Lipiec zaczął się już na dobre, toteż pogoda przeplata nam lato upałami i burzami. Przedstawiciele słabszych lig w europejskich pucharach pierwsze mecze kwalifikacyjne mają już za sobą, a największe gwiazdy futbolu wracają z ciepłych krajów i zaczynają przygotowania do kolejnego sezonu. Tymczasem za kulisami tysiące agentów, dyrektorów i menedżerów w pocie czoła toczą negocjacje i liczą kolejne zera na kontach swoich i klubowych.

Ostatnio uwagę mediów przykuły dwa transfery pomiędzy Manchesterem United a Evertonem. Na Old Trafford za 75 mln funtów (plus 15 mln ewentualnych bonusów i 12 mln dla Raioli) powędrował Romelu Lukaku, natomiast odwrotną drogę wybrał Wayne Rooney, który tym samym wraca na stare śmieci – kwota transferu nie jest znana, ale mówi się, że Mourinho puścił swojego kapitana za darmo, pewnie ze względu na wysoką, nawet jak na United, pensję.

Pierwszy transfer nieszczególnie mnie poruszył. Wprawdzie 75 milionów to najwyższa kwota, jaką zapłacono za transfer zawodnika z jednego klubu Premier League do innego, ale pieniądze w piłce nie powinny już na nikim robić wrażenia. Mourinho wybrał bodaj najlepszą opcję ze wszystkich możliwych, pozyskał skutecznego (Lukaku w czterech ostatnich sezonach strzelał odpowiednio 15, 10, 18 i 25 bramek, a wcześniej zaliczył jeszcze 17 trafień w barwach West Bromwich), młodego i przede wszystkim silnego napastnika. Trudno nie odnieść wrażenia, że Belg jest kolejnym strzelcem w typie Mourinho, po Drogbie, Milito, Coscie i Ibrahimovicu jest następnym dużym napastnikiem, który często korzysta ze swojej siły fizycznej.

Romelu Lukaku

Wydawszy na Lukaku 75 mln, Mourinho będzie na niego stawiał tak czy inaczej, co oznacza, że tych przynajmniej dziesięć bramek Belg zdobędzie w ten czy inny sposób, a to z kolei oznacza, że kibice znajdą mu wymówki w przypadku ewentualnych niepowodzeń (“potrzebny czas na aklimatyzację”, “presja ceny”, “w Evertonie gra była ułożona pod niego” itd.).

Znacznie bardziej interesujący wydaje mi się transfer Rooneya. Od samego początku bowiem więcej jest wątpliwości niż powodów, by uznać, że to przemyślany, rozsądny ruch. Dla kogoś, kto stroni od wyspiarskiej piłki, może być to piękny, sentymentalny powrót starego piłkarza do klubu, w którym ów piłkarz stawiał pierwsze kroki. W rzeczywistości nie jest tak kolorowo… Chociaż może w tym przypadku dla wielu tych kolorów jest aż za dużo. Rooney, grając jeszcze dla Evertonu, zrobił to, dzięki czemu ostatnio błyszczy Mączyński, czyli złożył deklarację. I to nie byle jaką. Po strzelonej bramce odsłonił skrywaną pod niebieską koszulką Evertonu białą koszulkę, na której widniał napis: “Once a blue always a blue”. Minęło kilka lat, Anglik przeniósł się na Old Trafford i został gwiazdą światowego formatu. W 2007 siódmym roku w końcu udało mu się zdobyć bramkę na Goodison Park w barwach Czerwonych Diabłów. Gdy piłka jednak znalazła się w siatce, Rooney nie spuścił głowy i nie uspakajał kolegów, nie, to nie w jego stylu. Rooney całował herb United. Fani The Toffees stworzyli więc transparent nawiązujący do deklaracji ich niegdysiejszego idola: “Once a blue now a red in our hearts you are dead”.

