Druga kolejka Ligi Mistrzów już za nami, dlatego trzeba podsumować najciekawsze wydarzenia. W tej serii gier dostaliśmy trzy hitowe pojedynki, z których żaden nie zawiódł. To była piłka na najwyższym światowym poziomie. Niby  to tylko faza grupowa, ale oglądając te rywalizacje stwierdzam, że warto było czekać na powrót najlepszych rozgrywek. Oto pięć wniosków, które można wyciągnąć po wszystkich meczach drugiej kolejki.

Real + Liga Mistrzów = związek idealny

Real w ostatnich latach Ligi Mistrzów to prawdziwy potwór. Niszczą każdego rywala na swojej drodze. Wydawało się, że będą mieli przed sobą bardzo ciężkie zadanie w Dortmundzie. Do tej pory nigdy tam nie wygrali. Jak się okazało był to idealny moment na przełamanie złej passy przeciwko BVB. Królewscy może wyglądają słabo w La Liga, Ronaldo nie strzela w lidze, ale gdy przychodzi co do czego, to nie ma na nich mocnych. Podopieczni Zizou na Signal Iduna Park byli kliniczni aż do bólu. Do dobrej formy w końcu wraca Gareth Bale. Walijczyk był zaraz po Cristiano najlepszym piłkarzem drużyny. Zmartwieniem dla kibiców może być fakt, że pod koniec rywalizacji schodząc z boiska łapał się za mięsień. Z pewnością jest strach czy jest to kontuzja mięśniowa czy po prostu zmęczenie. Ciekawa jest także statystyka, która mówi o tym, że Real oddając przeciwnikowi piłkę zwiększa swoje szanse na zwycięstwo. Taka sytuacja powtarza się już trzeci raz w tym sezonie. Trzykrotnie rywal miał większe posiadanie, a mimo to za każdym razem Królewscy wygrywali 3:1. Recepta na sukces? Być może, bo w trzech meczach u siebie, gdy całkowicie dominowali słabszych rywali nie odnieśli zwycięstwa.

Monaco krwawi, ale jeszcze żyje

Po osiągnięciu półfinału i bardzo dobrej grze pisałem, że Monaco czeka największy test latem  zatrzymać swój skład. Już przed trzema laty Leonardo Jardim raz wyszedł z tarapatów, jednak wtedy stracił tylko i aż Carrasco i Martiala. Tym razem na szczękę portugalskiego trenera doszło zdecydowanie więcej ciosów. Pierwszy wyprowadził Manchester City – zabrany Bernardo Silva. Portugalski magik błyszczał w poprzedniej kampanii, ale na Wyspach, wciąż czeka na wywalczenie składu. Druga uderzyła Chelsea, The Blues wyciągnęli wydaje się równie kluczowy element układanki, bo płuca środka pola w osobie Bakayoko. Trzeci punch poleciał znowu od City. Benjamin Mendy za 52 mln funtów to niby dobry zarobek, jednak teraz mają po tej stronie dużą dziurę. W ostatni dzień okienka znokautowało ich PSG. Po takim ciosie drużyna z Księstwa potrzebuje respiratora do dzisiaj. Kylian Mbappe zabrany do Paryża to z pewnością wielki ból ze strony zarówno trenera, jak i kibiców, jednak najbardziej odbija się to na wynikach. Gdy byli już na ziemi do pobitego AS Monaco podbiegli jeszcze Arsenal i Liverpool. Anglicy chcieli wyciągnąć Lemara. Oferowali nawet 100 mln euro, za usługi tego piłkarza, jednak na całe szczęście dla szkoleniowca, sam piłkarz zdecydował się olać Kanonierów, którzy nie gwarantowali mu gry w Lidze Mistrzów. Mimo wszystko perspektywa na ten moment nie wygląda najlepiej. Muszą się szybko wziąć do pracy, bo sam Falcao nie da im awansu.

Besiktas = czarny koń?

