontrakcie. Podopieczni Jose Mourinho wyszli na to spotkanie zmotywowani. Już od pierwszych minut zarysowywała się ich przewaga. Burnley w tym sezonie gra bardzo słabo. Tempo tego spotkania było powolne, szczególnie ze strony gospodarzy. Pierwsze trafienie w tej rywalizacji zaliczył Romelu Lukaku, który wykorzystał doskonałe dogranie Sancheza. Jeszcze przed przerwą Belg po raz drugi trafił do siatki tym razem skrzętnie wykorzystał zamieszanie w polu karnym. Druga połowa układała się pod dyktando gości, ale Pogba zmarnował rzut karny, a Rashford z czerwoną kartką wyleciał z boiska. Swoją drogą przeciwnicy Varu w Premier League dostali kolejny mocny cios. Burnley spędzi przerwę reprezentacyjną w strefie spadkowej, jednak po odpadnięciu z Ligi Europy będą mieli teraz sporo czasu, żeby przywrócić wszystko na swoje miejsce. Manchester United był dzisiaj zdecydowanie lepszym zespołem i w końcu zobaczyliśmy przekonywujący występ podopiecznych Mourinho w tym sezonie. Warto odnotować również pierwsze czyste konto.