Rooney once a blue always a blue

Idzie znów o puste deklaracje, niedotrzymane słowo, zdradę, złamane serca i tak dalej. Lecz Rooney nie jest pierwszym i nie jest ostatnim, który złamie niebieskie serduszka fanów Evertonu. Co więcej, mógł postąpić znacznie gorzej. Mógł na przykład wybrać Liverpool. Poza tym, czy oskarżanie piłkarza o obłudę i hipokryzję nie jest taką samą obłudą? Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie złamał danego słowa, kto choć raz nie rozczarował bliskich. Publicznych deklaracji nie składają jedynie ludzie mądrzy i przebiegli. Rooney natomiast był młody i raczej nie należy do najinteligentniejszych przedstawicieli naszego gatunku. Piłkarzom płaci się za kopanie piłki, nie za myślenie i mówienie.

Jakkolwiek zgoda między Rooneyem a fanami jego nowego starego klubu może nastąpić szybciej, niż to może z powyższego wynikać. Spora część The Toffees z radością przyjęła wiadomość o powrocie syna marnotrawnego. Nic zresztą dziwnego – kibice pamięć mają jeszcze krótszą niż wyborcy i zapewne kilka bramek Anglika sprawi, że cała zła krew opuści krwioobieg.

To jednak tylko emocjonalny aspekt tego transferu, do rozpatrzenia pozostają aspekty praktyczne. Po pierwsze Rooney będzie zarabiał znacznie więcej, niż ktokolwiek kiedykolwiek zarabiał w Evertonie (mówi się o tygodniówce rzędu od 150 do 180 tysięcy funtów; to znacznie mniej niż w United, a w porównaniu z kwotą, jaką zarabiać ma Messi, to już zupełne grosze, ale dla Evertonu to ogromne pieniądze). Sprawi to, że w klubie wytworzy się komin płacowy, kwestią czasu jest, kiedy Barkley upomni się o takie same lub większe pieniądze.

Po drugie transfer Rooneya sprawi, że w  ofensywie Evertonu zrobi się tłok. Na “dziewiątkę” Anglik już się nie nadaje, stracił szybkość i niewiele już strzela, poza tym wydaje się, że pierwszym wyborem na tej pozycji powinien być Sandro Ramirez. Anglik grał ostatnio na “dziesiątce”, lecz w Evertonie na tej pozycji gra Barkley, a niedawno doszedł Klaassen. Mam wrażenie, że Rooney, przy całej jego klasie, jest typem piłkarza, którego Everton w tym momencie potrzebuje najmniej.

Wayne Rooney

Po trzecie Rooney jest w ostatnich latach cieniem samego siebie. Piłkarska starość przyszła do niego szybko i jest brzydka, najwyraźniej Anglik nie wziął przepisu na długowieczność od Ryana Giggsa. Rooney przypomina raczej Michaela Owena, który zaczął grać na najwyższym poziomie równie szybko i jeszcze szybciej z poważną grą skończył. Nowy piłkarz Evertonu ma za sobą już 15 sezonów w Premier League, kilka rekordów na koncie i wiele przebytych kontuzji. Mimo że piłka przy nodze nigdy mu nie przeszkadzała, to jego atutami były siła, szybkość, wytrzymałość i waleczność. Szybkości i wytrzymałości już nie odzyska. Przypomina mi to trochę ostatni sezon Gerrarda w Liverpoolu. Kapitan The Reds był wtedy najlepszym strzelcem zespołu i większość fanów oszukiwała się, że to wciąż ten sam kapitan, co kilka lat wcześniej. Nawet Gerrard jednak widział, że jest już wolniejszy, słabszy i że czas kończyć przygodę z poważną piłką. Rooney ma wprawdzie kilka lat mniej, niż miał Gerrard, rozgrywając swój ostatni sezon w Premier League, ale przecież każdy organizm jest inny i szybka starość nie zawsze jest skutkiem złego prowadzenia się, czasem po prostu nic nie można jej przeciwstawić.

Cała przygoda Rooneya z Evertonem skończy się pewnie tak, że strzeli masę bramek i znów będzie bohaterem, a ja znów nie będę miał racji. Na koniec Wazza powie, że zawsze kochał tylko The Toffiees, a w jego żyłach płynie niebieska krew, co rozzłości kibiców United i ucieszy połowę Liverpoolu. I pewnie będzie w tym tyle samo prawdy, co i kłamstwa.