Od początku było wiadome, że grupa G będzie niesłychanie wyrównana. Mimo wszystko na papierze faworytem na pewno nie był Besiktas, a Monaco. Za ich plecami czaił się Lipsk, Porto, a dopiero na samym końcu turecka ekipa. Piłka nożna ma to do siebie, że boisko weryfikuje wszelkie dywagacje bardzo brutalnie. Podobnie jest tym razem. Podopieczni Senola Gunesa wystartowali w ekspresowym tempie. Najpierw w meczu otwarcia przejechali się po FC Porto i to na Estadio Dragao, a w drugiej kolejce wraz z kibicami zniszczyli RB Lipsk. Fani zespołu  zrobili taką atmosferę, że goście poczuli się jak w piekle. Własny stadion to będzie piekielnie mocny atut tej drużyny. Timo Werner przyznał po meczu, że w przerwie poprosił o zmianę, gdyż nikt nie dał mu zatyczek do uszu, a on nie mógł wytrzymać tej atmosfery. Poza atutem żywiołowych kibiców, Besiktas ma też bardzo solidny skład złożony z graczy, którzy mają doświadczenie gry w wielkich klubach, ale potrzebowali zmiany otoczenia pod koniec kariery. Mowa między innymi o Quaresmie, Pepe, Negredo, Adriano czy Medel. Każdy z tych piłkarzy ma wciąż wiele do zaoferowania, więc trzeba uważać na ten zespół. Kolejnym ich rywalem będzie Monaco i dla francuzów będą to dwa mecze o wszystko.

PSG zdało maturę, może iśc na studia

Spotkanie PSG z Bayernem miało dać nam odpowiedź na pytanie dotyczące siły Paryżan. Piłkarze Unaia Emery’ego w tym meczu pokazali całemu światu swoją moc. Kontrami zniszczyli Bayern. Monachijczycy wystawili na tą rywalizację bardzo zmieniony skład, z wieloma zaskoczeniami. Na ławce usiedli Robben i Ribery. Słynne skrzydła posadzone na taki mecz to wielkie zaskoczenie, a gdy dołożymy do tego ławkę dla Hummelsa i Boatenga to robi się bardzo nieprzyjemnie. Luki w zespole były eksponowane przez piłkarzy PSG. Neymar, Cavani i Mbappe urządzili sobie show na tle wolnej defensywny Bayernu. Gole wpadały bardzo łatwo, a mogło być ich jeszcze więcej. Trzeba przyznać, że Paryżanie zdali test dojrzałości na szóstkę. Byli kompletni w każdej formacji, czego nie można powiedzieć o Bayernie. Mam wrażenie, że Carlo zdecydowanie przekombinował i odbiło mu się to czkawką. Wracając jeszcze do napastników Emery’ego. Nie było widać żadnej kłótni piłkarze grali wspólnie, tworząc bardzo ciekawe akcji. Wydaje się, że topór wojenny został zakopany lub wszystko było wymysłem prasy. Jedno jest pewne PSG zgłosiło mocny akces do wygrania Ligi Mistrzów. Czas pokaże jak to będzie wyglądać dalej, ale na ten moment pokazali się z bardzo dobrej strony.

Qarabag jest nieproszonym gościem na imprezie zwanej Ligą Mistrzów

Piłkarze z Azerbejdżanu znacząco odstają od pozostałych drużyn w grupie. Rywalizacja z Romą u siebie miała być dla nich najpoważniejszą szansą na zdobycie punktów. Jak się okazało misja okazała się nieudana. Teoretycznie Qarabag przegrał tylko 1:2, ale prawdę mówiąc powinni dużo wyżej. Zdecydowanie widać różnicę klas nie tylko pomiędzy nimi, a resztą tej bardzo mocnej grupy, ale także zestawieniu z innymi słabszymi drużynami wyglądają blado. Wydaje się, że awans do tych rozgrywek był dla nich losem na loterii. Nie mając nic do stracenia wypadałoby coś pokazać, jednak na ten moment nie zaimponowali zupełnie niczym. Dwa mecze bilans 1:8, a teraz odwiedzi ich Atletico. Scenariusz na najbliższy okres nie wygląda zbyt dobrze, pozostaje im cieszyć się chwilą, bo wątpię, że historia powtórzy się w najbliższych latach. Niestety Jakub Rzeźniczak nawet na minute nie pojawił się na murawie. W rywalizacji z Chelsea był jednym z lepszych zawodników, ale jak widać trener miał swoją wizję, która zdecydowanie odbiegała od tej, która byśmy chcieli widzieć.