W tym roku na Zachodzie to kwiecień obrodził największą liczbą wielkich i ważnych meczów. Czego to nie znajdziemy w tym miesiącu! Gran Derbi, derby Madrytu, derby Londynu, szlagiery w Niemczech, Hiszpanii, Anglii i hity w Lidze Mistrzów. Jednak przede wszystkim tłumy zdają się wyczekiwać naszej, polskiej odpowiedzi na promowane zachodnie pojedynki gigantów.

Do Poznania bowiem przyjedzie Legia, która broni tytułu mistrza kraju. W niedzielę o 18 na stadionie Lecha rozpocznie się polskie Gran Derbi, nasz swojski klasyk, o którym znów będzie mówiło się bez końca. I tutaj pojawia się największa różnica pomiędzy szlagierem polskim a zagranicznymi. O naszym będziemy mówić bez względu na jego wynik i poziom, bez względu na błędy i sztuczki techniczne. O naszym będziemy mówić pomimo tych zagranicznych, największych na świecie.

Wyobraźmy sobie, że mecz Barcelona-Real kończy się bezbramkowym remisem. Powiemy, że nuda, że z dużej chmury mały deszcz. Owszem, ktoś będzie się wykłócał o to, że Barca była lepsza, bo Neymar trafił w poprzeczkę, a Iniesta wykonał sto pięćdziesiąt podań do przodu. Kibice Królewskich powiedzą natomiast, że może i była poprzeczka Neymara, ale po spalonym, a Rakitic powinien dostać w 88. minucie drugą żółtą kartkę, więc zostali oszukani.

A po bezbramkowym remisie w derbach Polski? O tak, ja już wszystko widzę wyraźnie. Widzę morze kpin, memów i filmików. W ekstraklasie mamy trzy wielkie mecze w sezonie i we wszystkich gra Lech z Legią. Cóż my, Polacy, mielibyśmy zrobić, jeśli nie śmiać się po klapie promowanego na lewo i prawo “wielkiego widowiska”? Tylko to nam pozostaje, bo jeśli nie uda się Lech-Legia przy czterdziestu tysiącach widzów, to co ma się udać? A jeśli się nie uda, jeśli Kucharczyk znowu piszczelem strzeli z trzech metrów nad bramką, jeśli Malarz puści szmatę między nogami, jeśli Trałka znów zapomni mózgu, a Bednarek popełni juniorski błąd, to co wtedy? Czy nie poczujemy ulgi? Ulgi, że pomimo tych dziewięćdziesięciu lat Ekstraklasa jednak nie uciekła nam za bardzo na Zachód. Że wciąż jest swojsko, że niby wszystko profesjonalne, ale dalej czuć w tym B-Klasę.

Aleksandar Prijovic

Również chciałbym, żeby na najbliższym stadionie co tydzień biegały największe gwiazdy świata, a jednocześnie z zazdrością słucham opowieści starszych piłkarzy i dziennikarzy o tym, jak przychodzili pijani na mecze, jak nie robili sobie nic z diety i zdrowego trybu życia. W ten sposób oczywiście nigdy nawet nie zbliżymy się do europejskiego poziomu, ale to właśnie ten nasz ekstraklasowy folklor sprawia, że ta liga jest wyjątkowa, że jest stanem umysłu, że mecze ogląda się z ironicznym uśmiechem w oczekiwaniu na kolejne niecelne podanie.

Jeśli z kolei wszystko pójdzie zgodnie z planem (planem telewizji), czyli mecz będzie obfitował w efektowne zagrania i piękne bramki, również przyjmiemy to z zadowoleniem. Andrzej Twarowski, Tomasz Smokowski, Mateusz Borek i Roman Kołtoń będą znów wskazywali na postęp polskiej piłki, zwrócą uwagę na świetną atmosferę, na żywe widowisko, powiedzą, że gonimy europejską piłkę nie tylko płacami. Powtórzą, że Odjidja-Ofoe to zawodnik przerastający polską ligę, że Radovic wnosi Legię na wyższy poziom, a Robak mimo swego wieku rozgrywa być może najważniejszy sezon w swej karierze. I będą mieli rację. Jesteśmy w tak uprzywilejowanej pozycji, że bez względu na to, jak potoczy się mecz, będziemy mogli się albo zachwycać, albo śmiać.

Wróćmy jednak do samego meczu. Dla mnie to mecz polskiego Tottenhamu, czyli Lecha, z polskim Bayernem, czyli Legią. Lech to drużyna, która – tak jak Spurs – od kilku lat ciągle jest w budowie. Wszyscy mówią o jej potencjale, a ona nic nie wygrywa i jedynie powtarza, że potrzebuje czasu. Z kolei Legia zdominowała ligę finansowo i zamierza zdominować ją również pod względem sportowym. To drugie nie do końca jej wychodzi, bo gdy Bayern na siedem kolejek przed końcem sezonu już praktycznie zapewnił sobie kolejne mistrzostwo kraju, to Legia już jutro może znaleźć się na trzecim miejscu w tabeli.

Legioniści plasują się w lidze o dwa oczka przed Lechem, ale po zwycięstwie Jagiellonii w Lubinie tracą do lidera z Białegostoku już cztery punkty. Oba zespoły muszą uważać z jednej strony, by nie dać jeszcze bardziej uciec Jagiellonii, a z drugiej, by nie pozwolić wyprzedzić się Lechii, która gra na wyjeździe z Piastem.

Należy rzecz jasna pamiętać o podziale punktów i o tym, że ewentualna przewaga lub strata zostanie zmniejszona o połowę. Chodzi oczywiście także, a może przede wszystkim, o prestiż, dumę, zwycięstwo w polskim Gran Derbi, poprawę morale i pokazanie rywalowi przed kluczową fazą sezonu, kto jest lepszy. I chociaż trzeba wziąć pod uwagę, że obie drużyny mogą się nieco oszczędzać przed ostatnimi siedmioma meczami, to jednak jutro nikt nie będzie odpuszczał i cofał nogi.

Jeśli chodzi o dotychczasowe spotkania obu drużyn, to w tym zestawieniu lepiej wypada Legia. Na 110 ligowych spotkań warszawiacy wygrali 47, a przegrali 33, strzelili 148 bramek i stracili równo 100. Kiedy jednak wziąć pod uwagę tylko mecze rozgrywane w Poznaniu, to faworytem wydaje się Lech. Kolejorz na 53 spotkania u siebie 22 razy był górą, a 15 razy musiał uznać wyższość gości z Warszawy. Ponadto od czasu powrotu Lecha do Ekstraklasy poznaniacy na 14 meczów na własnym stadionie wygrali 6, a tylko trzykrotnie pozwolili z kompletem punktów wyjechać Legii.

Własny stadion nie jest atutem Lecha tylko w liczbach. 40 tys. gardeł będzie wspierało swoich ulubieńców, a jeśli do najlepszej defensywy ligi dołączy dwunasty zawodnik, to może okazać się, że powstanie mur nie do przebicia nawet dla drużyny z doświadczeniem w Lidze Mistrzów. Trzeba jednak mieć z tyłu głowy, że fani w Poznaniu są dość specyficzni i jeśli Lech szybko nie zdominuje spotkania, to presja ze strony trybun będzie ciągle rosła. Dlatego też uważam, że to mecz bez faworyta i remis nie będzie żadnym zaskoczeniem.

No i na koniec pamiętajmy o tym, co najbardziej w tym meczu wyjątkowe. Kiedy Barca, Real, Juventus, Bayern, Chelsea czy Borussia zawsze grają o trzy punkty, to Lech zagra z Legią o półtora.

  • Tagi